<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
    
<rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">

    <channel>

        <atom:link href="https://www.umb.edu.pl/pl/rss/medykbialostocki/historie_medyka.xml" rel="first" type="application/rss+xml" />

        <atom:link href="https://www.umb.edu.pl/pl/rss/medykbialostocki/historie_medyka.xml?start=1" rel="self" type="application/rss+xml" />

<atom:link href="https://www.umb.edu.pl/pl/rss/medykbialostocki/historie_medyka.xml?start=2" rel="next" type="application/rss+xml" />

<atom:link href="https://www.umb.edu.pl/pl/rss/medykbialostocki/historie_medyka.xml?start=2" rel="last" type="application/rss+xml" />

<title>Uniwersytet Medyczny w Białymstoku. HISTORIE MEDYKA.</title>

<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka</link>


        <description>Oficjalny serwis Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.</description>

        <language>pl</language>

        <copyright>Copyright (c) 2026 Uniwersytet Medyczny w Bialymstoku</copyright>

        <ttl>5</ttl>

        <image>

        <title>Uniwersytet Medyczny w Białymstoku. HISTORIE MEDYKA.</title>

        <url>http://www.umb.edu.pl/photo/image/logo_uczelni/uniwersystet_medyczny_logo.jpg</url>

        <link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka</link>

        <width>463</width>

        <height>92</height>

        </image>

            
                <pubDate>Tue, 21 Apr 2026 12:42:57 +0100</pubDate>

                <lastBuildDate>Tue, 21 Apr 2026 12:42:57 +0100</lastBuildDate>

                <item>

                                <title>Historia jednego zdjęcia - tam jest moja mama!</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33571,Historia_jednego_zdjecia_-_tam_jest_moja_mama!</link>

				<pubDate>21.04.2026 12:42</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>- Znam to&nbsp;zdjęcie! To&nbsp;studenci 1950-1955, a&nbsp;wśród nich moja Mama Alicja Dębniak, potem Słojewska –&nbsp;napisała w&nbsp;komentarzu pod fejsbukowym postem „Medyka”&nbsp;Alicja Kasprowicz.</strong></div>

<p style="text-align: center;"><strong>&nbsp;<img alt="" src="http://www.umb.edu.pl/photo/pliki/medyk/2025/2026/27-1950_r_pierwsi_studenci_w_tle_zniszcozny_palac_branickich.jpg" style="width: 400px; height: 232px;" /></strong></p>

<div>Post dotyczył historycznego artykułu na&nbsp;temat powstania naszej Uczelni. Tuż po&nbsp;wojnie Białystok był bardzo zniszczony i&nbsp;naprawdę potrzeba było dużej wyobraźni, by&nbsp;ulokować tu&nbsp;uczelnię medyczną. Artykuł zilustrowaliśmy zdjęciem grupy studentów I&nbsp;rocznika, którzy stoją na&nbsp;tle zniszczonego Pałacu Branickich. Zdjęcie wykonano zimą 1951 roku. &nbsp;</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>- Moja Mama na zdjęciu stoi pierwsza z&nbsp;prawej strony, lekko bokiem. W&nbsp;jasnej czapce z&nbsp;daszkiem, trzyma coś w&nbsp;ręku –</em>&nbsp;informowała nas pani Alicja.&nbsp;</div>

<div>Po wymianie kilku informacji na&nbsp;Messengerze, otrzymaliśmy od&nbsp;Pani Alicji wzruszającą historię zawodową jej mamy.</div>

<div><em>-&nbsp;Mama po&nbsp;studiach podjęła pracę w&nbsp;szpitalu w&nbsp;Łomży. Od&nbsp;1958 roku już pracowała w&nbsp;szpitalu w&nbsp;Kolnie, zrobiła specjalizację I&nbsp;i II&nbsp;stopnia z&nbsp;chorób dziecięcych. Była ordynatorem oddziału dziecięcego. W&nbsp;1991 roku odeszła na&nbsp;emeryturę, aby zająć się mężem, który był po&nbsp;wylewie (tata był dyrektorem Łomżyńskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego). W&nbsp;1999 roku opuściła Kolno i&nbsp;powróciła do&nbsp;Białegostoku. Zmarła w&nbsp;9 listopada 2011 roku. Pochowana została na&nbsp;cmentarzu w&nbsp;Kolnie, razem ze&nbsp;swoim mężem Tadeuszem Słojewskim.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>I jeszcze taki dodatek!</strong></div>

<div><em>- Mama była jedną z&nbsp;pierwszych absolwentek UMB. Jej dwie córki, trzech zięciów, dwie wnuczki i&nbsp;wnuk także skończyli Wydział Lekarski UMB. Są&nbsp;to m.in.: prof. Grażyna Rydzewska (Warszawa) –&nbsp;córka, dr&nbsp;Ewa Zaręba -&nbsp;córka, dr&nbsp;hab. Alicja Rydzewska-Rosołowska (Białystok) -&nbsp;wnuczka, dr&nbsp;Konrad Zaręba (Białystok) –&nbsp;wnuk. Mój mąż&nbsp;dr n.&nbsp;med. Marek Kasprowicz, absolwent 1982, ordynator Oddziału Ginekologii w&nbsp;Szczytnie.&nbsp;I jeszcze moje dzieci:&nbsp;Marek Kasprowicz, absolwent 2010 r., urolog w&nbsp;Szpitalu Klinicznym MSW w&nbsp;Warszawie&nbsp;oraz&nbsp;Marta Kasprowicz-Furmanczyk, absolwentka 2016 r., dermatolog w&nbsp;Klinice Dermatologii w&nbsp;Olsztynie&nbsp;</em>– wylicza pani Alicja.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>W sumie w&nbsp;rodzinie Pani Alicji jest 13&nbsp;osób, które ukończyły kierunek lekarski na&nbsp;naszej Uczelni. Przy czym bohaterka naszej opowieści ukończyła… politechnikę i&nbsp;budownictwo.</div>

<div>Sylwetka&nbsp;Alicji Dębniak-Słojewskiej została krótko przedstawiona w&nbsp;uczelnianym albumie „Historia powstania Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku. Studenci pierwszego rocznika”. W&nbsp;opublikowanej notatce można przeczytać, że&nbsp;za swoją pracę była wielokrotnie odznaczana i&nbsp;wyróżniania. Otrzymała m.in. Złoty Krzyż Zasługi, Odznaczenie za&nbsp;Zasługi dla Województwa Łomżyńskiego, Odznaczenie za&nbsp;prace społeczne dla dobra dzieci, Odznaczenie za&nbsp;Wzorową Pracę w&nbsp;Służbie Zdrowia, Odznaczenie za&nbsp;Zasługi dla Ochrony Zdrowia.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>PS. Kiedy w&nbsp;2012 roku powstawał album „Historia powstania Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku”, podjęto próbę identyfikacji osób znajdujących się na&nbsp;zdjęciu. Po&nbsp;przeszło 60&nbsp;latach od&nbsp;zrobienia fotografii uznano, że&nbsp;stoją tam od&nbsp;lewej: T.&nbsp;Majchrzycka, Cz. Sokołowski, R.&nbsp;Folejewska, W.&nbsp;Dawidowski, D.&nbsp;Gierwatowska, D.&nbsp;Jeremicz, H.&nbsp;Karasewicz, S.&nbsp;Szmidt, A.&nbsp;Kiercel-Wasilewska.&nbsp;</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Pamięć ludzka bywa zawodna. Jednak jeśli mają Państwo informacje o&nbsp;osobach znajdujących się na&nbsp;zdjęciach, prosimy o&nbsp;kontakt z&nbsp;redakcją: &#109;&#101;&#100;&#121;&#107;&#64;&#117;&#109;&#98;&#46;&#101;&#100;&#117;&#46;&#112;&#108;</em></div>

<div>&nbsp;</div>

<div><strong>bdc</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33571,Historia_jednego_zdjecia_-_tam_jest_moja_mama!</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Zapomniany dyrektor Bowszyc</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33570,Zapomniany_dyrektor_Bowszyc</link>

				<pubDate>21.04.2026 12:23</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>„Bowszycówka” to&nbsp;budynek, który w&nbsp;ostatnich tygodniach został wyburzony, by&nbsp;w&nbsp;jego miejscu powstało piękne centrum dydaktyczne. To&nbsp;też symboliczna pamiątka po&nbsp;osobie zasłużonej zarówno dla UMB, jak i&nbsp;szpitala klinicznego -&nbsp;Witoldzie Bowszycu.</strong></div>

<p>&nbsp;</p>

<div>„Bowszycówka” tak przez dziesiątki lat nazywano potocznie „willę-klocek” położoną za&nbsp;szpitalem USK od&nbsp;strony ul. Szpitalnej. Prawdopodobnie powstała podczas budowy szpitala klinicznego (przed 1962 rokiem), jako miejsce dla kierownika budowy. Potem przez ponad 20&nbsp;lat mieszkał tam m.in. Witold Bowszyc, od&nbsp;którego nazwiska ten budynek dostał przydomek. Przez 10&nbsp;lat był on&nbsp;kierownikiem działu technicznego szpitala, a&nbsp;później przez kolejnych 17&nbsp;dyrektorem administracyjnym AMB. Był osobą, która dużo dobrego zrobiła dla Uczelni, ale która jest zapomniana. Odszedł w&nbsp;niesławie, niesprawiedliwie pomówiony.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Spod Grodna na&nbsp;kierownika</strong></div>

<div>Witold Bowszyc urodził się 24&nbsp;stycznia 1934 roku w&nbsp;Wielkiej Brzostowicy (przed wojną wchodziło w&nbsp;skład województwa białostockiego, obecnie znajduje się na&nbsp;Białorusi). Po&nbsp;zakończeniu II&nbsp;wojny światowej, w&nbsp;maju 1948 roku cała jego rodzina została przesiedlona do&nbsp;Białegostoku.</div>

<div>Witold Bowszyc najpierw ukończył Państwową Średnią Szkołę Zawodową na&nbsp;wydziale elektrycznym, a&nbsp;następnie IV&nbsp;Technikum Elektryczne. Później nakazem pracy zostaje skierowany do&nbsp;Warszawskiego Zjednoczenia Elektromontażowego, gdzie pracuje jako technik, a&nbsp;potem kierownik budowy. Zakład pracy kieruje go&nbsp;do Wieczorowej Szkoły Inżynierskiej w&nbsp;Białymstoku, którą kończy w&nbsp;1963 roku z&nbsp;tytułem inżyniera mechanika. Jeszcze studiując, w&nbsp;1958 roku zostaje zatrudniony w&nbsp;Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku, jako inspektor nadzoru ds. robót elektrycznych zespołu klinik. W&nbsp;latach 1961-62 pracuje w&nbsp;zarządzie inwestycji AMB, która zajmuje się budową Państwowego Szpitala Klinicznego. A&nbsp;po otwarciu szpitala, dyrektor PSK Antoni Tołłoczko, po&nbsp;uzgodnieniu z&nbsp;rektorem prof. Ludwikiem Komczyńskim, powołuje go&nbsp;na stanowisko kierownika technicznego PSK.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Nowy kierownik ma&nbsp;ręce pełne pracy. Do&nbsp;szpitala jest wzywany i&nbsp;w dzień, i&nbsp;w nocy. Dlatego już po&nbsp;roku takiej pracy dyrektor szpitala proponuje, by&nbsp;kierownik Bowszyc zamieszkał wraz z&nbsp;rodziną (ojcem Feliksem i&nbsp;babką Stanisławą Bowszyc) w&nbsp;budynku warsztatów naprawczych PSK, czyli w&nbsp;„bowszycówce”. Do&nbsp;dwupokojowego, 60-metrowego mieszkania na&nbsp;I&nbsp;piętrze Bowszyc wprowadza się pod koniec 1963 roku. Uczelni zaś przekazuje –&nbsp;co ważne w&nbsp;tej historii –&nbsp;swoje mieszkanie kwaterunkowe przy ul. Wiatrakowej. Do&nbsp;pracy ma&nbsp;blisko, jego gabinet mieści się na&nbsp;I&nbsp;piętrze w&nbsp;PSK, tuż obok kawiarni, po&nbsp;lewej stronie. Jak wspominają jego współpracownicy, rzadko można go&nbsp;było zastać za&nbsp;biurkiem. Najczęściej chodzi po&nbsp;szpitalu, pilnując wszystkiego osobiście. Nawet idąc do&nbsp;pracy, potrafił obejść cały „gigant”, by&nbsp;sprawdzić czy jest porządek, albo czy trawa jest przystrzyżona.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Witold budowniczy</strong></div>

<div>1 listopada 1973 roku zostaje przez Ministra Zdrowia i&nbsp;Opieki Społecznej powołany na&nbsp;dyrektora administracyjnego AMB i&nbsp;zaczyna urzędować w&nbsp;Pałacu Branickich. To&nbsp;dzięki jego staraniom i&nbsp;„darom z&nbsp;Podlasia” wożonym do&nbsp;Warszawy, udaje się doprowadzić do&nbsp;kupna ziemi pod budowę przyszłego szpitala dziecięcego, a&nbsp;także „zwierzętarni”. W&nbsp;czasie jego zarzadzania zaprojektowane i&nbsp;wybudowane zostają takiej budynki jak: hala sportowa przy ul. Wołodyjowskiego (1976-77), Dom Studenta nr&nbsp;2&nbsp;przy ul. Waszyngtona (1979-80), Zakład Anatomii Patologicznej i&nbsp;Medycyny Sądowej czyli Collegium Pathologicum (1983), oraz Instytut Pediatrii, który był podwaliną dla szpitala dziecięcego. To&nbsp;za jego czasów prowadzonych jest wiele prac związanych z&nbsp;rewaloryzacją Pałacu. A&nbsp;były to&nbsp;czasy, kiedy dosłownie wszystkiego brakowało. Na&nbsp;uczelni borykano się z&nbsp;brakiem odczynników, aparatury. Jak pisały gazety w&nbsp;1984 roku „Ostatnio np. dyrektor administracyjny Witold Bowszyc musiał się niemało nagłowić skąd wziąć żarówki. Akademia potrzebuje bagatelka 6&nbsp;tys. sztuk. Udało się ściągnąć trochę z&nbsp;Łodzi, ale to&nbsp;zaledwie 400 sztuk. Gwoździe, farby, materiały budowlane od&nbsp;lepiku po&nbsp;papę –&nbsp;ze wszystkim kłopoty i&nbsp;od lat te&nbsp;same”.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Dyrektor jest chwalony i&nbsp;doceniany przez kolejnych rektorów: prof. Konstantego Wiśniewskiego, prof. Jerzego Łebkowskiego i&nbsp;prof. Zbigniewa Puchalskiego. Regularnie otrzymuje nagrody pieniężne za&nbsp;<em>„szczególny wkład pracy”</em> i&nbsp;odznaczenia <em>„Zasłużony Białostoczanin” </em>(1970), „Za wzorową pracę w&nbsp;służbie zdrowia” (1974) czy też „Złoty krzyż zasługi” (1977). Jego akta są&nbsp;pełne podziękowań za&nbsp;pomoc w&nbsp;organizacji&nbsp; m.in. sympozjów, imprez sportowych i&nbsp;innych organizowanych na&nbsp;terenie AMB. W&nbsp;opiniach przełożeni co&nbsp;roku piszą podobnie: „Jest pracownikiem solidnym zdyscyplinowanym, o&nbsp;dużej wiedzy zawodowej. Posiada zdolności organizacyjne”. Piszą też: <em>„jest pryncypialny i&nbsp;wymagający –&nbsp;być może z&nbsp;tego powodu nie jest lubiany przez niektórych profesorów uczelni”</em>.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Przepychanki z&nbsp;mieszkaniem</strong></div>

<div>W 1983 roku rozpoczyna się budowa Instytutu Pediatrii, czyli pierwszej jednostki przyszłego UDSK. By&nbsp;zrobić miejsce pod nowy budynek –&nbsp;konieczne jest rozebranie baraków, w&nbsp;których mieści się warsztat elektromedyczny PSK. Pojawia się problem –&nbsp;gdzie warsztat ulokować. Dyrekcja szpitala rozkłada ręce. Sprawą zajmują się liczne komisje. Szpital przedstawia 11&nbsp;propozycji translokacji warsztatu. Żadna z&nbsp;nich nie zostaje przyjęta. W&nbsp;końcu szpital pod koniec 1985 roku wysuwa propozycję, by&nbsp;warsztat umieścić w&nbsp;mieszkaniach zajmowanych przez dyrektora Bowszyca (I&nbsp;piętro, 60&nbsp;mkw.) i&nbsp;docenta Józefa Kanię (parter 62&nbsp;mkw.). Te&nbsp;rozwiązanie zostaje w&nbsp;końcu przyjęte. Uczelnia musi gdzieś jednak wykwaterować lokatorów. Podpisuje więc umowę ze&nbsp;spółdzielnią mieszkaniowąm która ma&nbsp;wybudować dwa mieszkania w&nbsp;lokalizacji ul. Nowotki, Podleśnej i&nbsp;Akademickiej. Przy czym obaj panowie muszą za&nbsp;te mieszkania zapłacić (wcześniej Bowszyc oddał swoje mieszkanie za&nbsp;darmo Uczelni –&nbsp;red.). Co&nbsp;według nich jest dużą niesprawiedliwością. <em>„W&nbsp;rezultacie zakład pracy zamiast przydzielić mi&nbsp;mieszkanie zamienne z&nbsp;uwagi na&nbsp;wywłaszczenie mnie z&nbsp;dotychczas zajmowanego (…) spowodował poniesienie przeze mnie wielkich kosztów –&nbsp;bowiem sam uiszczam pełny koszt realizacji nowego mieszkania”</em> –&nbsp;pisał rozżalony dyrektor Bowszyc w&nbsp;1990 roku, który za&nbsp;mieszkanie musiał zapłacić aż&nbsp;40 mln zł. I&nbsp;żali się, że&nbsp;uczelnia za&nbsp;darmo <em>„zyska pomieszczenia przez mnie zajmowane, ja&nbsp;natomiast straciłem mieszkanie kwaterunkowe poprzednio oddane do&nbsp;dyspozycji uczelni”, i&nbsp;po 32&nbsp;latach pracy zostaje z&nbsp;długami”.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div>W tym czasie dyrektor Bowszyc ma&nbsp;również problemy w&nbsp;pracy. Konfliktuje się z&nbsp;zakładowym inspektorem BHP. Ten śle skargi wszędzie gdzie się da&nbsp;–&nbsp;nie tylko do&nbsp;władz uczelni, ale także do&nbsp;prokuratury i&nbsp;izby skarbowej. <em>„Łącznie w&nbsp;ciągu ostatnich 76&nbsp;dni złożył Obywatel 11&nbsp;pism z&nbsp;napastliwymi, bezpodstawnymi podejrzeniami, pełnymi zwykłej złośliwości i&nbsp;zawiści” </em>–&nbsp;pisze w&nbsp;kwietniu 1985 roku dyrektor Bowszyc. I&nbsp;ostrzega, że&nbsp;jeżeli inspektor BHP nie zajmie się swoją pracą, będzie musiał rozwiązać umowę o&nbsp;pracę. Oskarżenia z&nbsp;dzisiejszego punktu widzenia wydają się błahe: BHP-owiec zarzuca pracownikom uczelni, że&nbsp;niezgodnie z&nbsp;prawem dokonali kasacji maszyny do&nbsp;pisania, że&nbsp;nie trafiła na&nbsp;złom, a&nbsp;do osoby prywatnej. Oskarża jednego z&nbsp;pracowników, że&nbsp;przywłaszczył pieniądze ze&nbsp;sprzedaży starych koców z&nbsp;akademików, a&nbsp;innego, że&nbsp;na wymianie żeliwnych grzejników zbił fortunę. W&nbsp;czasach, kiedy brakowało wszystkiego, służby nie mogły tych donosów zlekceważyć. Toczy się kilka postępowań, na&nbsp;uczelni powołanych zostaje kilka komisji. Nikt nie dopatruje się uchybień, wszystkie postępowania zostają umorzone. W&nbsp;połowie 1985 dyrektor Bowszyc zwalnia BHP-owca z&nbsp;powodu bałaganu w&nbsp;miejscu pracy i&nbsp;niedopilnowania formalności związanych z&nbsp;urlopami i&nbsp;zwolnieniami. Ten odchodząc się odgraża. W&nbsp;1989 roku zmienia się w&nbsp;Polsce ustrój. Rozżalony i&nbsp;zwolniony z&nbsp;uczelni BHP-owiec ma&nbsp;pole do&nbsp;popisu –&nbsp;jest wielu chętnych, by&nbsp;rozliczyć prominentów z&nbsp;poprzedniej epoki. Jego oszczerstwa, że&nbsp;należący przez wiele lat do&nbsp;partii dyrektor Bowszyc osiągnął korzyści majątkowe wykorzystując swoją pozycję –&nbsp;przede wszystkim załatwił sobie za&nbsp;darmo mieszkanie –&nbsp;przekonują wiele osób. Sprawa Bowszyca staje na&nbsp;Senacie Uczelni. Dyrektor musi się tam tłumaczyć i&nbsp;ostatecznie zostaje zmuszony do&nbsp;odejścia z&nbsp;pracy z&nbsp;dniem 12&nbsp;marca 1990.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Już po&nbsp;jego odejściu –&nbsp;w sierpniu i&nbsp;we wrześniu -&nbsp;w Kurierze Podlaskim ukazuje się cykl artykułów pt. „Klinika glazury i&nbsp;terakoty”. Tam redaktor Jerzy Tartak oskarża Bowszyca o&nbsp;to, że&nbsp;otrzymał bezprawnie bezzwrotną pożyczkę mieszkaniową, że&nbsp;załatwił sobie najatrakcyjniejsze działki w&nbsp;mieście, na&nbsp;których wybudował sobie z&nbsp;materiałów AMB dom, i&nbsp;że załatwił sobie za&nbsp;darmo mieszkanie. Wszystkie zarzuty –&nbsp;pojawiające się na&nbsp;uczelni, jak i&nbsp;w gazetach -&nbsp;w postępowaniu sądowym się nie potwierdzają. Dziennikarz po&nbsp;jakimś czasie zamieszcza na&nbsp;łamach gazety w&nbsp;ramach ugody przeprosiny. Przyznaje, że&nbsp;żaden z&nbsp;zarzutów nie potwierdził się. Pisze:<em> „Moim zdaniem, Pan Witold Bowszyc padł ofiarą tamtego czasu, kiedy stosunek do&nbsp;pewnych ludzi był wtedy, nazwę to, politycznie jednokierunkowy”.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Uczelnia zaprasza byłego dyrektora na&nbsp;jubileusz 40-lecia AMB. Bowszyc do&nbsp;pracy na&nbsp;Uczelni już nie wraca. Bardzo przeżywa całą sytuację. Długotrwały stres przypłaca ciężką chorobą serca. Umiera w&nbsp;2008 roku.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><em><strong>Witold Bowszyc&nbsp;</strong>to&nbsp;nie jedyna osoba z&nbsp;tej rodziny związana z&nbsp;naszą Uczelnią. Jego brat Jerzy, absolwent pierwszego rocznika AMB, po&nbsp;studiach zamieszkał w&nbsp;Suchowoli, gdzie stworzył ośrodek zdrowia. Ludzie nazywali go&nbsp;Doktorem Judymem. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy. Mieszkańcy Suchowoli wiedzieli, że&nbsp;w&nbsp;razie choroby, nieważne czy w&nbsp;dzień czy w&nbsp;nocy, można się do&nbsp;niego udać po&nbsp;pomoc. Był powszechnie szanowany, przez trzy kolejne kadencje wybierano go&nbsp;na radnego Powiatowej Rady Narodowej. Założył fundację swojego imienia wspierającą najzdolniejsze dzieci w&nbsp;Suchowoli. Zmarł przedwcześnie w&nbsp;1994 roku, w&nbsp;wieku 62&nbsp;lat. Po&nbsp;jego śmierci brat –&nbsp;Witold -&nbsp;ufundował nagrodę im. Jerzego Bowszyca dla najlepszego licealisty suchowolskiego liceum. Nagroda jest nadal fundowana przez żonę Danutę i&nbsp;córkę Anetę.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Katarzyna Malinowska-Olczyk</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33570,Zapomniany_dyrektor_Bowszyc</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Chyrowiacy w białostockiej akademii</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33569,Chyrowiacy_w_bialostockiej_akademii</link>

				<pubDate>21.04.2026 12:20</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>To&nbsp;była wyjątkowa szkoła. Jej wychowankowie to&nbsp;późniejsza polska elita, m.in. wicepremier i&nbsp;twórca portu w&nbsp;Gdyni Eugeniusz Kwiatkowski, pisarz Jan Brzechwa, ale także twórca białostockiej kliniki otolaryngologii prof. Wiktor Hassmann.</strong></div>

<p>&nbsp;</p>

<div>W&nbsp;czasach II&nbsp;Rzeczpospolitej Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów w&nbsp;Bąkowicach pod Chyrowem (tak brzmiała oficjalna nazwa tej słynnej szkoły nieopodal Przemyśla) uważany był za&nbsp;najlepiej wyposażone gimnazjum w&nbsp;Polsce. Świetna organizacja, znakomita realizacja nauki i&nbsp;wychowania, wysoka profesjonalność dydaktyczna dała Polsce w&nbsp;ciągu zaledwie 53&nbsp;lat istnienia kilkuset najznakomitszych specjalistów dosłownie we&nbsp;wszystkich dziedzinach życia. W&nbsp;naszej Akademii Medycznej pracowali dwaj wychowankowie słynnego chyrowskiego kolegium: profesor Wiktor Hassmann, założyciel i&nbsp;pierwszy kierownik Kliniki Otolaryngologicznej, oraz piszący te&nbsp;słowa -&nbsp;Jan Pietruski. W&nbsp;czasie dwóch wojen światowych przepadły wszystkie dokumenty zakładowe, można więc tylko w&nbsp;przybliżeniu przyjąć liczbę wychowanków na&nbsp;ponad sześć tys. uczniów, z&nbsp;których ponad 1200 zdało w&nbsp;Chyrowie maturę.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Jestem jednym z&nbsp;ostatnich uczniów kolegium. Mimo lat, jakie upłynęły, młoda pamięć zarejestrowała tysiące drobnych szczegółów i&nbsp;przekonanie jak wiele tej szkole zawdzięczam. Każdy dzień wypełniony był co&nbsp;do minuty logicznie rozplanowaną nauką i&nbsp;rozrywkami dopasowanymi do&nbsp;wieku uczniów. Nigdy nie zdarzały się nieprzewidziane sytuacje lub zmiany w&nbsp;rozkładzie dnia. Nie przypominam sobie też, aby jakaś lekcja się nie odbyła. Była to&nbsp;szkoła stojąca na&nbsp;bardzo wysokim poziomie. Oprócz „zwykłych” przedmiotów, uczono też muzyki i&nbsp;języków obcych. Duży nacisk kładziono na&nbsp;naukę dobrych manier, tego np., jak należy zachowywać się w&nbsp;obcowaniu ze&nbsp;zwierzchnikiem, kolegą lub podwładnym, a&nbsp;także w&nbsp;domu, przy rodzinnym stole podczas posiłków; jak należy trzymać sztućce, że&nbsp;nie powinno się trzaskać drzwiami, ani wołać kogoś w&nbsp;mieszkaniu, co&nbsp;dopuszcza się na&nbsp;dworze itp. Dla jasności opisu szkoły trzeba dodać, że&nbsp;konwikt chyrowski nie miał nic z&nbsp;klerykalizmu.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>W mundurku z&nbsp;tarczą</strong></div>

<div>Zakład mieścił się w&nbsp;dużym, dwupiętrowym budynku, wybudowanym na&nbsp;planie kwadratu, z&nbsp;wysokim parterem (zdj. 1). Mieścił się tam internat, szkoła powszechna i&nbsp;średnia (w&nbsp;sumie było 327 pokoi mieszkalnych i&nbsp;sal wykładowych dla 400 wychowanków -&nbsp;red.). Był też olbrzymi refektarz przewidziany na&nbsp;550 osób, w&nbsp;którym równocześnie zasiadali do&nbsp;posiłków wszyscy uczniowie. Obok był „przyrośnięty” kościół, do&nbsp;którego można było dostać się bocznym wejściem z&nbsp;tego samego korytarza, którym szło się do&nbsp;refektarza. Po&nbsp;przyjeździe do&nbsp;Chyrowa, każdy uczeń dostawał granatowy mundurek ze&nbsp;złotymi pagonami, zapinany pod szyję na&nbsp;dwie haftki, aby kołnierz się nie kładł. Młodsi nosili tzw. pumpy, czyli spodnie zapinane poniżej kolan, starsze klasy już normalne, długie. Mundurek był obowiązkowym ubiorem na&nbsp;co dzień. Wyposażenie obejmowało również granatowy płaszcz ze&nbsp;złotymi guzikami i&nbsp;zamszowym kołnierzem, oraz miękką rogatywkę z&nbsp;daszkiem i&nbsp;okrągłym znaczkiem -&nbsp;literami „ZCh”. Na&nbsp;lewym przedramieniu widniała tarcza z&nbsp;numerem 622. Młodsi mieli tło niebieskie, gimnazjum i&nbsp;liceum -&nbsp;czerwone. Bielizna osobista nosiła numer ucznia i&nbsp;znajdowała się na&nbsp;specjalnej półce, zawsze gotowa do&nbsp;wymiany</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Uczniowie byli podzieleni według klas na&nbsp;grupy zwane dywizjami. Starsze klasy tworzyły jedną dywizję, młodsze zaś miały dwie klasy w&nbsp;jednej dywizji. Kierował nimi -&nbsp;od rannej pobudki (o&nbsp;szóstej) do&nbsp;wieczornego gaszenia światła (o&nbsp;pół do&nbsp;dziesiątej) -&nbsp;ksiądz prefekt. Wszystkie przejścia do&nbsp;sypialnia, jadalni czy refektarza odbywały się pod kontrolą argusowego oka księdza prefekta, życzliwie nastawionego do&nbsp;młodzieży. Przejścia korytarzami odbywały się zawsze uporządkowaną grupą, parami i&nbsp;każdy z&nbsp;nas zawsze miał z&nbsp;przodu i&nbsp;za sobą tego samego kolegę. Ponieważ od&nbsp;dawna wiadomo, że&nbsp;lepiej przewidywać, niż interweniować, obowiązującym zwyczajem na&nbsp;szerokich korytarzach, było dzielenie par w&nbsp;ten sposób, że&nbsp;jeden uczeń szedł pod jedną, a&nbsp;drugi pod drugą ścianą szerokiego korytarza. To&nbsp;wykluczało rozmowy i&nbsp;wzajemne szturchanie. W&nbsp;ten sposób także „mijanki” idących z&nbsp;przeciwka odbywały się wolnym środkiem, bez kłopotów i&nbsp;z zachowaniem porządku. Ksiądz szedł na&nbsp;samym końcu. Ten sam szyk obowiązywał na&nbsp;schodach. Nie można było samodzielne chodzić po&nbsp;korytarzach w&nbsp;celu załatwienia jakiejś sprawy, bowiem każdy problem załatwiało się za&nbsp;pośrednictwem księdza prefekta.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Razem na&nbsp;śniadanie</strong></div>

<div>Do&nbsp;refektarza na&nbsp;posiłki wchodziło i&nbsp;wychodziło się również według ustalonego porządku. Każda dywizja miała swoje stoły i&nbsp;przy nich stałe miejsce. Po&nbsp;przyjściu wszyscy stawali przy swoich miejscach i&nbsp;czekali, aż&nbsp;Ojciec Generalny ze&nbsp;swego podwyższenia zacznie modlitwę. Brzmiała ona: „Pobłogosław Panie Boże te&nbsp;dary, które z&nbsp;Twojej szczodrobliwości spożywać mamy, przez Chrystusa Pana naszego. Amen”. Po&nbsp;czym na&nbsp;znak dany ręką, cała sala w&nbsp;potwornym huku przesuwanych krzeseł, siadała, zabierała się do&nbsp;jedzenia i&nbsp;rozmów. Po&nbsp;posiłku, znów na&nbsp;znak Ojca Generalnego wszyscy wstawali z&nbsp;łoskotem, robiła się cisza i&nbsp;odmawialiśmy tę&nbsp;samą modlitwę, z&nbsp;formułą podziękowania. W&nbsp;menu nigdy nie było żadnych łakoci, dlatego zawsze wielkim wydarzeniem były paczki ze&nbsp;smakołykami, przysyłane przez rodziców. Słodycze można było kupić w&nbsp;sklepiku po&nbsp;uzgodnieniu z&nbsp;prefektem i&nbsp;odpisaniu sumy ze&nbsp;szkolnych książeczek oszczędnościowych.</div>

<div>Po&nbsp;obiedzie rozchodziliśmy się na&nbsp;rekreację na&nbsp;powietrzu, obejmującą rozmaite zajęcia, gry sportowe, zabawy ruchowe albo krótkie spacery. Każda dywizja miała swoje boisko zabaw, obiekty sportowe (w&nbsp;zakładzie były cztery korty tenisowe i&nbsp;osiem boisk -&nbsp;red.), oddzielone od&nbsp;sąsiedniego żywopłotem. Zawsze był z&nbsp;nami ksiądz wychowawca, który aranżował spędzanie wolnego czasu, a&nbsp;czasami też brał udział w&nbsp;zabawach. Amatorzy muzyki ćwiczyli w&nbsp;specjalnej altance, tak zbudowanej, że&nbsp;skutecznie głuszyła głośne nieraz koncerty. Rekreacje i&nbsp;jadalnia były jedynymi miejscami, gdzie panował gwar. Poza tym w&nbsp;całej szkole przez cały dzień panowała cisza.</div>

<div>Po&nbsp;zakończeniu poobiedniej rekreacji przechodziliśmy do&nbsp;sali zwanej „muzeum”, gdzie odrabiało się lekcje. Każdy z&nbsp;nas miał biureczko z&nbsp;odchylanym blatem, pod którym trzymał zeszyty, książki i&nbsp;korespondencję. Dwie pierwsze popołudniowe godziny przeznaczone były na&nbsp;naukę. Porządku i&nbsp;spokoju pilnował krążący z&nbsp;brewiarzem w&nbsp;ręce prefekt. Miał buty na&nbsp;specjalnej miękkiej gumowej podeszwie, co&nbsp;pozwalało bezszmerowo spacerować po&nbsp;sali i&nbsp;nie rozpraszać uwagi uczniów podczas nauki. Dopiero podczas trzeciej, ostatniej godziny przed kolacją, można było zająć się korespondencją, albo czytaniem książki. Z&nbsp;„muzeum” nie było można zabierać ani książek, ani zeszytów. Podczas odrabiania lekcji panowała cisza. Jeżeli ktoś chciał pójść do&nbsp;toalety, nie zgłaszano tej potrzeby głosem, lecz kawałkiem skręconego w&nbsp;rurkę papieru i&nbsp;podniesieniem ręki, czekając aż&nbsp;prefekt zauważy i&nbsp;pozwoli wyjść. Następny uczeń mógł wyjść dopiero wtedy, jak wrócił poprzedni.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Spotkanie z&nbsp;teleskopem</strong></div>

<div>Zakład chyrowski miał własną drukarnię i&nbsp;corocznie drukował aktualny spis uczniów. Miał też małe obserwatorium astronomiczne z&nbsp;prawdziwego zdarzenia, z&nbsp;teleskopem i&nbsp;z obrotową kopułą. Już uczniowie trzeciej klasy mieli w&nbsp;programie geografii jedną godzinną wycieczkę do&nbsp;obserwatorium późnym wieczorem przy pogodnym niebie, w&nbsp;celu zaznajomienia się z&nbsp;nazwami najważniejszych konstelacji, a&nbsp;także z&nbsp;ruchem Ziemi. Na&nbsp;początku lekcji, kopuła obserwatorium w&nbsp;pewnym miejscu rozchyliła się tworząc szparę, przez którą kierowano teleskop na&nbsp;księżyc. W&nbsp;trakcie obserwacji, księżyc z&nbsp;wolna „uciekał” z&nbsp;pola widzenia, wskutek czego, trzeba było teleskop na&nbsp;nowo kierować na&nbsp;księżyc. Wyjaśniono nam, że&nbsp;zjawisko, „ucieczki” księżyca z&nbsp;pola widzenia, spowodowane jest nieustannym obrotem Ziemi. Aby tego uniknąć, włączano specjalny mechanizm obracający kopułę obserwatorium zgodnie z&nbsp;ruchem Ziemi.</div>

<div>W&nbsp;szkole były przestronne klasy, doskonale wyposażone w&nbsp;pomoce naukowe, pracownie przedmiotowe, bibliotekę (z&nbsp;ok. 30&nbsp;tys. książek), bogate zbiory geograficzne, historyczne, przyrodnicze. W&nbsp;zimie chłodne były właściwie wszystkie pomieszczenia. Klasy, sypialnie, korytarze. Okna były często uchylone, nawet gdy prószył śnieg. Może dlatego młodzież z&nbsp;chęcią uczestniczyła w&nbsp;zajęciach ruchowych na&nbsp;dworze. Przywiązywano wielką wagę do&nbsp;świeżego powietrza i&nbsp;hartowania organizmu. Tłumaczono nam, że&nbsp;w&nbsp;zamkniętych pomieszczeniach zbiera się dużo dwutlenku węgla z&nbsp;naszych płuc, który powinien być wymieniony na&nbsp;tlen z&nbsp;zewnątrz, dlatego konieczne jest wietrzenie kilka razy dziennie sal, a&nbsp;już szczególnie sypialni przed snem.</div>

<div>Sypialnie były dużymi salami, gdzie spała cała dywizja z&nbsp;prefektem (ten spał na&nbsp;niewielkim podwyższeniu, jego łóżko oddzielone było białym parawanem). Wszystko więc musiał słyszeć i&nbsp;w razie rozmów natychmiast reagował. Gdy mijała godzina obowiązkowej ciszy nocnej, wszelkie rozmowy były niedopuszczalne.</div>

<div>Za&nbsp;młodzieńcze wykroczenia przewidziane były kary znane rodzicom jeszcze przed podjęciem decyzji o&nbsp;umieszczeniu dziecka w&nbsp;zakładzie. W&nbsp;ich ramach od&nbsp;czasu do&nbsp;czasu bywały tzw. „czarne kawy”, czyli obowiązkowe zgłoszenie się do&nbsp;ojca rektora, albo generalnego, oczywiście w&nbsp;obecności księdza prefekta. Takie spotkanie zazwyczaj kończyło się na&nbsp;pedagogicznej, pouczającej rozmowie, podczas której nigdy nie podnoszono głosu, tłumacząc młodzieży, że&nbsp;nie jest to&nbsp;żaden argument. Rozmowa była jednak tak prowadzona, że&nbsp;pamiętało się ją&nbsp;długo, nieraz całe życie. Największą karą stosowaną wyjątkowo wobec trudnych charakterów, lub powtarzających się wykroczeń było ogolenie głowy „na pałę”, tym dotkliwsze, że&nbsp;wszyscy ogoloną głowę widzieli. Z&nbsp;drugiej jednak strony świadomość, że&nbsp;każdy to&nbsp;widzi, była czynnikiem przypominającym, że&nbsp;zanim się coś zrobi zawsze trzeba najpierw pomyśleć.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Pamiętna Wielkanoc</strong></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>Na&nbsp;Wielkanoc prawie wszyscy uczniowie wyjeżdżali. Nasi rodzice (w&nbsp;Chyrowie byłem ze&nbsp;starszym bratem)postanowili, że&nbsp;zostaniemy w&nbsp;zakładzie, za&nbsp;to do&nbsp;nas miała przyjechać mama i&nbsp;siostra. Cieszyliśmy się bardzo z&nbsp;tej wizyty. Zostało nas kilkunastu ze&nbsp;wszystkich lat i&nbsp;nie było właściwie żadnej opieki. Księża, nasi wychowawcy też się ulotnili. Bo&nbsp;i&nbsp;wielkie święto kościelne i&nbsp;rodziny, które oni też mieli. Zakład był pusty jak wymiótł, z&nbsp;czego skwapliwie korzystaliśmy, urządzając sobie np. wycieczki do&nbsp;lochów pod zakładem, lub spacerując po&nbsp;dużym parku i&nbsp;wszystkich miejsc i&nbsp;zaułków normalnie niedostępnych. Odwiedzający mieszkali w&nbsp;domku, zwanym nie wiadomo dlaczego szpitalikiem, który znajdował się, tuż za&nbsp;naszymi boiskami. Tam można się było wybrać w&nbsp;określonych porach i&nbsp;spotkać z&nbsp;bliskimi, bo&nbsp;do zakładu odwiedzający nie mogli wchodzić. Mama jak zawsze była czuła, o&nbsp;wszystko pytała, czy nam tu&nbsp;jest dobrze i&nbsp;coś też przywiozła dla osłodzenia naszej samotności. Mój starszy brat mi&nbsp;przypomina, że&nbsp;wykorzystaliśmy „oblewany poniedziałek” i&nbsp;tak oblaliśmy naszą siostrę, że&nbsp;aż ktoś z&nbsp;powodu tego potopu interweniował. Pożegnaliśmy się z&nbsp;żalem i&nbsp;znowu zostaliśmy sami aż&nbsp;do wakacji.</div>

<div>Przed wakacjami ważnym wiosennym wydarzeniem, na&nbsp;które wszyscy czekali, była tzw. „majówka”. Przy sprzyjającej pogodzie, jeden dzień tradycyjnie chyrowiacy spędzali w&nbsp;niedalekim lesie nad rzeką Strwiąż. Na&nbsp;majówkę jechaliśmy samochodem, bodajże ciężarowym, który chłopcy ochrzcili „dryndą chyrowską". Towarzyszył nam też skrzyniasty wóz, który przywiózł wiktuały przygotowane przez kuchnię. W&nbsp;programie były zabawy, spacery i&nbsp;kąpiel w&nbsp;pobliskiej rzece. Nie była wielka ani głęboka, więc bezpieczna. Ogromne wrażenie podczas tej majówki zrobiła na&nbsp;mniegrota, w&nbsp;której była figura Matki Boskiej. Mówiono, że&nbsp;jest repliką groty w&nbsp;Lourdes. Przedtem żadnej innej groty nigdy nie widziałem. Bardzo mi&nbsp;się podobała, ale nie mogłem pojąć, dlaczego mówiono, że&nbsp;jest sztuczna, gdyż nic w&nbsp;niej sztucznego nie widziałem. Pamiętam, jak zgłodniali bieganiną po&nbsp;lesie i&nbsp;kąpielą w&nbsp;rzece, rzuciliśmy się na&nbsp;wyśmienity obiad pod drzewami. Potem nadszedł czas odjazdu. Na&nbsp;następną majówkę trzeba było czekać cały rok.</div>

<div>Pod koniec czerwca 1939 roku wyjechaliśmy z&nbsp;Chyrowa do&nbsp;domów, nie przypuszczając, że&nbsp;nigdy już tam nie wrócimy. Ktoś z&nbsp;personelu zawiózł nas do&nbsp;pociągu do&nbsp;Bąkowic lub Dobromila, a&nbsp;na pięknym lwowskim dworcu czekali na&nbsp;nas najbliżsi. Wakacje z&nbsp;bratem i&nbsp;siostrą spędziliśmy w&nbsp;Brzuchowicach pod Lwowem. Gdy pierwszego września wybuchła wojna, z&nbsp;jej okrucieństwa nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wracając do&nbsp;Lwowa, słyszeliśmy po&nbsp;raz pierwszy w&nbsp;życiu detonacje, niezliczone strzały i&nbsp;przerażający dla nas widok ciężko rannych lub martwych żołnierzy w&nbsp;polskich mundurach. Mowy nie było o&nbsp;szkole, ani o&nbsp;powrocie do&nbsp;Chyrowa. Księża, którzy kierowali zakładem, musieli go&nbsp;natychmiast opuścić, a&nbsp;wspaniały zespół budynków przeznaczono na&nbsp;cele militarne.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><strong>Najbardziej znani chyrowiacy:</strong></div>

<ul>
	<li>
	<div>politycy:&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Eugeniusz_Kwiatkowski" target="_blank" title="Eugeniusz Kwiatkowski - Link otwierany w nowym oknie">Eugeniusz Kwiatkowski&nbsp;</a>,</div>
	</li>
	<li>
	<div>pisarze:&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Brzechwa" target="_blank" title="Jan Brzechwa - Link otwierany w nowym oknie">Jan Brzechwa&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Ksawery_Pruszy%C5%84ski" target="_blank" title="Ksawery Pruszyński - Link otwierany w nowym oknie">Franciszek Ksawery Pruszyński&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Wierzy%C5%84ski" target="_blank" title="Kazimierz Wierzyński - Link otwierany w nowym oknie">Kazimierz Wierzyński&nbsp;</a>,</div>
	</li>
	<li>
	<div>działacze społeczni: ks.&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Mieczys%C5%82aw_Kuznowicz" target="_blank" title="Mieczysław Kuznowicz - Link otwierany w nowym oknie">Mieczysław Kuznowicz&nbsp;</a>, Mieczysław Chłapowski,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_%C5%81ubie%C5%84ski_%281872-1942%29" target="_blank" title="Tadeusz Łubieński (1872-1942) - Link otwierany w nowym oknie">Tadeusz Łubieński&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Wajda" target="_blank" title="Roman Wajda - Link otwierany w nowym oknie">Roman Wajda&nbsp;</a>;</div>
	</li>
	<li>
	<div>duchowni: kardynał&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Koz%C5%82owiecki" target="_blank" title="Adam Kozłowiecki - Link otwierany w nowym oknie">Adam Kozłowiecki&nbsp;</a>(arcybiskup&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Lusaka" target="_blank" title="Lusaka - Link otwierany w nowym oknie">Lusaki&nbsp;</a>), biskup&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Tomczak" target="_blank" title="Kazimierz Tomczak - Link otwierany w nowym oknie">Kazimierz Tomczak&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_O%27Rourke" target="_blank" title="Edward O&#39;Rourke - Link otwierany w nowym oknie">Edward O&#39;Rourke&nbsp;</a>(pierwszy biskup gdański),&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Marian_Morawski_%28zm._1940%29" target="_blank" title="Marian Morawski (zm. 1940) - Link otwierany w nowym oknie">Marian Morawski&nbsp;</a>(bratanek założyciela, teolog, męczennik Oświęcimia), ks. Stanisław Starowieyski (zakonnik ze Zgromadzenia Kapłanów od Najświętszego Sakramentu, przyjaciel Karola Wojtyły, z którym wspólnie wyjechał na studia do Rzymu w 1946 r.),&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Stanis%C5%82aw_Sty%C5%9B" target="_blank" title="Stanisław Styś - Link otwierany w nowym oknie">Stanisław Styś&nbsp;</a>(jezuita, biblista, profesor)</div>
	</li>
	<li>
	<div>naukowcy:&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksander_Birkenmajer" target="_blank" title="Aleksander Birkenmajer - Link otwierany w nowym oknie">Aleksander Birkenmajer&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Mieczys%C5%82aw_Jerzy_Gamski" target="_blank" title="Mieczysław Jerzy Gamski - Link otwierany w nowym oknie">Mieczysław Jerzy Gamski&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Pawe%C5%82_Siwek" target="_blank" title="Paweł Siwek - Link otwierany w nowym oknie">Paweł Siwek&nbsp;</a></div>
	</li>
	<li>
	<div>lekarze:&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Marian_Garlicki" target="_blank" title="Marian Garlicki - Link otwierany w nowym oknie">Marian Garlicki&nbsp;</a></div>
	</li>
	<li>
	<div>artyści i działacze kulturalni:&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Styka" target="_blank" title="Adam Styka - Link otwierany w nowym oknie">Adam Styka&nbsp;</a>,&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Antoni_Wiwulski" target="_blank" title="Antoni Wiwulski - Link otwierany w nowym oknie">Antoni Wiwulski&nbsp;</a>(twórca&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_Grunwaldzki_w_Krakowie" target="_blank" title="Pomnik Grunwaldzki w Krakowie - Link otwierany w nowym oknie">Pomnika Grunwaldzkiego&nbsp;</a>w&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Krak%C3%B3w" target="_blank" title="Kraków - Link otwierany w nowym oknie">Krakowie&nbsp;</a>),&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Be%C5%82za" target="_blank" title="Witold Bełza - Link otwierany w nowym oknie">Witold Bełza&nbsp;</a>;</div>
	</li>
	<li>
	<div>aktorzy:&nbsp;<a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Junosza-St%C4%99powski" target="_blank" title="Kazimierz Junosza-Stępowski - Link otwierany w nowym oknie">Kazimierz Junosza-Stępowski&nbsp;</a>, Włodzimierz Ziembiński.</div>
	</li>
</ul>

<div>&nbsp;</div>

<div><strong>Jan Pietruski</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33569,Chyrowiacy_w_bialostockiej_akademii</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Tajemnice codzienności pierwszych absolwentów</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33568,Tajemnice_codziennosci_pierwszych_absolwentow</link>

				<pubDate>21.04.2026 12:16</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>Odkryć nieznane i&nbsp;przywołać zapomniane tajemnice codzienności –&nbsp;to główna idea jaka przyświecała tegorocznym obchodom Europejskich Dni Dziedzictwa (EDD). Muzeum Historii Medycyny i&nbsp;Farmacji Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Białymstoku po&nbsp;raz drugi włączyło się do&nbsp;obchodów tego ogólnoeuropejskiego święta zabytków i&nbsp;kultury.</strong></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>Idea święta narodziła się w&nbsp;1985 roku w&nbsp;Granadzie podczas II&nbsp;Konferencji Rady Europy. Minister Francji zaproponował wówczas, aby cała Europa włączyła się do&nbsp;obchodów Dni Otwartych Zabytków, zainicjowanych rok wcześniej we&nbsp;Francji. Od&nbsp;tej pory we&nbsp;wrześniu każdego roku instytucje kultury, sztuki, nauki Starego Kontynentu promują regionalne dziedzictwo kulturowe. Za&nbsp;każdym razem obchodom przyświeca inne hasło. Tematem tegorocznych EDD były tajemnice codzienności. Hasło zostało zainspirowane tytułem otwartej w&nbsp;2010 roku wystawy w&nbsp;toruńskim Muzeum Etnograficznym, a&nbsp;także nawiązuje do&nbsp;ratyfikowanej niedawno przez Polskę „Konwencji UNESCO z&nbsp;2003 r., o&nbsp;ochronie niematerialnego dziedzictwa kulturowego”. Ma&nbsp;ona ocalić od&nbsp;zapomnienia piękno i&nbsp;urok codziennych zdarzeń -&nbsp;zwykłego domowego życia, spotkań, języka, muzyki, obyczajów, obrzędów, pracy, świąt, zabaw i&nbsp;zabawek, kulturę stołu, wytwarzania i&nbsp;rękodzieła.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Naszym tegorocznym celem było przywrócenie wspomnień pierwszych absolwentów Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Białymstoku o&nbsp;studenckiej codzienności lat 50-tych XX&nbsp;wieku. W&nbsp;końcu września w&nbsp;Muzeum Historii Medycyny i&nbsp;Farmacji UMB odbyło się spotkanie, podczas którego tajemnice swoich studenckich czasów i&nbsp;pierwszych lat UMB odkrywali: dr&nbsp;Teresa Kurowska, prof. Marian Furman, prof. Jan Stasiewicz oraz doc. Jan Pietruski. Dyskusję moderował mgr Andrzej Guzowski. Zgromadzeni goście mogli wysłuchać opowieści o&nbsp;medycynie zgłębianej w&nbsp;trudnych, głównie z&nbsp;politycznych i&nbsp;organizacyjnych względów, czasach. Szczególną atmosferę nadawały spotkaniu dwie wystawy.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Pierwsza poświęcona Ich Rektorowi –&nbsp;„Prawie cały wiek dwudziesty. Życie i&nbsp;działalność Tadeusza Kielanowskiego”. Wystawa ta&nbsp;jest pokłosiem pracy doktorskiej dr&nbsp;Jacka Halasza z&nbsp;Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Gdańsku. Druga wystawa pt. „Białostoccy Herkulesi –&nbsp;akademicka codzienność pierwszych studentów Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Białymstoku” została przygotowana specjalnie z&nbsp;okazji tegorocznych EDD. Składa się ona z&nbsp;dwóch części: planszowej i&nbsp;eksponatowej, złożonej głównie z&nbsp;pamiątek pierwszych absolwentów. Na&nbsp;wystawie zostały przedstawione etapy życia studenckiego: od&nbsp;momentu zdawania egzaminów wstępnych, poprzez naukę, warunki lokalowe, aż&nbsp;po absolwentówkę i&nbsp;nakazy pracy. Możemy dowiedzieć się z&nbsp;niej o&nbsp;wymaganych od&nbsp;studentów dodatkowych dokumentach świadczących o&nbsp;przynależności do&nbsp;PZPR, działalności rodziców na&nbsp;polu robotniczym czy posiadanej ziemi. Specyfikę tamtych lat oddają także tematy prac egzaminacyjnych –&nbsp;o radzieckiej służbie zdrowia czy o&nbsp;teorii Miczurina i&nbsp;Łysenki. Pierwsi studenci budowali swoją przyszłą wiedzę lekarską równocześnie budując od&nbsp;podstaw nową uczelnię medyczną. Uczelnię, która dziś znajduje się w&nbsp;czołówce polskich uniwersytetów medycznych. Zaś w&nbsp;1950 roku powstawała z&nbsp;gruzów na&nbsp;bazie dawnego pałacu Branickich i&nbsp;Seminarium Nauczycielskiego. W&nbsp;bardzo skromnych warunkach lokalowych w&nbsp;październiku 1950 roku rozpoczęto naukę. Brakowało pomocy dydaktycznych –&nbsp;podręczniki dzielono na&nbsp;części, aby każdy ze&nbsp;studentów mógł zgłębić ich treść. Wiele pomocy dydaktycznych stworzyli pracownicy poszczególnych zakładów.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Na&nbsp;wystawie można obejrzeć m.in. plansze anatomiczne wykonane przez Stanisława Wakulińskiego, pierwsze preparaty anatomiczne, podręczniki. Wielką pracę wykonali ówcześni profesorowie, których sylwetki z&nbsp;rozrzewnieniem wspominali absolwenci. Poza nauką czas pierwszych studentów był wypełniany sportem, zabawą (m.in. zespół Rewelersów), szkoleniem wojskowym czy ekspedycjami wykopaliskowymi. Życie studenckie w&nbsp;tamtych czasach było bardzo mocno warunkowane polityką. Odciskała ona swoje piętno w&nbsp;postaci Komisji Dyscyplinarnych, na&nbsp;których odpytywano m.in. z&nbsp;zainteresowań, sposobu spędzania czasu wolnego itp. Obowiązkowe było także uczestnictwo w&nbsp;pochodach 1-majowych. Na&nbsp;jednym z&nbsp;nich, w&nbsp;1952 roku PZPR nakazała przygotowanie grupy inscenizacyjnej ukazującej –&nbsp;w związku z&nbsp;toczącą się wojną w&nbsp;Korei -&nbsp;ohydę amerykańskiego i&nbsp;niemieckiego imperializmu. Koniec studiów to&nbsp;szczególny czas we&nbsp;wspomnieniach: ostatni wykład z&nbsp;prof. T.&nbsp;Kielanowskim, absolwentówka, dyplomy lekarskie, w&nbsp;tym pięć czerwonych. Po&nbsp;studiach naszych absolwentów obowiązywały jeszcze nakazy pracy, będące wyrazem planowej polityki zdrowotnej ówczesnego systemu komunistycznego. &nbsp;&nbsp;</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Wszystkich zainteresowanych studencką codziennością pierwszych absolwentów zapraszam do&nbsp;Muzeum Historii Medycyny i&nbsp;Farmacji do&nbsp;obejrzenia stałej wystawy o&nbsp;białostockich Herkulesach medycyny oraz czasowej o&nbsp;prof. T.&nbsp;Kielanowskim.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Magdalena Grassmann</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33568,Tajemnice_codziennosci_pierwszych_absolwentow</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Marzec ‘68: smutna karta historii AMB</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33566,Marzec_‘68_smutna_karta_historii_AMB</link>

				<pubDate>21.04.2026 12:06</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>Komitet uczelniany Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przy Akademii Medycznej w Białymstoku po rozpatrzeniu sprawy w dniu 22 kwietnia 1968 roku stawia wniosek do obywatela ministra zdrowia przez jego magnificencję rektora tutejszej uczelni o odwołanie profesora doktora Jakuba Chlebowskiego ze stanowiska kierownika II Kliniki Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Białymstoku ze względu na wrogą postawę do Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i Związku Radzieckiego…</strong></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>Minęło właśnie 50 lat od wydarzeń marcowych. Zdaniem historyków w Białymstoku marzec 1968 roku był względnie spokojny. Przy czym do większości zdarzeń doszło na naszej uczelni.</div>

<div>Nastroje antysemickie w Polsce narastały od lat 60. Ich kulminacja nastąpiła po wybuchu wojny izraelsko-arabskiej w czerwcu 1967 r. A wydarzenia związane z protestami studenckimi w Warszawie z początku roku 1968 spowodowały, że nastąpiła eskalacja działań władzy.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Początkowo niewiele wskazywało na to, że w Białymstoku cokolwiek się wydarzy. Po pierwszych protestach studenckich w stolicy, w naszym mieście komitet wojewódzki PZPR rozpoczął organizowanie spotkań, w których przedstawiał swoją wersję faktów i ich właściwą interpretację. Dopiero kiedy w stolicy protesty przybrały ostrzejszą formę, w Białymstoku zintensyfikowano działania propagandowe. Jednocześnie środowisko studenckie AMB zaczęło coraz głośniej wspierać kolegów protestujących w Warszawie.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>15 marca 1968 r., sala kolumnowa Pałacu Branickich: -<em> Na zebranie zwołano wszystkich asystentów. Zaczęto mówić coś, co nam się nie mieściło w głowie: o profesorach, polskich Żydach, którzy pracują na Akademii Medycznej. To byli moi mentorzy: prof. Jakub Chlebowski, prof. Janusz Lesiński. (...) Przedstawiano te osoby w najgorszym świetle, z nienawiścią. Że musimy się ich pozbyć - wspomina na nagraniu Centrum im. L. Zamenhofa Jan Pietruski, ówczesny pracownik uczelni. Trzeba tylko przypomnieć, że profesor był bardzo szanowaną postacią na uczelni. Był jej rektorem, prorektorem, był osobą, która tworzyła AMB, był współbudowniczym szpitala klinicznego.</em></div>

<div>Ze wspomnień innego studenta z tamtego czasu: <em>- Mówiono, że profesorowie cieszyli się z postawy Izraela w wojnie, że znaleziono u nich dowody wpłat na organizacje syjonistyczne, w stosunku do prof. Chlebowskiego wysnuto zarzut, iż jednego ze swoich chorych określił jako osobę „przypominającą osobę z gułagu”.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div>W kwietniu uczelniany komitet PZPR składa wniosek o dymisję prof. Chlebowskiego z pełnionych funkcji z uwagi na wrogą postawę wobec Polski Ludowej i ZSRR oraz sprzyjanie Izraelowi i Stanom Zjednoczonym. W archiwach z tamtego okresu zachowały się informacje o dziesiątkach donosów wysyłanych do centrali wojewódzkiej partii. W maju Senat AMB podjął decyzję o zwolnieniu Chlebowskiego z pracy. W efekcie w czerwcu minister zdrowia podjął decyzję o odwołaniu go z funkcji kierownika kliniki. We wrześniu prof. Chlebowski - za pośrednictwem ministra zdrowia - złożył wypowiedzenie z pracy na uczelni.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Po latach te dni tak wspomina córka Profesora - dr Irena Bennett: <em>- Pewnego razu mój ojciec, wrócił do domu i powiedział: „musimy wyjechać, bo mnie nikt już tu nie potrzebuje”.</em></div>

<p>11 października wyjechał z żoną i córką od Izraela. W Tel Awiwie został zatrudniony w Klinice Endokrynologicznej uniwersyteckiego szpitala Beilinson. Pracował krótko. 25 stycznia 1969 roku zginął w wypadku samochodowym. Miał 64 lata.</p>

<p>&nbsp;</p>

<div>Drugą osobą, która stałą się ofiarą wydarzeń marcowych na uczelni, był prof. Janusz Leśniewski, szef kliniki dermatologicznej. Świetny specjalista z zakresu walki z chorobami wenerycznymi. Opracował unikalne testy diagnostyczne dla kiły. Został zaszczuty przez swoich kolegów, oczerniano go i oskarżano o oszustwa naukowe, także te związane ze zdobyciem tytułu profesora. W efekcie złożył rezygnację ze stanowiska kierownika kliniki (to objęła jego żona). Pozostał na uczelni, ale do przejścia na emeryturę nie sprawował już żadnej funkcji. Działał tylko w sferze naukowej. Nawet na łożu śmierci miał dywagować, czy jest coś po życiu. Był tego ciekaw właśnie w sensie naukowym.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>- Doskonały nauczyciel. Jego wykłady miały w sobie coś z przedstawień teatralnych. Profesor posiadał wielką umiejętność przekazywania trudnej wiedzy w sposób niezwykle przystępny - </em>wspomina były student Janusza Leśniewskiego, a dziś profesor Lech Chyczewski, rektor WSMed.</div>

<div>Prof. Leśniewski miał też niezwykłe poczucie humoru. Pierwszy wykład z danym rocznikiem studentów zaczynał od prośby, aby każdy z żaków się przedstawił. Nawet kiedy na sali było ponad 200 osób.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>- Potem komunikował studentom, by na każdym z wykładów zawsze siadali na tych samych miejscach. Profesor stwierdzał, że ma dobrą pamięć i od razu będzie widział, kogo na zajęciach nie ma</em> - wspomina prof. Chyczewski.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Kolejny wykład profesor rozpoczynał od szybkiego stwierdzenia, że studenci nie siedzą na swoich miejscach i wymieniał z głowy kilka nazwisk. I tu konsternacja, bo faktycznie te osoby musiały się przesiadać. Efekt? Frekwencja na wykładach była zawsze. Dopiero po latach prof. Chyczewski dowiedział się, że profesor zwykle zapamiętywał tylko kilka osób, ale to wystarczyło, by wzbudzić wśród studentów chęć chodzenia na wykłady.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Według historyków na fali wydarzeń marcowych z Białegostoku wyjechało ok. 100 osób. W roku 1990 r. władze AMB zrehabilitowały prof. Chlebowskiego. Jedna z sal w szpitalu klinicznym nosi jego imię, a od 2005 r. przyznawana jest nagroda im. prof. Jakuba Chlebowskiego dla najlepszego absolwenta Wydziału Lekarskiego. Jej fundatorką jest córka profesora, dr Irena Chlebowska-Bennett.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>bdc</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33566,Marzec_‘68_smutna_karta_historii_AMB</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>CoNieCo. 60 lat minęło, jak jeden skecz…</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33563,CoNieCo_60_lat_minelo-_jak_jeden_skecz…</link>

				<pubDate>21.04.2026 11:58</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>W Domu Studenta nr 1 Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku mieści się piwnica. Była tam niegdyś lada, a za ladą Pani lub Pan (jednej wersji nie ustalono do dziś), która (tudzież który) na hasło „herbata z cukrem” wydawała spod kontuaru butelkę z przeźroczystym trunkiem. Oczywiście tylko wtajemniczonym.</strong></div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Dziś trudno powiedzieć, ile prawdy jest w tej historii, bowiem początki istnienia Piwniczki, w której kryje się Klub „CoNieCo” giną w mrokach przeszłości. W przeciwieństwie do przyszłości. Ta wydaje się być jasną i przejrzystą…</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>PREKAMBR. Pierwsze ślady życia</strong></div>

<div>Wszystko zaczęło się w roku 1958, osiem lat po założeniu białostockiej Akademii Medycznej. W ciągu pierwszych lat swojej działalności, „CoNieCo” – podobnie jak inne kluby studenckie w Polsce – pełniło rolę miejsca spotkań środowiska akademickiego i koloryzowało szare barwy dnia codziennego, które cechowały PRL-owską rzeczywistość. Na czym polegała działalność Klubu we wczesnych latach 60.? Ciężko precyzyjnie stwierdzić. Najstarsza zachowana w Piwniczce kronika zawiera raptem parę pamiątkowych wpisów z 1967 roku i niespodziewanie przeskakuje o 5 lat do przodu. Pozostają więc jedynie przypuszczenia, że pra-Klubowicze, podobnie jak ich następcy w latach 70., brali czynny udział w tych bardziej studenckich aspektach życia uczelni, a więc organizowali otrzęsiny dla tzw. „pierwszaków”, przygotowywali imprezy taneczne, występy artystyczne i wszelkie innego rodzaju spotkania. Jednak prawdziwy przełom, swoista „kambryjska eksplozja” nastąpiła w latach 70. I to właśnie w tym momencie, wiatr zaczyna rozwiewać mroki przeszłości…</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>KAMBR. Lecz dinozaury, nie trylobity</strong></div>

<div>W czasach PRL-u student nie posiadał zbyt wielu praw, natomiast obowiązki miał niezliczone. Jednym z takich obowiązków było uczestnictwo w pochodzie z okazji 1 maja, czyli Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy, popularnie zwanego po prostu Świętem Pracy. Przymus brania udziału w pierwszomajowym pochodzie, pośród machającego do znienawidzonej władzy tłumu, flag, kwiatów i transparentów wychwalających geniusz myśli komunistycznej był dla wielu spośród żaków nie do zniesienia. A przynajmniej niezwykle irytujący. To właśnie pierwszomajowy pochód 1971 roku był iskrą zapalną, która sprawiła, że Rysiek nie wytrzymał. Ewidentnie trzeba było coś z tym zrobić. Dlatego też, gdy już smutny obowiązek został wypełniony, Rysiek skrzyknął większą grupę studentów, którzy podobnie jak on mieli dosyć tej obłudy i udał się do funkcjonującego już wówczas całkiem prężnie Klubu Studenckiego „CoNieCo”, aby zrobić coś na przekór władzy. Pośpiewać, pograć i proklamować własne teksty i piosenki. Nie zaś te, które narzucała wszystkim komunistyczna władza. Czy Rysiek był członkiem Klubu, czy raczej po prostu jego przyjacielem, tego do końca nie wiemy… niemniej jednak tu należy się zatrzymać i wyjaśnić, że rzeczony Rysiek jest postacią autentyczną. Mowa bowiem o Ryszardzie Zakrzewskim, współcześnie lekarzu, wówczas zaś studencie, który zapoczątkował tradycję spotkań „Mikrofon dla każdego”. Podczas takich spotkań każdy kto chciał, mógł wyjść na scenę i zaprezentować swój tekst lub piosenkę, a wszystko to bez założonego przez cenzurę kagańca. Prawdopodobnie to właśnie te spotkania stały się fundamentem, na którym powstało sztandarowe wydarzenie organizowane przez Klub Studencki „CoNieCo”</div>

<div>– „Spotkania pod Schodkami”. Ojcem Spotkań jest Jan Olszewski, który przeniósł się w połowie lat 70. z Akademii Medycznej w Gdańsku do Białegostoku, aby dokończyć swoje studia. To właśnie Janol – jak go nazywano w Klubie – wraz z ówczesnymi Klubowiczami stworzył formułę wieczorów z otwartą sceną, podczas których każdy mógł wyjść z przysłowiowej „szuflady” z własną twórczością. Spotkania szybko zyskały na popularności i odbywały się raz w miesiącu przez cały rok akademicki. Piwniczka była zawsze wypełniona po brzegi, a na scenie oprócz autorskich piosenek zaczęły pojawiać się skecze. Każde „Spotkanie pod Schodkami” tradycyjnie otwierała i zamykała piosenka – śpiewana zresztą w „CoNieCo” do dziś – „Piwniczka”, którą to ponoć napisano z okazji 15-lecia istnienia Klubu i której tekst wymalowano na ścianie korytarza prowadzącego do legendarnego w historii tej organizacji pomieszczenia nazywanego „Canadą”. Program ówczesnych „Spotkań pod Schodkami” (na których występowali nie tylko studenci AMB) składał się w połowie z znanych już i szczególnie lubianych przez publiczność piosenek oraz skeczy, a w połowie z zupełnie nowych i wcześniej nie prezentowanych lub prezentowanych niezmiernie rzadko. Humor skeczy przeplatał się niejednokrotnie z zaskakującą refleksją wiersza lub trafnym wersem piosenki, przez co „Spotkania pod Schodkami” były bardzo urozmaicone i każdy kto trafiał do Piwniczki mógł znaleźć coś dla siebie. Janol, Tomżyk, Mahoń czy chociażby Irek, student Politechniki Białostockiej, który śpiewał i grał na gitarze… to między innymi dzięki nim (choć było ich dużo, dużo więcej) życie w „CoNieCo” kwitło podczas Spotkań, a PRL-owska rzeczywistość pisana prozą, wzbogaciła się o parę wersów poezji…</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>TRIAS, JURA, KREDA[1]. Koniec ery mezozoicznej</strong>&nbsp;</div>

<div>Lata 70. to bez wątpienia złoty okres w historii istnienia „CoNieCo” nie tylko z powodu powstania Spotkań, ale również – a może przede wszystkim – dlatego że kluby studenckie (w swojej pierwotnej definicji) były wówczas niezwykle popularne. Z pewnością w dużym stopniu wpływał na to fakt braku alternatyw do spędzania wolnego czasu. W Białymstoku nie było wówczas zbyt wielu miejsc, do których młodzież mogłaby się udać, aby spędzić piątkowy wieczór i dobrze się bawić. Na szczęście funkcjonowała Piwniczka (i jej niepowtarzalny klimat!). Z biegiem czasu na „Spotkaniach pod Schodkami” zaczęło pojawiać się coraz więcej skeczy a w harmonogramie działalności Klubu coraz więcej dyskotek i imprez tanecznych. Żółte, tradycyjne koszulki „CoNieCo” zostały zastąpione czerwonymi, a „Spotkania pod Schodkami” zamieniły się w „Kabaret Schodki” zrywając tym samym z tradycją spotkań z otwartą sceną. Przemiana ta nie miała charakteru nagłego, lecz powolnej ewolucji, która choć niespiesznie, to cierpliwie, trwała przez całe lata 80., doprowadzając do tego, że ostatecznie klasyczna forma Spotkań została kompletnie porzucona i gdy upadł Mur Berliński a wraz z nim Żelazna Kurtyna, pozostał już tylko Kabaret. W Polsce lat 90. zaczęły królować dyskoteki, a wraz z nimi tańczące do muzyki disco-polo pary podnoszące z podłogi kurz, który opadał dopiero nad ranem, pokrywając scenę, na której jeszcze nie tak dawno temu grano i śpiewano o rzeczach ważnych i potrzebnych. Poeci poszli w odstawkę. Nastała era gumy Turbo, magnetowidów, walkmanów, koszulek wpuszczonych w zbyt szerokie jeansy no i oczywiście… disco-polo. Nic już nie miało być tak jak dawniej i – mówiąc szczerze – nie mogło być tak jak dawniej. Czasy się zmieniły. Nastał kres klubów studenckich, o czym i nasza Piwniczka miała się przekonać, gdy przez pewien czas działało w niej jedynie 4 Klubowiczów. Warszawskie Hybrydy czy Stodoła, kluby bliźniacze pod względem swojej pierwotnej formuły naszej Piwniczce, pod naporem nowych czasów również zmieniły charakter swojej działalności. I ostatecznie zostało już tylko „CoNieCo”. Lecz era mezozoiczna nie miała zakończyć się w naszym Klubie wielkim wymieraniem…</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>PLEJSTOCEN. Topnieją lodowce</strong></div>

<div>Wydawać by się mogło, że Klub Studencki „CoNieCo”, podobnie jak jego więksi bracia z Warszawy i innych miast Polski, pójdzie najbardziej korzystną drogą, lecz stało się zupełnie inaczej. Piwniczka pozostała miejscem niszowym, kameralnym i niekomercyjnym, ustępując tym samym popularnością wielu lokalom w Białymstoku. W ciągu ostatnich 20 lat „CoNieCo” kontynuowało działalność Kabaretu „Schodki”, który do dzisiaj komentuje i punktuje życie akademickie na UMB oraz absurdy otaczającego nas świata. Tym samym „Schodki” to najdłużej, nieprzerwanie trwająca impreza studencka w Polsce. Z okazji 55-lecia Klubu, w 2013 roku reaktywowano „Spotkania pod Schodkami”, które współcześnie odbywają się 2 razy do roku i swoją formą nawiązują do pierwotnych Spotkań, zwracając scenę i mikrofon każdemu, kto zechce zaprezentować coś szerszej publiczności. Początkowo widownia była skromna, jakby nieprzyzwyczajona do „nowej”, nietypowej formy, lecz z czasem Piwniczka, jak niegdyś, znowu zaczęła pękać w szwach. Okazuje się, że mimo upływu lat nie zmieniło się wcale tak wiele i wciąż są chętni do „wyjścia z szuflady”. Kabaret „Schodki” występuje trzykrotnie w ciągu roku akademickiego, niezmiennie od wielu lat, a każda edycja to zupełnie nowe, autorskie skecze pisane przez członków Klubu. Pojawiły się też nowe formy działalności. Od 2012 roku organizowany jest Przegląd Kapel Studenckich „PKS”, a od 2015 roku pojawiły się próby organizacji Ogólnopolskiego Przeglądu Kabaretów Studenckich „Dzięcioł”. Rok później reaktywowano tradycyjny pojedynek sportowy pomiędzy Klubowiczami a „SCR Radiosupłem” tzw. „Bój o złotego Kondora”, który odbywa się pod koniec roku akademickiego. Ponadto jak zwykle Klub czynnie bierze udział w organizacji wielu imprez na terenie uczelni – otrzęsin, Medykaliów, koncertów i imprez charytatywnych. Nie tylko więc nie doszło do wielkiego wymierania ery mezozoicznej, ale na dodatek można śmiało powiedzieć, że nastąpił kres epoki lodowcowej. I chociaż Klub nigdy nie będzie w stanie sprostać konkurencji w mieście ze względu na formę swojej działalności, to jednak właśnie ta forma pozostaje jego największą bronią. Forma, tradycja i niepowtarzalny klimat. No bo gdzie indziej w Polsce, znajdziecie takie „CoNieCo” ?</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>HOLOCEN. Co nas czeka po lądolodzie?</strong></div>

<div>W piątek 18 maja 2018 roku rozpoczęły się krótkie obchody 60-lecia istnienia Klubu „CoNieCo”. Na dwudniowe święto w Piwnicze przygotowano Kabaret „Schodki”, podczas którego można było zobaczyć najlepsze skecze z ostatnich 5 lat. Następnego dnia odbyło się natomiast kameralne spotkanie z byłymi Klubowiczami i przyjaciółmi Klubu, którzy jak niegdyś wystąpili na scenie i wypełnili piwnicę niepodrabialnymi dźwiękami gitar oraz tekstami piosenek. Wszystko to minęło niezwykle szybko. Święto, na które czekaliśmy cały rok, w okamgnieniu zamieniło się w sprzątanie po jubileuszu, a potem w cotygodniową, akademicką prozę życia. Irek spakował swoją gitarę, Marcyś i Mały pojechali do domu. Wszyscy wrócili do codzienności.</div>

<div>Jednak codzienność nigdy nie pozostanie zwykłą codziennością póki istnieje Klub Studencki „CoNieCo”. Przed nami kolejne lata działalności, kolejne skecze Kabaretu „Schodki” i kolejne edycje „Spotkania pod Schodkami”. Muzyka na żywo jeszcze nieraz wypełni naszą Piwniczkę podczas Przeglądu Kapel Studenckich a nasi Klubowicze jeszcze nieraz będą wprowadzać pierwszaków do braci studenckiej podczas otrzęsin. Piwniczka będzie dalej oscylować między tym, co poważne, a tym, co zabawne, między liryką a epiką codziennego życia. Będzie trwać, zasilana nowymi pokoleniami studentów chcących, tak jak My i nasi poprzednicy, komentować rzeczywistość, bawić się, śmiać, przeżywać i tworzyć. Wszystko to robią członkowie Klubu Studenckiego „CoNieCo”, ostatniego polskiego klubu studenckiego funkcjonującego podobnie jak niegdysiejsze kluby studenckie i prawdopodobnie jedynego „bractwa studenckiego” w Polsce. Nie może nazywać się studentem ten, kto choć raz nie zszedł do „CoNieCo”-wej Piwniczki. To miejsce, gdzie nie masz znajomych. To miejsce gdzie masz przyjaciół na całe życie. I właśnie to jest najważniejsze w Naszym Małym Klubie…</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Tomasz Kisiel, kierownik klubu, 2015-2018</strong></div>

<div><em>[1] Kreda skończyła się jednym z największych masowym wymieraniem zwierząt w historii. Nas to nie dotyczy.</em></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33563,CoNieCo_60_lat_minelo-_jak_jeden_skecz…</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Ludzie profesora Szamatowicza</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33524,Ludzie_profesora_Szamatowicza</link>

				<pubDate>16.04.2026 14:32</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div>Pierwsze polskie in&nbsp;vitro od&nbsp;razu budzi skojarzenia z&nbsp;prof. Marianem Szamatowiczem. Tylko że&nbsp;on zawsze powtarza, że&nbsp;bez swojego zespołu niewiele by&nbsp;zdziałał. W&nbsp;tym roku obchodzimy 33&nbsp;rocznicę tego wydarzenia. Tak jak w&nbsp;ostatnich latach -&nbsp;po cichu.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>12 listopada 1987 r.&nbsp;zmienił świat dla wielu osób w&nbsp;Polsce. Najpierw dla rodziców Magdy, dziewczynki, która jest pierwszym polskim dzieckiem z&nbsp;in vitro (dziś to&nbsp;też mama). Potem dla wszystkich innych rodziców, którzy do&nbsp;tamtego momentu bezskutecznie starali się o&nbsp;dzieci. Dla grupy naukowców z&nbsp;Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku, którzy doprowadzili procedurę do&nbsp;sukcesu, od&nbsp;tamtej chwili świat zaczął pędzić w&nbsp;niesamowitym tempie. Obecnie to&nbsp;w&nbsp;większości profesorowie i&nbsp;uznani w&nbsp;Europie eksperci zajmujący się medycyną rozrodu. Zmienił się też nasz sposób dyskusji o&nbsp;in vitro. Coraz częściej to&nbsp;temat tabu, coraz mniej medyczny, a&nbsp;bardziej polityczny, religijny i&nbsp;ideologiczny. Stał się przyczynkiem do&nbsp;podziałów między ludźmi, a&nbsp;nie elementem dającym radość z&nbsp;narodzin dziecka.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><strong>Prof. Marian Szamatowicz:</strong> ginekolog-położnik. Nie został przyjęty do&nbsp;Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku ze&nbsp;względu na&nbsp;niewłaściwe pochodzenie -&nbsp;jego ojciec był młynarzem. Skończył Akademię Medyczną w&nbsp;Warszawie. Po&nbsp;studiach rozpoczął pracę w&nbsp;Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w&nbsp;Białymstoku, a&nbsp;od 1963 roku pracował w&nbsp;szpitalu klinicznym. Od&nbsp;początku swojej pracy zawodowej interesuje się endokrynologią rozrodu. Ma&nbsp;w&nbsp;swoim dorobku 170 publikacji naukowych w&nbsp;kraju i&nbsp;za granicą, jest współtwórcą kilkunastu podręczników medycyny.</div>

<div>O sobie mówi tak: -&nbsp;Ja byłem tylko szefem. Sukces udało się osiągnąć dzięki pracy całego zespołu i&nbsp;jego zaangażowaniu. Jednak jak powiedział Napoleon: wojnę wygrywają żołnierze, ordery dostają dowódcy.</div>

<div>Jak wspomina czas pracy nad in&nbsp;vitro? -&nbsp;To był pewien element rywalizacji. Wiedzieliśmy, że&nbsp;są czynione próby w&nbsp;Centrum Zdrowia Dziecka w&nbsp;Warszawie przez zespół kierowany przez prof. Lucjana Wiśniewskiego. Prasa też była niezwykle przychylna stołecznemu ośrodkowi. Ciągle pojawiały się doniesienia, że&nbsp;jest już ciąża. Choć jej nie było.</div>

<div><em>- Ta&nbsp;nasza ciąża była, można powiedzieć, wychuchana. Dlatego też zapadła decyzja o&nbsp;cesarskim cięciu, które było bardziej niebezpieczne dla matki, ale bezpieczniejsze dla dziecka. Ja&nbsp;dostąpiłem tego zaszczytu bycia przy narodzinach tej dziewczynki. To&nbsp;były olbrzymie emocje. Na&nbsp;bloku operacyjnym pojawiło się sporo ludzi. Pamiętam krzyk tego dziecka. To&nbsp;była najpiękniejsza muzyka. Ja&nbsp;przeciąłem pępowinę. Potem to&nbsp;dzieciątko trafiło w&nbsp;ręce neonatologów. Było pod opieką prof. Walentyny Iwaszko-Krawczuk, która też doskonale zapamiętała ten dzień. Jak wspomina, my&nbsp;poszliśmy do&nbsp;domu zadowoleni po&nbsp;cięciu, a&nbsp;ona całą noc drżała o&nbsp;to dziecko.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Zespół:</strong></div>

<div><strong>Prof. Sławomir Wołczyński</strong>:&nbsp;w zespole prof. Szamatowicza odpowiedzialny był za&nbsp;sprawy embriologiczne (opiekował się zarodkami). Kilka lat temu przejął „pałeczkę” po&nbsp;prof. Szamatowiczu -&nbsp;jest kierownikiem Kliniki Rozrodczości i&nbsp;Endokrynologii Ginekologicznej, gdzie zajmuje się diagnostyką i&nbsp;leczeniem niepłodności. Przedmiotem jego szczególnego zainteresowania jest endokrynologia ginekologiczna i&nbsp;biologia molekularna.</div>

<div><em>- W&nbsp;1985 r.&nbsp;prof. Szamatowicz pojechał na&nbsp;krótki staż do&nbsp;Göteborgu (Szwecja) uczyć się mikrochirurgii jajowodów i&nbsp;tam również zobaczył metodę in&nbsp;vitro leczenia niepłodności. Pewnego wieczoru prof. Szamatowicz zebrał cały zespół i&nbsp;zadecydował, że&nbsp;będziemy się zajmować zapłodnieniem pozaustrojowym. Nikt nie odmówił. W&nbsp;tamtym czasie niezbyt wiele, a&nbsp;może nawet nic, nie wiedziałem o&nbsp;tej metodzie. Materiałów na&nbsp;ten temat nie było dużo. Internetu nie było. Pamiętam, że&nbsp;pierwsza publikacja, którą przypadkowo znalazłem, donosiła, że&nbsp;w&nbsp;USA urodziło się już tak 21&nbsp;dzieci. To&nbsp;sobie wyobraziłem tę&nbsp;ogromną Amerykę i&nbsp;21 dzieci. Wówczas leczenie niepłodności było mało skuteczne.</em></div>

<div><em>- Dziewięć lat minęło od&nbsp;narodzin pierwszego dziecka z&nbsp;in vitro na&nbsp;świecie, do&nbsp;chwili kiedy urodziło się pierwsze z&nbsp;in vitro w&nbsp;Białymstoku. Jak na&nbsp;różnice technologiczne dzielące wtedy Polskę i&nbsp;resztę świata, to&nbsp;było bardzo szybko. 12&nbsp;listopada 1987 r.&nbsp;to był czwartek. Pamiętam moment narodzin. Ten strach, czy wszystko się uda? Czy dziecko będzie zdrowe? Bardzo czekaliśmy. Urodziła się dziewczynka. Była zdrowa.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Prof. Waldemar Kuczyński:</strong>&nbsp;W zespole odpowiadał za&nbsp;andrologię -&nbsp;przygotowanie nasienia. Już nie pracuje w&nbsp;szpitalu USK, ani na&nbsp;UMB. Przeszedł na&nbsp;emeryturę. Przyjmuje jeszcze pacjentki w&nbsp;prywatnym ośrodku „Kriobank”, którego jest twórcą.</div>

<div>Czasy pracy nad in&nbsp;vitro wspominał dla portalu plodnosc.pl:<em> -&nbsp;Jak wiadomo&nbsp;czasy były wtedy ciężkie.&nbsp;W&nbsp;sklepach pusto, na&nbsp;stacjach benzynowych też, dotacji żadnych, sprzętu brak, a&nbsp;jeżeli już to&nbsp;pożyczony…&nbsp;Niczego nie można było kupić, więc wszystko robiliśmy sami,&nbsp;np. sami produkowaliśmy wodę. Zaczynało się tak, że&nbsp;najpierw badaliśmy studnie w&nbsp;regionie. Potem z&nbsp;wybranych, w&nbsp;200-litrowych beczkach, przywoziliśmy wodę do&nbsp;laboratorium. Po&nbsp;około 20&nbsp;tygodniach z&nbsp;jednej beczki uzyskiwaliśmy 100 ml&nbsp;naprawdę czystej wody, z&nbsp;której przygotowywaliśmy odczynniki. Nawet igły punkcyjne, zestawy do&nbsp;pobierania komórek jajowych, katetery do&nbsp;transferu zarodków itd., wytwarzaliśmy sami.&nbsp;Te&nbsp;właśnie obowiązki m.in. spadły na&nbsp;moje barki. Dlatego też rozwijałem się jako wynalazca i&nbsp;konstruktor… z&nbsp;bożej łaski. Do&nbsp;dzisiaj w&nbsp;szafach leżą pamiątki moich nieudanych konstrukcji.&nbsp;Byliśmy ambitni, nie żałowaliśmy siebie, swojego czasu ani sił.&nbsp;Byliśmy też doświadczeni przez liczbę niepowodzeń, jakie nas spotykały.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Prof. Jerzy Radwan:</strong>&nbsp;Odpowiadał przede wszystkim za&nbsp;badania USG. Dzięki doświadczeniu zdobytemu we&nbsp;Francji (w&nbsp;1984 r.&nbsp;wyjechał na&nbsp;staż do&nbsp;Pracowni Pozaustrojowego Zapłodnienia Uniwersytetu w&nbsp;Paryżu oraz Rouen), jako pierwszy w&nbsp;Polsce, zaczął pobierać komórki jajowe pod kontrolą USG najpierw przez pęcherz moczowy, a&nbsp;potem bezpośrednio przez pochwę. Od&nbsp;1997 roku jest właścicielem jednego pierwszych w&nbsp;Polsce prywatnych ośrodków zajmujących się in&nbsp;vitro -&nbsp;Centrum Leczenia Niepłodności Gameta w&nbsp;Łodzi.</div>

<div><em>- Dzięki kontaktom z&nbsp;Francuzami, mogłem pewne rzeczy przywozić. W&nbsp;Polsce przygotowania do&nbsp;zapłodnienia pozaustrojowego to&nbsp;było nie tylko wyzwanie naukowe, ale przede wszystkim logistyczne. Brakowało dosłownie wszystkiego: sprzętów, odczynników, a&nbsp;nawet rękawiczek jednorazowego użytku. Gdyby ktoś sfilmował całą historię dochodzenia do&nbsp;pierwszego in&nbsp;vitro w&nbsp;Polsce, to&nbsp;powstałby film o&nbsp;profesorze Szamatowiczu i&nbsp;jego zespole wcale nie mniej fascynujący niż „Bogowie” o&nbsp;prof. Relidze. To&nbsp;były lata osiemdziesiąte, kiedy brakowało wszystkiego, a&nbsp;my, młodzi wówczas lekarze, spędzaliśmy noce i&nbsp;dni w&nbsp;klinice, często kosztem własnej rodziny.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Dr hab. Euzebiusz Sola:</strong> Specjalizował się w&nbsp;pobieraniu komórek. Choć nie zrobił wielkiej kariery naukowej, uchodzi za&nbsp;doskonałego klinicystę.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Prof. Marek Kulikowski:</strong>&nbsp;W zespole prof. Szamatowicza zajmował się pobieraniem komórek jajowych podczas endoskopii. Ma&nbsp;specjalizację z&nbsp;położnictwa i&nbsp;ginekologii, endokrynologii i&nbsp;ginekologii onkologicznej. Przez wiele lat pracował jako ordynator oddziału ginekologii i&nbsp;położnictwa w&nbsp;Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w&nbsp;Białymstoku. Był też wieloletnim konsultantem wojewódzkim ds. ginekologii i&nbsp;położnictwa.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Opr. bdc, km&nbsp;</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33524,Ludzie_profesora_Szamatowicza</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Panopticum historyczne i kulturowe</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33523,Panopticum_historyczne_i_kulturowe</link>

				<pubDate>16.04.2026 14:27</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div>Wśród eksponatów udostępnionych w&nbsp;Muzeum Historii&nbsp;Medycyny UMB znajduje się manuał apteczny pozyskany z&nbsp;apteki działającej w&nbsp;Suwałkach od&nbsp;1847 roku.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Na pierwszy rzut oka to&nbsp;niepozorny kajecik w&nbsp;twardej oprawie mocno nadgryzionej zębem czasu, minęło wszak sporo ponad sto lat od&nbsp;pierwszych zapisków w&nbsp;nim poczynionych. Dzisiaj jest to&nbsp;rękopiśmienny zabytek historii farmacji, wtedy codzienna praktyka i&nbsp;atrybut aptekarza a&nbsp;zarazem ważne świadectwo rozwoju sztuki farmaceutycznej. Manuał ten zawiera około 270 receptur spisanych po&nbsp;łacinie na&nbsp;wszelkiego rodzaju leki dla ludzi i&nbsp;zwierząt, na&nbsp;kosmetyki, środki higieniczne i&nbsp;produkty codziennego użytku, takie jak np. atrament, płyn do&nbsp;maszyn elektrycznych, kolofonia (kalafonia) do&nbsp;kontrabasu, płyn na&nbsp;mole, lep na&nbsp;muchy, tusz do&nbsp;pieczątek, atrament do&nbsp;hektografa, różnobarwne ognie sztuczne. Taka wielobranżowość aptek była wtedy powszechna, zaś asortyment surowców i&nbsp;wyrobów bardzo szeroki. Dla miłośnika historii farmacji czy filologa manuał ten jawić się może jako zbiór niezwykły, nie tylko przepisów na&nbsp;konkretne specyfiki ale jako swoiste panopticum -&nbsp;&nbsp;muzeum osobliwości ciekawych pod kątem historycznym, kulturowym czy językowym. Receptury w&nbsp;nagłówku mają nazwy leków lub ich przeznaczenie zapisane w&nbsp;języku łacińskim lub polskim, są&nbsp;też pojedyncze podpisane po&nbsp;rosyjsku, niemiecku i&nbsp;angielsku.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Wśród mian preparatów uwagę przyciąga&nbsp;Opodeldoc, nazwa nieznanego pochodzenia. Jest to&nbsp;Linimentum saponato -&nbsp;camphoratum, niegdyś bardzo popularne rozgrzewające mazidło mydlano-kamforowe, łagodzące objawy reumatyzmu. Za&nbsp;wynalazcę&nbsp;Opodeldocu&nbsp;uważa się Paracelsusa, a&nbsp;więc sięgamy tu&nbsp;historii odległej, wieku XVI. Przepisy na&nbsp;Opodeldoc, co&nbsp;jakiś czas modyfikowane, zamieszczano w&nbsp;kolejnych farmakopeach. Co&nbsp;ciekawe&nbsp;Opodeldoc&nbsp;trafił też na&nbsp;karty literatury pięknej, uwiecznił go&nbsp;bowiem Jaroslav Hašek w&nbsp;powieści „Przygody dobrego wojaka Szwejka”.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Innym ciekawym lekiem były krople Inoziemcowa -&nbsp;Guttae Iniziemcovi, stosowane w&nbsp;zaburzeniach trawienia, kolkach jelitowych i&nbsp;zatruciach pokarmowych. Są&nbsp;dwie tradycje dotyczące autorstwa receptury. Jedna z&nbsp;nich przypisuje je&nbsp;chirurgowi rosyjskiemu Fiodorowi Inoziemcewowi, profesorowi Uniwersytetu w&nbsp;Moskwie. Druga tradycja, bardziej wiarygodna, wiąże opracowanie składu tego preparatu z&nbsp;polskim farmaceutą Franciszkiem Pantoczkiem (ur. w&nbsp;Koprzywnicy 1811 -&nbsp;zm. w&nbsp;Kielcach 1895). To&nbsp;znakomita postać, patriota i&nbsp;współpracownik ks. Piotra Ściegiennego, organizator spisku w&nbsp;Kielcach. Za&nbsp;swoją działalność został skazany na&nbsp;uwięzienie w&nbsp;Cytadeli Warszawskiej, a&nbsp;potem skierowany do&nbsp;karnej służby w&nbsp;korpusie kaukaskim. Był jednym z&nbsp;wielu młodych ludzi z&nbsp;Królestwa Polskiego zesłanych w&nbsp;głąb Rosji za&nbsp;działalność spiskową. Tam zaczął się interesować zastosowaniem roślin w&nbsp;lecznictwie, a&nbsp;mając pod swą pieczą apteki wojskowe, skomponował skład tego preparatu, popularnego i&nbsp;dostępnego w&nbsp;Polsce aż&nbsp;do 1985 roku. Franciszek Pantoczek był wśród wielu zesłanych Polaków, którzy odegrali istotną rolę w&nbsp;tworzeniu służb medycznych i&nbsp;weterynaryjnych w&nbsp;Imperium Rosyjskim XIX wieku, wniósł duże zasługi dla pułku kabardyńskiego, w&nbsp;którym służył aż&nbsp;24 lata. Ożenił się z&nbsp;Polką, rozwijał swoją karierę, i&nbsp;mimo ogłoszonej amnestii przez Aleksandra II&nbsp;w&nbsp;1856 roku, powrócił do&nbsp;Kielc dopiero po&nbsp;przejściu na&nbsp;emeryturę w&nbsp;1870 roku. W&nbsp;tym kontekście nazwa preparatu jego autorstwa mogłaby znaczyć „krople cudzoziemca”. Jego nazwisko jest wśród wielu Polaków, którzy wnieśli wkład w&nbsp;rozwój rosyjskiej nauki XIX wieku, o&nbsp;czym możemy się dowiedzieć z&nbsp;opracowania polskiego historyka prof. Wiesława Cabana.</div>

<div>Również odległą w&nbsp;czasie proweniencję mają tzw.&nbsp;Pigułki Reformackie, na&nbsp;które przepis widnieje na&nbsp;stronie 9&nbsp;manuału. Rzekomo receptura tych pigułek znana jest od&nbsp;1602 roku, prawdopodobnie jednak były jednym z&nbsp;wielu specyfików, które opatrzono wyjątkową nazwą dla przyciągnięcia zainteresowania kupujących, jak np. pigułki błogosławione -&nbsp;pilulae benedictae&nbsp;czy eliksir długiego życia -&nbsp;elixir ad&nbsp;longam vitam. W&nbsp;prasie okresu międzywojennego pojawiała się reklama tychże pigułek reformackich z&nbsp;marką „Zakonnik” głosząca, że&nbsp;„regulują żołądek, chronią od&nbsp;reumatyzmu, cierpień wątroby, nadmiernej otyłości, artretyzmu, uderzeń krwi do&nbsp;głowy, uśmierzają hemoroidy, czyszczą krew i&nbsp;przy skłonnościach do&nbsp;obstrukcji są&nbsp;łagodnym środkiem przeczyszczającym”. Znani z&nbsp;poczucia humoru Skamandryci -&nbsp;Antoni Słonimski i&nbsp;Julian Tuwim w&nbsp;zbiorze „W&nbsp;oparach absurdu” zaproponowali prześmiewcze hasło: „przeczyszcza łagodnie nie przerywając snu -&nbsp;dostać można we&nbsp;wszystkich aptekach”. &nbsp;</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Manuał zawiera również kilka receptur na&nbsp;leki dla zwierząt. Napotykamy tu&nbsp;osobliwą nazwę choroby -&nbsp;zołzy (adenitis equorum). Nie ma&nbsp;to nic wspólnego z&nbsp;formą liczby pojedynczej tego rzeczownika, która obecnie, według słownika, oznacza „kobietę nieuprzejmą, kłótliwą i&nbsp;trudną w&nbsp;obyciu”, jest to&nbsp;bowiem ostra zakaźna choroba koni, powodująca ropienie żuchwowych węzłów chłonnych oraz problemy układu oddechowego. &nbsp;Analizując recepturę, zwłaszcza ilość komponentów, możemy domyślać się, że&nbsp;określenie „końska dawka”, dziś metaforyczne, mogło powstać właśnie w&nbsp;odniesieniu do&nbsp;takich rzeczywistych preparatów. Na&nbsp;konkretnym przykładzie z&nbsp;manuału, w&nbsp;recepturze „na proszek dla koni od&nbsp;zołzy”, możemy to&nbsp;potwierdzić, mamy bowiem łącznie ilość składników, wśród których są&nbsp;m.in. owoce anyżu, jagody jałowca i&nbsp;ziele koniczyny, &nbsp;wielokrotnie większą niż przeciętna ilość leku dla ludzi.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>&nbsp;W&nbsp;manuale zetkniemy się również z&nbsp;dawniej stosowanymi miarami aptekarskimi, takimi jak m.in. uncja, gran, skrupuł. Aptekarze używali specjalnych symboli na&nbsp;oznaczanie poszczególnych wartości wagowych składników leku. Symbole te&nbsp;znane są&nbsp;z&nbsp;dawnych wieków, już bowiem na&nbsp;jednym z&nbsp;drzeworytów z&nbsp;najstarszego polskiego zielnika z&nbsp;1534 roku, są&nbsp;przedstawione nazwy i&nbsp;symbole, oprócz wyżej wspomnianych jeszcze m.in. manipulus i&nbsp;libra. Co&nbsp;ciekawe, w&nbsp;XIX-wiecznej Polsce skrupuł (scrupulum) był ustawowo wprowadzoną w&nbsp;1818 r.&nbsp;handlową jednostką wagi równą 1,056&nbsp; grama. Stąd bierze się też przymiotnik „skrupulatny”. Oczekiwano wtedy, i&nbsp;dziś oczekujemy od&nbsp;farmaceuty, by&nbsp;był skrupulatny, by&nbsp;z&nbsp;drobiazgową dokładnością i&nbsp;sumiennością wykonywał swoją pracę.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>&nbsp;Przeglądając kolejne strony manuału zauważamy ciekawe nazwy leków, jak&nbsp;Emplastrum matris&nbsp;-&nbsp;plaster matki,&nbsp;Unguentum basilicum&nbsp;-&nbsp;maść królewska,&nbsp;Pain expeller&nbsp;-&nbsp;odpędzacz bólu. Możemy spostrzec też interesujące adnotacje, np. „proszek od&nbsp;bólu zębów z&nbsp;gazety rosyjskiej” albo „przepis z&nbsp;manuału Hagera” lub pod przekreśloną recepturą: „zobacz w&nbsp;manuale przy faksie”. Jednocześnie co&nbsp;pewien czas zmienia się charakter pisma, raz są&nbsp;to zapiski starannymi okrągłymi literami, to&nbsp;znów zamaszyste, nie zawsze wyraźne znaki. Świadczy to&nbsp;o&nbsp;„życiu” manuału, poszukiwaniu środków leczniczych lepszych, skuteczniejszych, o&nbsp;korzystaniu z&nbsp;manuału przez kolejnych aptekarzy. A&nbsp;i polszczyzna obecna w&nbsp;tym rękopisie różni się nieco od&nbsp;współczesnej nam, możemy spotkać formy „zmięszać, mięszanina, uncyj, tusz do&nbsp;stępli”.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Manuał apteczny może zatem być potraktowany literalnie jako zbiór receptur i&nbsp;wskazówek dotyczących preparowania leków. Ale ma&nbsp;też drugie oblicze, przestrzeń, w&nbsp;której przenikają się i&nbsp;wzajemnie na&nbsp;siebie wpływają farmacja i&nbsp;historia. Możemy dopatrzeć się wielu wątków dziejowych, czasem z&nbsp;domieszką legendy, okruchami literatury i&nbsp;szczyptą humoru. To&nbsp;duże pokłady ciekawych zagadnień. Znajomość łaciny jest dodatkowym cennym narzędziem, które pozwala przetłumaczyć te&nbsp;szacowne receptury, prześledzić zmiany w&nbsp;nomenklaturze, odszyfrować etymologię, odnaleźć ważne informacje w&nbsp;najdawniejszych farmakopeach. O&nbsp;silnym oddziaływaniu kulturowym farmacji i&nbsp;o jej wpływie na&nbsp;wyobraźnię niech zaświadczy historia dotycząca leku&nbsp;Elixir pectorale. W&nbsp;Europie był znany pod nazwami synonimicznymi&nbsp;Elixir e&nbsp;succo Liquiritiae, Elixir Glycyrrhizae, Elixir Ringelmanni,&nbsp;najbardziej jednak popularna była nazwa&nbsp;Elixir Regis Daniae&nbsp;-&nbsp;„eliksir duńskiego króla” lub „krople duńskiego króla”. Nie wiadomo dokładnie, kiedy powstała ta&nbsp;receptura, ale jest ona obecna w&nbsp;pierwszej edycji&nbsp;Pharmacopoea Danica&nbsp;z&nbsp;1772 roku, stąd upowszechniła się jej najbardziej znana nazwa. Były to&nbsp;tzw. krople piersiowe, wymieniane we&nbsp;wszystkich prawie farmakopeach. Zawędrowały też do&nbsp;Rosji, gdzie uchodziły za&nbsp;rewelacyjny środek „от кашля и&nbsp;от всех болезней” -&nbsp;od kaszlu i&nbsp;wszelkich chorób. Z&nbsp;czasem zyskały metaforyczne miano panaceum -&nbsp;leku na&nbsp;„całe zło”, sposobu na&nbsp;wszelkie kłopoty, trudności i&nbsp;przeciwności losu. To&nbsp;z&nbsp;kolei stało się kanwą ballady Bułata Okudżawy „Капли датского короля” -&nbsp;„Krople duńskiego króla”, skomponowanej do&nbsp;filmu wojennego&nbsp; „Żenia, Żenieczka i&nbsp;Katiusza” z&nbsp;1967 roku. Ballada doczekała się wielu wspaniałych wykonań, między innymi Mariana Opani. Zachęcam do&nbsp;wysłuchania utworu.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><strong>dr n.&nbsp;hum. Anna Serwicka -&nbsp;Kapała,</strong>&nbsp;<em>Studium Języków Obcych UMB</em></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33523,Panopticum_historyczne_i_kulturowe</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Pokój Królewski: Aula Nobilium w Pałacu Branickich</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33522,Pokoj_Krolewski_Aula_Nobilium_w_Palacu_Branickich</link>

				<pubDate>16.04.2026 14:14</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>Znajdujemy się w&nbsp;Auli Nobilium Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Białymstoku, dawnym Pokoju Królewskim w&nbsp;pałacu hetmana wielkiego koronnego, Jana Klemensa Branickiego. W&nbsp;tym wystąpieniu pragnę przybliżyć Państwu znaczenie oraz bogate dzieje tejże komnaty.</strong></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Tekst autorstwa ks. dr&nbsp;Jana Nieckieckiego został wygłoszony w&nbsp;Auli Nobilium w&nbsp;raach realizacji projektu „Od Akademii Lekarskiej do&nbsp;Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Białymstoku. Dziedzictwo medyczne w&nbsp;Białymstoku”. Dofinansowano z&nbsp;programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki” Ministra Edukacji i&nbsp;Nauki.</em></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>By lepiej ją&nbsp;poznać, cofnijmy się naszą wyobraźnią o&nbsp;ponad 250 lat. Znajdziemy się wówczas w&nbsp;Białymstoku czasów Branickiego.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Jedziemy zatem w&nbsp;drugiej połowie lat pięćdziesiątych XVIII wieku do&nbsp;Białegostoku, jako niezorientowani bliżej w&nbsp;miejscowych realiach podróżni, oczywiście z&nbsp;Warszawy. Zbliżamy się do&nbsp;rezydencji ulicą Warszawską (stąd jej nazwa) od&nbsp;strony ulicy Świętojańskiej (trakt warszawski biegł bowiem w&nbsp;tamtych czasach przez Bielsk Podlaski). Gdy już dojechaliśmy do&nbsp;skrzyżowania z&nbsp;dzisiejszą ulicą Pałacową, skręcamy w&nbsp;lewo. Przed nami roztacza się wspaniały widok na&nbsp;imponującą rezydencję, nazywaną w&nbsp;Europie „Polskim Wersalem”. (Widok ten, niestety, szpecą obecnie wyłaniające się spoza pałacu wysokie blokowiska, dzieło XX-wiecznych „barbarzyńców”, nazywających siebie urbanistami. Budując je, chcieli w&nbsp;ten sposób „zaakcentować” oś&nbsp;pałacową –&nbsp;równie przerażający widok ukazuje się bowiem spoza pałacu w&nbsp;ogrodzie –&nbsp;za co&nbsp;dostali nawet państwową nagrodę. Mieli więc owi „barbarzyńcy” nawet dobrą wolę. My&nbsp;jednak brzydactwa tego nie widzimy, gdyż, przypominam, przenieśliśmy się w&nbsp;wiek XVIII, znacznie bardziej wyczulony na&nbsp;widokowe perspektywy, aniżeli nasze czasy). Rysuje się nam zatem z&nbsp;tego miejsca dość odległy jeszcze pałac, położony na&nbsp;zboczu obniżającego się ku&nbsp;rzece niewielkiego wzniesienia. Dostać się do&nbsp;niego można przez monumentalną bramę, której dolna część przypomina rzymski łuk triumfalny. Na&nbsp;niej wznosi się nadbudowa, zwieńczona srebrzystym obeliskiem, dźwigającym stojącego na&nbsp;złotej kuli złotego Gryfa, który w&nbsp;szponach trzyma tarczę z&nbsp;inicjałami gospodarza pałacu. Lecz cóż to? Poniżej obelisku z&nbsp;Gryfem (i&nbsp;zegara) widać w&nbsp;prześwicie stojącą na&nbsp;tympanonie pałacu rzeźbę Atlasa podtrzymującego na&nbsp;barkach złotą kulę niebios. Natomiast po&nbsp;bokach tego prześwitu, trochę niżej, widoczne są&nbsp;dwie rzeźby, które, zdaje się, przedstawiają Herkulesa. Czyli musi to&nbsp;być siedziba jakiegoś znakomitego Gryfity, wielkiego dostojnika i&nbsp;rzeźba widoczna w&nbsp;prześwicie ukazuje nie Atlasa, lecz zastępującego go&nbsp;Herkulesa. A&nbsp;ma to&nbsp;znaczyć, że&nbsp;ów dygnitarz wspomaga lub wręcz zastępuje króla w&nbsp;dźwiganiu brzemienia rządów nad Rzeczypospolitą.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Podjeżdżamy bliżej. Na&nbsp;bramie dostrzegamy rzeźbione panoplia, zaś przed bramą stoją dwie strażnicze budki (tak zwane „szulerhausy”), przed nimi zaś stoi warta złożona z&nbsp;janczarów. W&nbsp;głębi widać dwie kolejne pary takich budek z&nbsp;trzymającymi wartę żołnierzami: z&nbsp;chorągwi węgierskiej i&nbsp;gwardii pieszej koronnej. Wszędzie widać dworzan oraz służbę w&nbsp;„liberii” w&nbsp;kolorach czerwono-słomkowych, a&nbsp;także licznych oficerów i&nbsp;żołnierzy, noszących podobną w&nbsp;kolorze „barwę”, bo&nbsp;czerwono-białą. Przejeżdżamy przez drugą bramę, którą tworzą dwa kamienne monumenty, ukazujące powtórnie Herkulesa.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Wysiadamy z&nbsp;powozu. Znajdujemy się na&nbsp;dziedzińcu honorowym rezydencji. Z&nbsp;trzech stron otaczają nas zabudowania pałacu. Zauważamy, że&nbsp;wszystkie one dekorowane są&nbsp;również antykizowanymi panopliami. Nie mamy już wątpliwości –&nbsp;jesteśmy w&nbsp;siedzibie hetmana wielkiego. Podchodzi do&nbsp;nas jakiś dworzanin, gotów udzielić nam informacji. Tak –&nbsp;mówi –&nbsp;mieszka tu&nbsp;hetman wielki koronny, Jan Klemens Branicki, z&nbsp;rodu przesławnych Gryfitów. Proszę popatrzeć na&nbsp;dekorujące pałac rzeźbione popiersia. To&nbsp;wizerunki wielkich Rzymian i&nbsp;Rzymianek czasów Republiki, owych&nbsp;illustri viri et&nbsp;mulieres, których cnoty służyć nam mają za&nbsp;wzór. Spójrzmy w&nbsp;lewo, na&nbsp;kolumnadę –&nbsp;w jej głębi widnieje na&nbsp;ścianie fresk przedstawiający „Wojny Rzymskie”. A&nbsp;teraz przesuńmy nasz wzrok nieco w&nbsp;prawo, na&nbsp;pałacową lewą galerię. Znajdują się tam popiersia, które ukazują kolejno: Lucjusza Brutusa, twórcę republiki, bohaterską Klelię i&nbsp;Decjusza Musa, Scypiona Afrykańskiego Starszego oraz wzorową matronę, Kornelię. Dalej, na&nbsp;głównym gmachu pałacu widzimy dwa popiersia kobiece z&nbsp;odsłoniętą piersią –&nbsp;to Lukrecja i&nbsp;Kleopatra, które wolały umrzeć, niż zostać wyszydzone. Na&nbsp;galerii prawej pałacu zobaczyć możemy natomiast sławnego Cycerona, prawego Katona Młodszego, Juliusza Cezara, „powinowatego” hetmana Branickiego oraz Porcję, córkę Katona i&nbsp;jej męża, Marka Brutusa, ostatniego obrońcy Rzeczypospolitej.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>By się dowiedzieć, w&nbsp;jaki sposób hetman jest spowinowacony z&nbsp;Cezarem, zwróćmy się w&nbsp;prawo –&nbsp;na elewacji oficyny są&nbsp;dalsze dwa popiersia: Julii, młodszej spośród dwóch sióstr Juliusza Cezara, która została małżonką króla polskiego, Leszka III, przodka Gryfitów. Król ten należał do&nbsp;dynastii, poprzedzającej Piastów. A&nbsp;teraz obróćmy się w&nbsp;lewo. Na&nbsp;położonej po&nbsp;tej stronie oficynie zobaczymy jeszcze dwa popiersia –&nbsp;po prawej wizerunek syna Leszka III, księcia Serbii Jaksy, protoplasty polskich Gryfitów, po&nbsp;lewej zaś stronie jednego z&nbsp;jego potomków, wojewody krakowskiego Klemensa, hrabiego na&nbsp;Ruszczy i&nbsp;Branicach, a&nbsp;więc już Branickiego. Mogę dodać –&nbsp;powiada jeszcze –&nbsp;że wśród przodków naszego hetmana był również Jaksa –&nbsp;uczestnik II&nbsp;wyprawy krzyżowej, co&nbsp;dodatkowo nobilituje rycerski ród mojego pana.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Ale popatrzmy na&nbsp;korpus główny. W&nbsp;jego ryzalicie, pod rzeźbą Herkulesa dźwigającego w&nbsp;zastępstwie Atlasa kulę wszechświata, na&nbsp;piano nobile&nbsp;pałacu znajduje się dwukondygnacyjna Sala Wielka z&nbsp;balkonem, w&nbsp;której znajdują się portrety króla Augusta III i&nbsp;jego małżonki, królowej Marii Józefy. To&nbsp;właśnie jego wspomaga nasz hetman, w&nbsp;porozumieniu z&nbsp;Senatem, w&nbsp;rządzeniu Rzeczypospolitą i&nbsp;zastępuje nieraz, gdy król przebywa w&nbsp;Dreźnie. I&nbsp;właśnie o&nbsp;tym mówi stojąca tam wysoko rzeźba Herkulesa. Po&nbsp;obu stronach tego ryzalitu wznoszą się wieże zwieńczone hełmami. Wieża po&nbsp;lewej (heraldycznie prawej) to&nbsp;„Wieża Boska”, gdyż na&nbsp;piętrze znajduje się w&nbsp;niej pałacowa kaplica. Z&nbsp;kolei wieża z&nbsp;prawej strony (heraldycznie lewej) to&nbsp;„Wieża Królewska” z&nbsp;Pokojem Królewskim na&nbsp;piano nobile. Dlaczego –&nbsp;pytamy –&nbsp;komnata ta&nbsp;nazywana jest Pokojem Królewskim? Ponieważ zamieszkiwali go&nbsp;wielokrotnie polscy monarchowie –&nbsp;odpowiada dworzanin. Lecz spójrzmy na&nbsp;pomieszczenie położone pod tym Pokojem, to&nbsp;z&nbsp;porte-fenetre&nbsp;i&nbsp;z balkonikiem (porównajmy, po&nbsp;drugiej stronie, pod kaplicą jest tylko okno). To&nbsp;Buduar Branickiego, a&nbsp;z tego balkoniku hetman przyjmuje każdego ranka paradę chorągwi, które stacjonują przy nim, jako hetmanie wielkim w&nbsp;Białymstoku.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Czy moglibyśmy zobaczyć ów&nbsp;Pokój Królewski? –&nbsp;prosimy naszego informatora. Proszę za&nbsp;mną –&nbsp;mówi, po&nbsp;czym wchodzimy do&nbsp;pałacowego westybulu. Jest to&nbsp;monumentalne wnętrze, z&nbsp;marmurowymi kolumnami w&nbsp;kolorze zielono-czarnym o&nbsp;złoconych kapitelach jońskich i&nbsp;z biegnącym wokół ścian szeregiem pilastrów powtarzających kolorystykę kolumn. Z&nbsp;prawdziwego marmuru są&nbsp;tylko cztery kolumny, stojące w&nbsp;głębi przy schodach, pilastry natomiast tylko go&nbsp;imitują –&nbsp;malowane są&nbsp;bowiem iluzjonistycznie na&nbsp;ścianach (jedynie cztery pilastry przy schodach są&nbsp;drewniane). Wszystkie jednak, zarówno marmurowe kolumny, jak i&nbsp;malowane pilastry, wieńczy rzeczywiste sztukatorskie belkowanie z&nbsp;jońskimi ząbkami. W&nbsp;tej wielkiej sali panuje uroczysty nastrój –&nbsp;stoją tu&nbsp;bowiem kolejne warty: po&nbsp;prawej stronie, przed pokojami gospodarza, trzymają wartę żołnierze z&nbsp;dragonii regimentu buławy, wewnątrz natomiast, w&nbsp;przedpokoju, przed drzwiami do&nbsp;sypialni hetmana –&nbsp;podoficerowie z&nbsp;gwardii pieszej koronnej. Unteroficjerowie z&nbsp;tejże gwardii stoją również po&nbsp;lewej stronie westybulu –&nbsp;są to&nbsp;specjalnie dobrani, dorodni grenadierzy w&nbsp;złocistych blachach podoficerskich kaszkietów na&nbsp;głowie i&nbsp;ze zdobnymi, złoconymi partyzanami w&nbsp;rękach. Jak nam wyjaśnił nasz przewodnik, trzymają oni straż przed Gościnnym Przedpokojem, w&nbsp;którym spoczywa na&nbsp;stoliku buława wielka koronna, nad nią zaś, na&nbsp;ścianie widnieje sztukatorski wizerunek Augusta III pod królewską koroną. Dodał też, że&nbsp;z&nbsp;pokoju tego idzie się w&nbsp;lewo do&nbsp;Sali Jadalnej, w&nbsp;prawo zaś do&nbsp;Pokoi Paradnych małżonki hetmana, Izabeli z&nbsp;Poniatowskich Branickiej.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Parter pałacu ma&nbsp;więc charakter „hetmański”. Położone wyżej&nbsp;piano nobile&nbsp;poświęcone jest już królom. Idziemy zatem w&nbsp;kierunku schodów, o&nbsp;których się mówi, że&nbsp;są najpiękniejsze w&nbsp;Polsce. Biegną one, na&nbsp;sposób francuski, płynną linią ku&nbsp;górze, podtrzymują je&nbsp;kamienne postacie atlantów. U&nbsp;ich początku spotykamy rzeźbioną w&nbsp;białym marmurze postać „Rotatora”. Prowadzący nas dworzanin wyjaśnia, iż&nbsp;rzeźba ta&nbsp;stanowi aluzję do&nbsp;wielkiego czynu hetmana Branickiego –&nbsp;powstrzymania grożącego Rzeczypospolitej spisku, przeciwko któremu wystąpił on&nbsp;zbrojnie, ostrzegł też przed nim króla Augusta. Stąd też „Rotator” spogląda w&nbsp;górę, ku&nbsp;Królewskiemu Pokojowi.</div>

<div>Weszliśmy na&nbsp;piętro i&nbsp;nie możemy się oprzeć pokusie, by&nbsp;nie spojrzeć przez&nbsp;porte-fenester’y&nbsp;po&nbsp;lewej stronie na&nbsp;rozciągający się w&nbsp;dole ogrodowy salon. Widzimy kolorowe partery, część z&nbsp;nich z&nbsp;fontannami, które zamyka po&nbsp;bokach wysoka roślinność –&nbsp;z lewej strzyżone ściany boskietu, z&nbsp;prawej natomiast korony drzew lipowych rosnących niżej, w&nbsp;Ogrodzie Dolnym. Uwagę naszą zwraca niespotykanie wielka ilość rzeźb ustawionych wśród parterów i&nbsp;na balustradzie. Tworzy to&nbsp;widok tak wspaniały, że&nbsp;nie dziwimy się, gdy nasz&nbsp;cicerone&nbsp;informuje nas, że&nbsp;hetman Branicki kazał sporządzić w&nbsp;Czechach sztychy ukazujące białostocki ogród. W&nbsp;Polsce tylko on&nbsp;to uczynił. Dworzanin mówi dalej, że&nbsp;ogród ten, wraz z&nbsp;trejażową Altaną pod Orłem, tą&nbsp;po prawej stronie oraz z&nbsp;niewidocznym stąd, skrytym w&nbsp;boskiecie Salonem Włoskim prezentują rozbudowany bardzo program ideowy, gloryfikujący tutejszego gospodarza. Głównymi jego wątkami są: apoteoza Herkulesa zapowiedziana już jego wizerunkami na&nbsp;dziedzińcach, a&nbsp;także powrót złotego wieku za&nbsp;panowania Cezara Augusta.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Z górnego westybulu ozdobionego freskami wchodzimy do&nbsp;Sali Wielkiej, w&nbsp;której, jak już o&nbsp;tym było powiedziane, znajdują się nad kominkami wielkie portrety obecnie nam panujących króla i&nbsp;królowej. Gdy król przebywał w&nbsp;Białymstoku i&nbsp;dawał posłuchanie –&nbsp;opowiada nam dworzanin –&nbsp;Sala ta&nbsp;rozpoczynała ciąg antykamer poprzedzających Pokój Królewski. W&nbsp;Polsce bowiem obowiązuje następujący układ ceremonialnych wnętrz królewskich: Sala Straży Królewskiej, nazywana też Sienią Gwardii (w&nbsp;pałacu białostockim funkcję tę&nbsp;pełni dolny westybul wraz z&nbsp;schodami i&nbsp;westybulem górnym), dwie antykamery, z&nbsp;których pierwsza powinna być duża, by&nbsp;pomieścić wielką ilość osób, oraz trzecia antykamera, określana też jako Przedpokój Senatorski. Druga i&nbsp;trzecia antykamera powinny być pokojami mniejszymi, gdyż wstęp do&nbsp;nich mają już tylko nieliczne osoby. Zauważmy, że&nbsp;drzwi z&nbsp;Sali Wielkiej (pierwszej antykamery) do&nbsp;trzeciej antykamery są&nbsp;na stałe zamurowane, by&nbsp;nie można było skrócić drogi wiodącej do&nbsp;króla. Gdy wymaga tego ceremoniał, należy prowadzić gościa dłuższą drogą. Powiększa się wtedy liczbę nie antykamer, lecz sal straży honorowej. W&nbsp;białostockim pałacu jest to&nbsp;możliwe –&nbsp;trasa biegnie wówczas nie z&nbsp;westybulu prosto do&nbsp;Sali Wielkiej, lecz w&nbsp;prawo, do&nbsp;Przedpokoju od&nbsp;Pokoi Chińskich, a&nbsp;stąd do&nbsp;górnej Sali Jadalnej, upamiętniającej króla Augusta II, nazywanego Herkulesem Saksońskim (znajduje się tu&nbsp;wielki portret tego króla, posąg Herkulesa i&nbsp;8 rzeźbionych popiersi cesarzy rzymskich). Trzeba tu&nbsp;nadmienić, że&nbsp;z&nbsp;Sali tej prowadzą drzwi do&nbsp;pałacowej kaplicy, w&nbsp;której stoją dwa kryte czerwonym aksamitem krzesła przeznaczone dla pary królewskiej, gdy uczestniczy ona w&nbsp;nabożeństwie. Przy wydłużonej trasie dopiero z&nbsp;Sali Jadalnej można wejść do&nbsp;Sali Wielkiej, a&nbsp;przeszedłszy ją&nbsp;wzdłuż, wchodzi się do&nbsp;drugiej antykamery. Funkcję jej pełni Przedpokój od&nbsp;Pokoi Złotych, na&nbsp;którego ścianach wisi 8&nbsp;dużych portretów „Familii Króla Francuskiego” Ludwika XV, z&nbsp;którym Branicki związany jest tak zwanym „sekretem króla” (tego ode mnie Państwo nie słyszeli!). Trzecią antykamerę, Senatorską stanowi Przedpokój Królewski. Jego ściany zdobi seria sześciu gobelinów (zakupionych w&nbsp;1732 roku), jest tam też portret wielkiego mistrza Orderu Świętego Andrzeja, rosyjskiego następcy tronu, Wielkiego Księcia Piotra, który to&nbsp;order hetman Branicki otrzymał w&nbsp;1758 roku [dowieszony zostanie tu&nbsp;później portret króla hiszpańskiego Karola III Burbona w&nbsp;związku z&nbsp;przyznaniem hetmanowi w&nbsp;1766 roku hiszpańskiego Złotego Runa]. W&nbsp;1726 roku Branicki otrzymał Order Orła Białego, prezentuje go&nbsp;król August III, a&nbsp;o jego nadaniu przypomina portret Augusta Mocnego.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Po przejściu wszystkich tych pokoi (musimy przyznać, że&nbsp;wszystkie one przypominają królów, tych naturalnie, z&nbsp;którymi Branicki jest powiązany) doszliśmy wreszcie do&nbsp;właściwego Pokoju Królewskiego. Słowem „pokój” określa się oczywiście sypialnię, która, zgodnie z&nbsp;etykietą francuską, stanowi najważniejsze pomieszczenie w&nbsp;apartamencie. Toteż i&nbsp;ten Pokój Królewski jest reprezentacyjną sypialnią, w&nbsp;której król, siedząc na&nbsp;tronowym krześle, ustawionym przed łożem z&nbsp;baldachimem, udziela audiencji.</div>

<div>Ale spójrzmy na&nbsp;ów Królewski Pokój. Jego ściany obite są&nbsp;karmazynowym adamaszkiem, pozostałe ich powierzchnie wyłożone są&nbsp;białą lamperią ze&nbsp;złoconymi listewkami. Po&nbsp;lewej stronie znajduje się kamienny kominek, wewnątrz którego jest blacha z&nbsp;wizerunkiem Gryfa. Nad kominkiem umieszczone jest „zwierciadło o&nbsp;dwu taflach” (czyli lustro), nad nim zaś malowana supraporta. Druga supraporta widnieje nad wejściowymi drzwiami. W&nbsp;lewym rogu Pokoju stoi też piec z&nbsp;białych kafli saskich, a&nbsp;za nim znajdują się ukryte niewielkie drzwi do&nbsp;garderoby. Po&nbsp;prawej stronie jest jedno okno z&nbsp;okiennicami i&nbsp;ze spuszczaną firanką z&nbsp;karmazynowego jedwabiu. Na&nbsp;ścianach rozmieszczonych jest „pięć lusterek zwierciadlanych, każde o&nbsp;jednym essie” (czyli pięć szklanych pojedynczych kinkietów). Sufit jest biały, tylko w&nbsp;rogach fasety zdobi go&nbsp;pozłacana sztukateria. Posadzka jest dębowa, układana w&nbsp;tafle. W&nbsp;Pokoju zwraca jednak przede wszystkim uwagę ustawione na&nbsp;wprost drzwi wspaniałe łoże z&nbsp;baldachimem, utrzymane w&nbsp;kolorystyce biało-czerwonej, z&nbsp;dodatkiem złota. Jego baldachim i&nbsp;draperie wykonane są&nbsp;bowiem „z&nbsp;tureckiej materii na&nbsp;dnie karmazynowym ze&nbsp;złotem, ze&nbsp;złotymi galonami”, podszytej białym atłasem, „dossia” zaś (czyli tylna ścianka), podniebienie baldachimu, kapa i&nbsp;„płotki” (a&nbsp;więc zasłony między nóżkami łóżka) –&nbsp;„z atłasu białego, perską robotą wyszywanego”. Przed łożem tym, mając z&nbsp;tyłu baldachim, stoi „krzesło wielkie, aksamitem karmazynowym obite”. Wyposażenia Pokoju dopełnia sześć krzeseł, pokrytych tą&nbsp;samą materią, co&nbsp;krzesło królewskie, biurko dekorowane szylkretem i&nbsp;mosiądzem oraz trzy kątowe fornierowane szafki. A&nbsp;także zawieszone na&nbsp;ścianach trzy owalne, malowane na&nbsp;płótnie portrety oprawione w&nbsp;rzeźbione pozłacane ramy. Dwa z&nbsp;nich są&nbsp;duże, trzeci zaś, ukazujący Stefana Czarnieckiego, mniejszy.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Zajrzyjmy jeszcze do&nbsp;Pokoju Złotego –&nbsp;mówi nasz przewodnik. Królowi Augustowi III towarzyszy zawsze jego małżonka, królowa Maria Józefa. Zajmuje ona wówczas Pokoje Złote, znakomicie skomunikowane poprzez garderoby z&nbsp;Pokojami Królewskimi, oba zaś apartamenty połączone są&nbsp;wewnętrznymi, wygodnymi schodami z&nbsp;pokojami na&nbsp;drugim piętrze oraz, już mniej wygodnymi, kręconymi schodami, z&nbsp;położonym na&nbsp;parterze Apartamentem hetmana Branickiego. Pokój Złoty spełnia też warunki, by&nbsp;odbywały się w&nbsp;nim audiencje udzielane przez królową. Zwykle bowiem po&nbsp;audiencji u&nbsp;króla dostojni goście przyjmowani są&nbsp;przez królową. Zdarza się, że&nbsp;królowa udziela wówczas oficjalnych posłuchań siedząc na&nbsp;łożu pod baldachimem. Do&nbsp;Pokoju Złotego dojść można przez te&nbsp;same antykamery, przez które idzie się do&nbsp;króla, tyle że&nbsp;droga do&nbsp;tegoż Pokoju jest o&nbsp;jedno pomieszczenie krótsza. Pokój Złoty to&nbsp;oczywiście także sypialnia. Jego sufit zdobi figuralna sztukateria z&nbsp;freskiem ukazującym śpiącego Endymiona i&nbsp;Dianę-Księżyc; ściany obite są&nbsp;karmazynowym adamaszkiem z&nbsp;pasami i&nbsp;falbanami haftowanymi złotem. Zresztą całe wyposażenie Pokoju jest niezwykle wystawne. Naprzeciw wejścia znajduje się wspaniałe łoże z&nbsp;baldachimem z&nbsp;tymi samymi tkaninami i&nbsp;haftami, którymi obite są&nbsp;ściany i&nbsp;z których wykonane są&nbsp;firanki u&nbsp;dwu okien, podszytymi tu&nbsp;jeszcze karmazynowym atłasem. Szczególnie bogato ozdobiona złotem jest tylna ścianka łoża, na&nbsp;której wyhaftowane są&nbsp;(„suto złotem”) inicjały i&nbsp;książęca mitra. Na&nbsp;wprost zaś łoża, na&nbsp;ścianie wejściowej nad kominkiem z&nbsp;czarnego marmuru, umieszczony jest konny portret hetmana wielkiego litewskiego i&nbsp;wojewody wileńskiego Kazimierza Jana Pawła Sapiehy, ojca Katarzyny Scholastyki Branickiej, matki Jana Klemensa Branickiego. To&nbsp;dla niej właśnie urządzone zostały niegdyś Pokoje Złote. Podobnie jak obecne Pokoje Królewskie dla jej męża, wojewody podlaskiego Stefana Mikołaja Branickiego, ojca hetmana Branickiego.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Zwróćcie Państwo uwagę –&nbsp;tłumaczył nam dalej dworzanin –&nbsp;w sypialni wojewodziny Branickiej wyróżniony został portret jej ojca, zaś na&nbsp;ściance łoża, nad jej inicjałami, wyhaftowana została książęca mitra, przysługująca jej jako Sapieżance. W&nbsp;sypialni Stefana Mikołaja Branickiego z&nbsp;kolei znajdowały się portrety: jego dziada macierzystego, sławnego hetmana Stefana Czarnieckiego oraz portrety jego rodziców: marszałka nadwornego koronnego Jana Klemensa (II) Branickiego i&nbsp;jego żony, Katarzyny Aleksandry, córki Stefana Czarnieckiego. W&nbsp;obu wypadkach nie zawieszono w&nbsp;tychże pokojach portretów pary królewskiej. Podczas królewskich audiencji bowiem, ale też i&nbsp;składania wizyt innym wysoko postawionym ludziom, należy patrzeć w&nbsp;żywe oblicza odwiedzanych osób, nie zaś na&nbsp;ich portrety. Stąd też w&nbsp;pałacowych sypialniach nie umieszcza się portretów ich mieszkańców, lecz wizerunki najbliższych im&nbsp;osób –&nbsp;przede wszystkim współmałżonków, następnie rodziców, również rodzeństwa, wreszcie sławnych przodków. Dodam jeszcze, że&nbsp;owalny kształt portretów przodków Stefana Branickiego nie jest tu&nbsp;przypadkiem –&nbsp;zgodnie ze&nbsp;starożytną rzymską tradycją „imago in&nbsp;clipeo” (popiersie w&nbsp;kole) oznacza oddanie szczególnej czci przedstawionej osobie, nawet jej heroizację.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Jak więc widać, oba apartamenty: Królewski i&nbsp;Złoty, mimo zamieszkiwania ich przez koronowane głowy, pozostawiono w&nbsp;takim stanie, w&nbsp;jakim zostały urządzone na&nbsp;przełomie XVII/XVIII wieku w&nbsp;nowo wybudowanym wówczas pałacu według projektu Tylmana z&nbsp;Gameren. Było to&nbsp;możliwe, ponieważ wystrój pomieszczeń z&nbsp;piano nobile, położonych w&nbsp;wieżach: kaplicy i&nbsp;Pokoju Królewskiego, jak również w&nbsp;ryzalitach od&nbsp;strony ogrodu: sypialni i&nbsp;dwóch gabinetów Pokoi Złotych oraz sypialni i&nbsp;gabinetu w&nbsp;apartamencie nazwanym później Chińskim, nie uległ zniszczeniu w&nbsp;czasie gruntownej przebudowy pałacu, przeprowadzonej przez Jana Klemensa Branickiego według projektu Jan Zygmunta Deybla. Dużym zmianom natomiast uległy wówczas wnętrza górnego westybulu, Sal Wielkiej i&nbsp;Jadalnej oraz trzech antykamer. Wracając wszakże do&nbsp;Pokoju Królewskiego, dodam jeszcze, że&nbsp;podczas przygotowań do&nbsp;wizyty króla Augusta III w&nbsp;1752 roku, hetman odnowił tenże Pokój, zachowując jednak jego pierwotny charakter –&nbsp;dał nowe obicia i&nbsp;wymienił tkaniny łoża i&nbsp;królewskiego „krzesła” (także dwu „krzeseł” w&nbsp;kaplicy). Stąd też nie ma&nbsp;już na&nbsp;ściance łoża inicjałów ojca hetmana, zwieńczonych koroną, tym razem hrabiowską. Pozostały natomiast portrety jego przodków.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Odprowadzając nas z&nbsp;wnętrz pałacu na&nbsp;dziedziniec, przewodnik nasz podsumował: sypialnię nieżyjącego już wówczas Stefana M.&nbsp;Branickiego, zaczęto nazywać Pokojem Królewskim od&nbsp;czasu wizyt Augusta II&nbsp;Mocnego: pierwszej w&nbsp;1718 roku, potem długiego pobytu króla (z&nbsp;powodu bardzo poważnej jego choroby) na&nbsp;przełomie 1726/1727 roku oraz kolejnych wizyt tego króla w&nbsp;1729 i&nbsp;1730 roku. August III natomiast odwiedził Białystok trzy razy: dwukrotnie w&nbsp;1744 roku oraz w&nbsp;1752 roku. Wszystkie wymienione pobyty królewskie, niektóre dwudniowe, inne aż&nbsp;tygodniowe, powiązane były z&nbsp;sejmami odbywającymi się w&nbsp;Grodnie –&nbsp;monarchowie zatrzymywali się w&nbsp;Białymstoku gdy jechali z&nbsp;Warszawy na&nbsp;sejm, lub gdy z&nbsp;niego wracali (w&nbsp;1744 roku August III bawił tu&nbsp;dwukrotnie –&nbsp;podczas podróży w&nbsp;obu kierunkach).</div>

<div>My dodamy jeszcze, że&nbsp;przebywał tu&nbsp;później niejednokrotnie, już po&nbsp;śmierci hetmana Branickiego, król Stanisław August Poniatowski, młodszy brat wdowy po&nbsp;Branickim, Izabeli z&nbsp;Poniatowskich Branickiej. Podczas długiego pobytu w&nbsp;1793 roku (z&nbsp;przerwami na&nbsp;wyjazdy do&nbsp;Grodna) król zajmował początkowo parterowe Pokoje Paradne, po&nbsp;powrocie zaś z&nbsp;Grodna –&nbsp;Pokoje Królewskie na&nbsp;piętrze. Po&nbsp;upadku Rzeczypospolitej nocowali w&nbsp;białostockim pałacu także cesarze rosyjscy –&nbsp;z początku jako królowie Królestwa Kongresowego (wówczas w&nbsp;monarszym pałacu), później jako carowie Rosji (już tylko w&nbsp;siedzibie Instytutu Panien Szlacheckich).</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Zakończyliśmy naszą wędrówkę po&nbsp;XVIII-wiecznym pałacu Jana Klemensa Branickiego. Dziękuję zatem Czytelnikom za&nbsp;uwagę. Może dopowiem tylko: to, że&nbsp;mogliśmy dzisiaj przebywać w&nbsp;zrekonstruowanym (oczywiście tylko częściowo, na&nbsp;ile to&nbsp;było możliwe) Pokoju Królewskim, zawdzięczamy władzom Uniwersytetu Medycznego, które, urządzając w&nbsp;nim Aulę Nobilium, zdecydowały się podjąć trud rekonstrukcji tego historycznego pomieszczenia, a&nbsp;także Pani dr&nbsp;Magdalenie Muskale, Opiekuńczemu Duchowi tego pałacu, bez której determinacji to&nbsp;by się nie dokonało oraz architektowi, Panu Tomaszowi Rogale, który opracował znakomitą koncepcję prac rekonstrukcyjnych. Jak również wszystkim wykonawcom, zaangażowanym do&nbsp;tychże prac.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Ks. dr&nbsp;Jan Nieciecki</strong></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><em>Ks. dr&nbsp;Jan Nieciecki&nbsp;-&nbsp;historyk sztuki, wykładowca w&nbsp;Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i&nbsp;Archidiecezjalnym Wyższym Seminarium Duchownym, badacz mecenatu Branickich, najwybitniejszy znawca historii Pałacu Branickich w&nbsp;Białymstoku, wielokrotny konsultant historyczny Uniwersytetu Medycznego w&nbsp;Białymstoku podczas wykonywanych remontów i&nbsp;prac konserwatorskich m.in. Auli Nobilium.</em></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33522,Pokoj_Krolewski_Aula_Nobilium_w_Palacu_Branickich</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Jak to z Chórem UMB bywało</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33521,Jak_to_z_Chorem_UMB_bywalo</link>

				<pubDate>16.04.2026 13:58</pubDate>

                                <description><![CDATA[<p><strong>A wiecie, że&nbsp;w&nbsp;latach 70. przy naszym uczelnianym chórze działał zespół baletowy? Liczył około 30&nbsp;osób i&nbsp;prezentował przede wszystkim tańce dworskie.</strong></p>

<p>&nbsp;</p>

<div>70 lat Chóru UMB to&nbsp;piękny jubileusz. To&nbsp;też świetna okazja by&nbsp;odsłonić kulisy funkcjonowania zespołu, które wraz z&nbsp;upływającym czasem ulegają nieco zatarciu.</div>

<div>Choćby data powołania do&nbsp;życia zespołu. Niby rzecz oczywista. Z&nbsp;prostych obliczeń wynika, że&nbsp;musi to&nbsp;być 1951 rok. Tylko, że&nbsp;sprawa jest bardziej skomplikowana.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Gdzie jest początek?</strong></div>

<div>15 listopada 1964 r.&nbsp;Rada Uczelniana Zrzeszenia Studentów Polskich przy Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku swoim zarządzeniem powołuje do&nbsp;życia Chór Akademicki. Ten swoją pracą miał przysporzyć sławy i&nbsp;dobrego imienia Uczelni. Wielki wkład w&nbsp;powstanie zespołu miał student III roku medycyny Jerzy Żabiński (późniejszy prezes chóru), a&nbsp;dyrygentem został Mieczysław Szymański. Dość szybko udało się zebrać 40-osobowy zespół.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Młodszym czytelnikom trzeba przypomnieć, że&nbsp;lata 50. i&nbsp;60. to&nbsp;był w&nbsp;Polsce okres siermiężnego komunizmu. Uczelnia powstawała od&nbsp;zera. Pałac Branickich był odbudowywany z&nbsp;wojennych zniszczeń, powstawały budynki Collegium Primum, Universum, szpital kliniczny. <em>Chór –&nbsp;jak stwierdził pierwszy rektor AMB prof. Tadeusz Kielanowski -&nbsp;miał być odskocznią od&nbsp;nauki dla studentów</em> (równocześnie powstał uczelniany AZS). Sęk w&nbsp;tym, że&nbsp;z&nbsp;powodu trudów tamtego okresu, zespół działał nieregularnie i&nbsp;z przerwami. Nie zachowały się nawet zdjęcia czy materiały dokumentujące jego pracę. Nawet kiedy wznawiano działalność chóru w&nbsp;1964 roku, pisano, że&nbsp;może teraz wreszcie będzie on&nbsp;działał z&nbsp;powodzeniem. Przez wiele lat właśnie rok 1964 uznawano za&nbsp;datę dającą początek chórowi uczelni.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Dopiero w&nbsp;1988 roku udało się ostatecznie potwierdzić datę powstania Chóru AMB. Przyjęto, że&nbsp;był to&nbsp;listopad 1951 r.&nbsp;Zrobiono to&nbsp;na podstawie opinii byłych chórzystów, a&nbsp;jednocześnie zasłużonych absolwentów uczelni. W&nbsp;swoich oświadczeniach potwierdzili oni, że&nbsp;byli świadkami i&nbsp;uczestnikami prób zespołu. Stosowny dokument wystawiony 9&nbsp;grudnia 1988 r.&nbsp;i&nbsp;zatytułowany „Ocalić od&nbsp;zapomnienia” podpisali m.in.: prof. Zbigniew Puchalski (ówczesny rektor AMB, w&nbsp;1951 r.&nbsp;rozpoczynał studia w&nbsp;AMB), prof. Ida Kinalska (absolwentka naszej Uczelni, wyróżniona tytułem doctora honoris causa UMB), prof. Tadeusz Januszko (student I&nbsp;rocznika AMB, rektor AMB w&nbsp;latach 1973-1974), dr&nbsp;Jerzy Goszczyński (dyrektor szpitala klinicznego w&nbsp;latach 1971-1987). Dokument podpisało więcej osób, tylko wklejono go&nbsp;tak nieszczęśliwie do&nbsp;kroniki chóru (jest w&nbsp;Archiwum UMB), że&nbsp;druga jego strona jest sklejona z&nbsp;pierwszą i&nbsp;bez jej uszkodzenia nie da&nbsp;się na&nbsp;razie rozdzielić tych kartek &nbsp;i poznać reszty sygnatariuszy.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Początki chóru (te z&nbsp;lat 50.) były szalenie trudne. Pierwszym dyrygentem został Janusz Barburski (aktor Teatru Dramatycznego). Próby odbywały się po&nbsp;godz. 21&nbsp;(po spektaklach&nbsp;w teatrze), a&nbsp;kończyły około północy. Ćwiczono na&nbsp;korytarzu nad Zakładem Anatomii, przy akompaniamencie prywatnego akordeonu dyrygenta. Zespół występował na&nbsp;oficjalnych uroczystościach uczelnianych i&nbsp;miejskich. Był pierwszym takim chórem akademickim w&nbsp;Białymstoku.</div>

<div>Odrodzenie chóru w&nbsp;1964 roku było już dużo bardziej szczęśliwe. Od&nbsp;tego momentu zespół działa nieprzerwanie do&nbsp;dziś. W&nbsp;tym czasie koncertował w&nbsp;wielu krajach świata, a&nbsp;nagrody na&nbsp;branżowych festiwalach zdobywał nader regularnie.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Balet w&nbsp;Akademii</strong></div>

<div>Dziś Chór UMB liczy około 70&nbsp;członków, na&nbsp;co wiele osób kręci głową z&nbsp;podziwem. To&nbsp;naprawdę ogromny zespół. W&nbsp;latach 70., kiedy jako jedno ciało działały chór i&nbsp;balet, tych osób było grubo ponad 100!</div>

<div>Początek zespołu baletowego AMB to&nbsp;rok akademicki 1971/72. Choreografem zostaje prof. Cyryl Januszkowski, szanowany i&nbsp;zasłużony pedagog. Pragnął on, by&nbsp;zespół swoimi występami nawiązywał do&nbsp;tradycji koncertów odbywających się w&nbsp;Pałacu Branickich w&nbsp;XVIII wieku. Dlatego uczelniany balet w&nbsp;dość krótkim czasie przygotował pokazy menueta i&nbsp;gawota. Próby odbywały się codziennie i&nbsp;trwały od&nbsp;dwóch do&nbsp;nawet sześciu godzin (członkowie zespołu normalnie pracowali lub studiowali)!</div>

<div>Pierwsze oficjalne wspólne koncerty Chóru i&nbsp;Baletu AMB odbyły się w&nbsp;lutym i&nbsp;marcu 1972 roku. Dochód z&nbsp;tych występów wsparł odbudowę Zamku Królewskiego w&nbsp;Warszawie. W&nbsp;kwietniu zespół artystów z&nbsp;naszej Uczelni, wsparty aktorami Teatru Dramatycznego w&nbsp;Białymstoku oraz Zespołem Kameralnym Białostockiej Orkiestry Symfonicznej, stał się wykonawcą jednego z&nbsp;głównych koncertów V&nbsp;Festiwalu Muzyki i&nbsp;Poezji w&nbsp;Białymstoku pod nazwą „Wieczór w&nbsp;Wersalu Podlaskim”.</div>

<div>Zespół zdobywa liczna nagrody i&nbsp;wyróżnienia, nie tylko artystyczne. Jest zapraszany na&nbsp;występy w&nbsp;całym kraju, ale też za&nbsp;granicą. Rozszerzył także swój repertuar i&nbsp;prezentował tańce także spoza dworskich.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div>Ostatnia wzmianka o&nbsp;występie Chóry i&nbsp;Baletu AMB pochodzi z&nbsp;21 lutego 1974 r., kiedy to&nbsp;w&nbsp;Teatrze Żydowskim w&nbsp;Warszawie odbył się koncert „Tobie Ojczyzno” w&nbsp;ramach obchodów XXX-lecia PRL.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><em>Artykuł powstał na podstawie&nbsp;opracowań historycznych Chóru UMB, które są&nbsp;zgromadzone w&nbsp;Archiwum UMB: Chór i&nbsp;Balet AMB, red. Jan Zaniewski, tekst Antoni Sydor, 1974 r.; 40&nbsp;lat Chóru AMB, Chór AMB 1951-1991 –&nbsp;Grzegorz Komorowski, Jerzy Konstantynowicz, 1991 r.</em></div>

<div>&nbsp;</div>

<div><strong>Wojciech Więcko</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33521,Jak_to_z_Chorem_UMB_bywalo</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Jak to z przebudową szpitala USK było - wspomina prof. Jan Górski</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33520,Jak_to_z_przebudowa_szpitala_USK_bylo_-_wspomina_prof_Jan_Gorski</link>

				<pubDate>16.04.2026 13:39</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><em>To wszystko działo się tak szybko, a&nbsp;skala była tak ogromna, że&nbsp;wydawało się mało prawdopodobne, że&nbsp;się uda </em>–&nbsp;wspomina prof. Jan Górski, były rektor UMB, który zainicjował realizację całego projektu.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><img alt="" src="http://www.umb.edu.pl/photo/pliki/medyk/2025/wrzesien/11-jan_gorski.jpg" style="margin: 5px; float: left; width: 155px; height: 200px;" />I dalej: <em>-&nbsp;Bowiem to&nbsp;nie jest tak, że&nbsp;władza tylko czeka, by&nbsp;zaspokoić nasze oczekiwania. A&nbsp;na dodatek, kiedy nasza inwestycja trafiała w&nbsp;projekcie budżetu państwa do&nbsp;Sejmu, to&nbsp;przeprowadzono nowe wybory parlamentarne. Dotychczasowy parlament nie zdążył zatwierdzić gotowej już ustawy budżetowej</em></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>Była wczesna wiosna 2007 roku. Akademia Medyczna w&nbsp;Białymstoku stanie się uniwersytetem dopiero za&nbsp;rok. Uczelnia formalnie ma&nbsp;trzy wydziały, ale te&nbsp;gnieżdżą się w&nbsp;budynkach Wydziału Lekarskiego. Państwowy Szpital Kliniczny -&nbsp;największy w&nbsp;regionie -&nbsp;skończył 47&nbsp;lat i&nbsp;ten upływ czasu było mocno po&nbsp;nim widać. Najnowsze dziecko uczelni -&nbsp;Dziecięcy Szpital Kliniczny -&nbsp;ma kalendarzowo cztery lata. Tyle że&nbsp;budowano go&nbsp;bardzo długo, a&nbsp;więc spora część obiektu już potrzebuje remontu.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div>Wspomina prof. Jan Górski:&nbsp;<em>-&nbsp;Projekt szpitala powstał na&nbsp;początku lat 50. i&nbsp;według obowiązujących wtedy norm. Przewidziano 600 łóżek, sale wieloosobowe, 30-osobowe oddziały, trzy oczka sanitarne na&nbsp;oddziale, jedna wanna, jeden prysznic. Diagnostyka radiologiczna to&nbsp;był wówczas rentgen; badania laboratoryjne wykonywano tylko w&nbsp;podstawowym zakresie. Było sporo sal seminaryjnych i&nbsp;dużych pokoi dziennego pobytu dla pacjentów. Myślę, że&nbsp;nawet najwięksi futuryści nie potrafili przewidzieć gwałtownego rozwoju diagnostyki i&nbsp;terapii.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Dlatego z&nbsp;czasem szpital zaczął pęcznieć. Liczba łóżek zwiększyła się do&nbsp;850, pojawiły się nowe specjalności i&nbsp;kliniki. Uruchomiliśmy nowe kierunki studiów, co&nbsp;oznaczało bardzo duże zwiększenie liczby studentów szkolonych w&nbsp;szpitalu. Wymagało to&nbsp;wielu nowych pomieszczeń, a&nbsp;przecież szpital nagle nie urósł. Pogarszała się infrastruktura. Wypadały okna, więc zabijano je&nbsp;na amen. Ucinano balkony, bo&nbsp;też groziły nieszczęściem. Szpitalne instalacje techniczne były u&nbsp;kresu wytrzymałości. Remonty czy modernizacje odbywały się raczej punktowo. Raz naprawiono jedną rzecz, innym razem coś innego. Zbudowaliśmy też na&nbsp;terenie szpitala szereg zupełnie nowych jednostek (głównie ze&nbsp;środków Ministerstwa Zdrowia): klinikę neurochirurgii, klinikę kardiochirurgii, klinikę perinatologii, blok E,&nbsp;w&nbsp;którym znalazły miejsce klinika chirurgii szczękowo-twarzowej i&nbsp;klinika rehabilitacji, zakład radiodiagnostyki, powiększono oddział intensywnej terapii, przebudowano kliniki ortopedii, ginekologii, klinikę rozrodczości i&nbsp;endokrynologii ginekologicznej, hol i&nbsp;niektóre ciągi komunikacyjne. W&nbsp;salach seminaryjnych ulokowano klinikę okulistyki. Spowodowało to&nbsp;ogromną ciasnotę. Można by&nbsp;zapytać, dlaczego wcześniej nie występowaliśmy o&nbsp;duże środki z&nbsp;budżetu państwa na&nbsp;przebudowę i&nbsp;rozbudowę szpitala. Problem był w&nbsp;tym, że&nbsp;potrzebne były bardzo duże środki, a&nbsp;takie można było zapewnić tylko przez włączenie inwestycji do&nbsp;budżetu państwa. A&nbsp;my z&nbsp;budżetu państwa budowaliśmy szpital dziecięcy. Z&nbsp;niedostatku środków budowa DSK trwała 23&nbsp;lata! Ukończono ją&nbsp;w&nbsp;roku 2003. Dla porównania -&nbsp;piramidę Cheopsa budowano 21&nbsp;lat.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Dopiero po&nbsp;ukończeniu budowy DSK w&nbsp;roku 2003 można było rozmawiać w&nbsp;ministerstwie o&nbsp;nowej inwestycji. Właśnie podczas kolejnych dyskusji o&nbsp;szpitalu z&nbsp;prorektorem ds. klinicznych prof. Markiem Rogowskim i&nbsp;dyrektorem szpitala Bogusławem Poniatowskim padło stwierdzenie, że&nbsp;to już koniec możliwości tego szpitala. Że&nbsp;trzeba myśleć nie o&nbsp;kapitalnym remoncie, a&nbsp;o kompleksowej przebudowie i&nbsp;rozbudowie. Dalsze częściowe prace remontowe już nie przyniosą efektu. Bo&nbsp;co nam da&nbsp;sama wymiana okien? Nic.</em></div>

<div><em>Zadzwoniła do&nbsp;mnie pani premier Zyta Gilowska. Powiedziała krótko „panie rektorze jestem zdecydowana wstawić ten projekt do&nbsp;budżetu, daję panu trzy lata na&nbsp;jego realizację”. Wtedy chyba cała krew odpłynęła mi&nbsp;do nóg, pani premier trzymała długopis w&nbsp;ręku!</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Ministrem zdrowia był już prof. Zbigniew Religa. Profesor znał nasze problemy, wcześniej pomagał budować i&nbsp;uruchamiać klinikę kardiochirurgii i&nbsp;w związku z&nbsp;tym kilkakrotnie przebywał w&nbsp;PSK. Do&nbsp;tego trzeba dołożyć życzliwość podsekretarza stanu w&nbsp;Ministerstwie Zdrowia pani Wacławy Wojtali, dyrektora departamentu ds. inwestycji w&nbsp;Ministerstwie Zdrowia Elżbiety Jazgarskiej i&nbsp;jej zastępcy pana Jerzego Bójko. Ale inne uczelnie też zabiegały o&nbsp;środki. Zielone światło zapaliło się dopiero na&nbsp;początku roku 2007. Uzyskaliśmy ustną zgodę p.&nbsp;ministra na&nbsp;przygotowanie i&nbsp;złożenie wniosku inwestycyjnego. Mieliśmy się zmieścić w&nbsp;limicie 500 mln zł. Minister Religa zaznaczył od&nbsp;razu, że&nbsp;jego podpis pozwoli tylko uruchomić całą procedurę. Zaś sama decyzja -&nbsp;z racji skali projektu -&nbsp;zapadnie na&nbsp;szczeblu wicepremier i&nbsp;minister finansów pani Zyty Gilowskiej i&nbsp;premiera Jarosława Kaczyńskiego. No&nbsp;i&nbsp;u tych osób należało szukać dalszego wsparcia.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Powołaliśmy specjalny zespół do&nbsp;przygotowania tego wniosku w&nbsp;składzie: prof. Marek Rogowski -&nbsp;kierownik, dyrektor PSK Bogdan Poniatowski, kanclerz Waldemar Kuczyński i&nbsp;jego zastępca Romuald Jerulanek. Naglił nas czas, bo&nbsp;prace nad budżetem państwa na&nbsp;rok 2008 były bardzo zaawansowane. Wniosek zatytułowany „Przebudowa i&nbsp;rozbudowa Państwowego Szpitala Klinicznego”, w&nbsp;postaci grubej księgi powstał bardzo szybko. Został przesłany do&nbsp;Ministerstwa Zdrowia wraz z&nbsp;podpisami popierającymi od&nbsp;miejscowych władz. Po&nbsp;pozytywnej ocenie Ministerstwa Zdrowia wniosek trafił do&nbsp;Ministerstwa Finansów a&nbsp;następnie sejmowej Komisji Budżetu i&nbsp;Finansów. Występowaliśmy o&nbsp;ogromne pieniądze! Człowiek nieprzyzwyczajony do&nbsp;takich sum, nie umie sobie ich wyobrazić. Stąd były obawy, czy nasz wniosek uzyska akceptację ministra finansów a&nbsp;następnie parlamentu. W&nbsp;sprawę inwestycji udało się zaangażować naszych parlamentarzystów z&nbsp;koalicji rządzącej: senatora i&nbsp;wicemarszałka senatu Krzysztofa Putrę oraz posłów Krzysztofa Jurgiela i&nbsp;Jarosława Zielińskiego.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Mam też wrażenie, że&nbsp;sprzyjało nam szczęście. Na&nbsp;początku czerwca 2007 r.&nbsp;do Białegostoku na&nbsp;spotkanie z&nbsp;mieszkańcami miasta przyjechał premier Jarosław Kaczyński. Nie ukrywam, że&nbsp;sam zaproponowałem panu marszałkowi Putrze użyczenie na&nbsp;to spotkanie Auli Wielkiej (Aula Magna) w&nbsp;Pałacu Branickich. Wynegocjowałem też z&nbsp;p. marszałkiem, że&nbsp;po spotkaniu w&nbsp;auli, odbędzie się rozmowa z&nbsp;p. premierem w&nbsp;rektoracie w&nbsp;sprawie szpitala. A&nbsp;tuż przed przyjazdem premiera, dziennik „Rzeczpospolita” opublikował ranking wydziałów lekarskich. Uplasowaliśmy się na&nbsp;czołowym miejscu, co&nbsp;zrobiło na&nbsp;premierze bardzo duże wrażenie. W&nbsp;spotkaniu wzięli udział w/w parlamentarzyści, prorektorzy, kanclerze i&nbsp;dyrektor PSK. Nasze argumenty przekonały p.&nbsp;premiera, bowiem na&nbsp;zakończenie ponad godzinnego spotkania powiedział, że&nbsp;popiera nasz wniosek. To, oczywiście, przesądzało sprawę.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Potem pamiętam jeszcze wydarzenie z&nbsp;początku lipca. Byłem nad granicą z&nbsp;Litwą. Zadzwoniła do&nbsp;mnie pani premier Zyta Gilowska. Powiedziała krótko „panie rektorze jestem zdecydowana wstawić ten projekt do&nbsp;budżetu, daję panu trzy lata na&nbsp;jego realizację”. Wtedy chyba cała krew odpłynęła mi&nbsp;do nóg, pani premier trzymała długopis w&nbsp;ręku! Trzy lata na&nbsp;realizację takiej inwestycji, to&nbsp;było nierealne. Udało się uzgodnić okres inwestycji na&nbsp;pięć lat. Rozumiałem racje p.&nbsp;premier, bowiem szpitalne inwestycje ciągnęły się wtedy bardzo długo. Pani premier usiłowała wymusić szybszą realizację inwestycji. Ale przecież mieliśmy przebudowywać funkcjonujący szpital!</em></div>

<div><em>Nasza inwestycja została wpisana do&nbsp;projektu budżetu państwa. Jednakże rządząca koalicja nie zdążyła przegłosować ustawy budżetowej, a&nbsp;po wyborach władzę przejęła inna koalicja. Zrobiła się nerwowa atmosfera. Pocieszającą informację przekazała mi&nbsp;prof. Barbara Kudrycka, minister nauki, a&nbsp;mianowicie że&nbsp;termin na&nbsp;uchwalenie ustawy budżetowej nagli, a&nbsp;więc w&nbsp;przygotowanej do&nbsp;głosowania wersji ustawy nie zrobi się już poważnych zmian, co&nbsp;najwyżej kosmetyczne.</em></div>

<div><em>W uchwalonej ustawie budżetowej zapisano 490 milionów (po korekcie 509 milionów) na&nbsp;naszą inwestycję. Ustawę podpisał Pan Prezydent Lech Kaczyński na&nbsp;początku lutego 2008 roku. Ogromna radość i&nbsp;satysfakcja!</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em>Wkrótce odbyły się wybory nowych władz w&nbsp;naszej uczelni. Rektorem elektem został prorektor ds. nauki prof. Jacek Nikliński. Pan rektor uczestniczył w&nbsp;dyskusjach na&nbsp;temat kształtu wniosku o&nbsp;fundusze i&nbsp;był zorientowany na&nbsp;bieżąco we&nbsp;wszystkich sprawach. By&nbsp;zachować ciągłość realizacji inwestycji powołałem p.&nbsp;rektora-elekta na&nbsp;pełnomocnika rektora ds. jej realizacji. W&nbsp;efekcie, po&nbsp;przejęciu funkcji rektora mógł bardzo płynnie zająć się realizacją inwestycji.</em></div>

<div><em>Myślę, że&nbsp;rok 2007 był zaskakująco dobry dla naszej uczelni. Oprócz środków dla PSK udało się uzyskać w&nbsp;Ministerstwie Zdrowia jeszcze 50&nbsp;mln zł&nbsp;na budowę gmachu Wydziału Nauk o&nbsp;Zdrowiu, a&nbsp;kolejne niemal 50&nbsp;mln zł&nbsp;z&nbsp;funduszy unijnych na&nbsp;budowę siedziby Wydziału Farmaceutycznego (Europejskiego Centrum Farmacji).</em></div>

<div><em>Wszystkim zaangażowanym w&nbsp;sprawę pozyskania środków na&nbsp;przebudowę i&nbsp;rozbudowę PSK, zarówno tym, których nazwiska wymieniłem wyżej a&nbsp;także tym, których nazwisk nie wymieniłem, chciałbym w&nbsp;imieniu pacjentów, pracowników oraz studentów złożyć bardzo serdeczne podziękowania. To&nbsp;było zaangażowanie w&nbsp;bardzo dobrą sprawę. W&nbsp;sprawę pomocy chorym przez zdrowych.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Not. Wojciech Więcko&nbsp;</strong></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33520,Jak_to_z_przebudowa_szpitala_USK_bylo_-_wspomina_prof_Jan_Gorski</guid>

            </item>

            <item>

                                <title>Pradzieje Uczelni - wspomina prof. Jan Stasiewicz</title>

				<link>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33519,Pradzieje_Uczelni_-_wspomina_prof_Jan_Stasiewicz</link>

				<pubDate>16.04.2026 13:31</pubDate>

                                <description><![CDATA[<div><strong>Każde historyczne wydarzenie ma&nbsp;swoje pradzieje. Przecież nie rodzi się z&nbsp;nicości. Powstanie Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku w&nbsp;1950 roku było faktem historycznym, o&nbsp;ogromnym znaczeniu dla miasta i&nbsp;mieszkańców północno-wschodniej Polski.</strong></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><em><img alt="Jan Stasiewicz" src="http://www.umb.edu.pl/photo/pliki/medyk/2025/wrzesien/12-jan__stasiewicz.jpg" style="margin: 5px; float: left; width: 192px; height: 250px;" />Wspomina Jan Stasiewicz</em></div>

<div>&nbsp;</div>

<div>Chciałbym naszkicować fragmenty prahistorii jej narodzin, czasami ważne, a&nbsp;niekiedy zupełnie marginesowe, widziane oczami 14-letniego chłopca, ale oparte również na&nbsp;źródłach pisanych w&nbsp;tym czasie lub zaraz potem.</div>

<div>W latach poprzedzających rok 1950, mój Ojciec -&nbsp;dr Witold Stasiewicz, absolwent Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Stefana Batorego w&nbsp;Wilnie z&nbsp;1928 roku, był w&nbsp;Białymstoku naczelnikiem wojewódzkiego wydziału zdrowia. Wydział ten mieścił się wprawdzie w&nbsp;pokaźnym budynku Urzędu Wojewódzkiego, jednak gabinet naczelnika wydziału zdrowia był umeblowany niezwykle prymitywnie: szafy, kilka krzeseł i&nbsp;biurko poplamione atramentem. Nic więc dziwnego, że&nbsp;Ojciec zapraszał co&nbsp;bardziej znakomitych gości „z&nbsp;Polski” do&nbsp;naszego mieszkania, mieszczącego się przy ul. Świętojańskiej, przeprowadzając tu&nbsp;rozmowy i&nbsp;podejmując ich nierzadko obiadem. Stąd też prywatne życie w&nbsp;domu przeplatało się stale ze&nbsp;sprawami natury publicznej, w&nbsp;owym czasie -&nbsp;z problemami mającej się narodzić Akademii Medycznej.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Lekarze w&nbsp;Białymstoku</strong></div>

<div>Chciałbym podkreślić, że&nbsp;przez długi czas był to&nbsp;temat numer jeden. Wbrew szeregu opinii, przedakademicki Białystok nie stanowił pełnego ugoru lekarskiego. Miał, jak na&nbsp;zrujnowane wojną miasto, wprawdzie nieliczną, ale prężną i&nbsp;mocno zaangażowaną w&nbsp;pracę grupę lekarzy. W&nbsp;1949 roku działało w&nbsp;Białymstoku 45&nbsp;lekarzy, w&nbsp;całym zaś dużym województwie -&nbsp;115; spośród nich -&nbsp;nawet dwóch profesorów. Doktor Konrad Fiedorowicz, kierownik kliniki i&nbsp;profesor Katedry Chirurgii Uniwersytetu w&nbsp;Astrachaniu, od&nbsp;1922 roku był ordynatorem oddziałów chirurgii w&nbsp;Białymstoku; wybitny chirurg, wielka indywidualność, stanowczy i&nbsp;odważny. Warto choćby przypomnieć fakt pochowania, wbrew okupantowi i&nbsp;w konspiracji, kilkudziesięciu żołnierzy Września, którzy zmarli w&nbsp;Szpitalu na&nbsp;ulicy Piwnej (obecnie ul. Skłodowskiej). Dokonał tego profesor wespół z&nbsp;księdzem Piotrem Maziewskim na&nbsp;cmentarzu wojskowym w&nbsp;Zwierzyńcu, zaś zdarzenie to&nbsp;po latach uczciła Okręgowa Izba Lekarska tablicą pamiątkową z&nbsp;wznoszącym się nad nią wspaniałym orłem.</div>

<div>Prawie zupełnie zapomnianą postacią z&nbsp;lat powojennych jest profesor okulistyki Julian Juliusz Szymański, przebywający w&nbsp;Białymstoku już na&nbsp;emeryturze. Był jednym z&nbsp;najwybitniejszych polskich okulistów, kierował klinikami chorób oczu w&nbsp;Paranie (Brazylia) i&nbsp;w Wilnie; zasłynął też jako polityk, piłsudczyk z&nbsp;przekonania, marszałek Senatu Drugiej Rzeczpospolitej w&nbsp;latach 1928-1930. Mieszkał przy ulicy Starobojarskiej u&nbsp;swojej siostrzenicy Pani Doktor Ireny Ambroszkiewicz-Pawlikowskiej, także wspaniałej okulistki, której pomagał w&nbsp;pracy swoją ogromną erudycją i&nbsp;doświadczeniem. A&nbsp;przecież wówczas walczono z&nbsp;jaglicą, w&nbsp;zakresie której profesor był ekspertem o&nbsp;światowej sławie!</div>

<div>Natomiast w&nbsp;pełni „sił twórczych” byli w&nbsp;tym czasie inni świetni białostoccy lekarze, wśród nich także późniejsi profesorowie, docenci i&nbsp;adiunkci Akademii Medycznej. Wymienię oczywiście nie wszystkich, głównie tych, których w&nbsp;różnym czasie miałem autentyczny zaszczyt poznać osobiście. Są&nbsp;to: Irena Ambroszkiewicz-Pawlikowska, Janina Bemasiewiczowa, Irena Hiałówna, Zygmunt Brodowicz, Włodzimierz Briihl, Mieczysław Ilanowski, Adam Dowgird, Wacław Dzieszko, Anna Elert, Stanisław Giedroć-Juraha, Henryk Godyński, Jerzy Gołoński, Józef Hamerla, Stanisław Kołosowski, Dominik Kossakowski, Aleksander Krawczuk, Mieczysław Nietupski, Marian Poznański, Henryk Rożkowski, Stanisław Sacha, Witold Stasiewicz, Berta i&nbsp;Wacław Szaykowscy, Bogdan Szymborski, Antoni Tołłoczko, Jan Walewski, Stanisław Witek, Adam Zabłocki, Włodzimierz Zankiewicz, Antoni Żuk.&nbsp;</div>

<div>Poza Białymstokiem, w&nbsp;każdym powiecie pracowało zazwyczaj kilku lekarzy; wielu z&nbsp;nich znano szeroko w&nbsp;województwie. Pamiętam doskonale doktora Leona Jastrzębskiego, doskonałego internistę oraz chirurga Stanisława Sadowskiego, późniejszego posła na&nbsp;Sejm, obu z&nbsp;Augustowa; lub doktora z&nbsp;Olecka, doskonałego organizatora. W&nbsp;Hajnówce pracowali dr&nbsp;Tadeusz Rakowiecki, lekarz i&nbsp;astronom, jak też dr&nbsp;Antoni Jędruszek, duża indywidualność; w&nbsp;Łomży -&nbsp;dr Witold Prusiński, dyrektor, chirurg i&nbsp;ginekolog w&nbsp;jednej osobie. Wysokie Mazowieckie ciągle kojarzy się z&nbsp;obecnym nestorem białostockiej medycyny -&nbsp;doktorem Karolem Mazurkiewiczem. Lista wspaniałych lekarzy okresu powojennego jest dłuższa. Każdy powiat miał swoich medycznych bohaterów.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Lobby proakademickie</strong></div>

<div>Wymienieni lekarze, zapracowani od&nbsp;rana do&nbsp;późnej nocy, stanowili autentyczne lobby proakademickie. Zdawali sobie doskonale sprawę, że&nbsp;wobec budujących się nowych szpitali i&nbsp;stale zwiększającej się ludności, zwłaszcza w&nbsp;Białymstoku oraz na&nbsp;ziemiach odzyskanych (Ełk, Olecko, Gołdap),&nbsp;liczba lekarzy musi jak najszybciej ulec zwielokrotnieniu.</div>

<div>Ojciec, jako formalny szef wojewódzkiej służby zdrowia, miał z&nbsp;tym największy problem. Zabiegał o&nbsp;każdego lekarza i&nbsp;należał do&nbsp;najbardziej zagorzałych zwolenników kreowania Uczelni. Braki w&nbsp;obsadach łatał jak mógł, wykorzystując np. lekarzy karanych odsunięciem od&nbsp;zawodu w&nbsp;innych regionach Polski. Dzięki zaufaniu, jakim cieszył się u&nbsp;Ministra Zdrowia Jerzego Sztachelskiego, był w&nbsp;kilku przypadkach „kuratorem” ukaranych lekarzy, którym pozwolono kontynuować pracę na&nbsp;Białostocczyźnie. Znam przykłady bardzo udanych takich eksperymentów. Były to&nbsp;jednak tylko półśrodki, nierozwiązujące zasadniczego problemu.</div>

<div>Idea utworzenia Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku stała się wspólną płaszczyzną, znajdującą się ponad szczególnie wówczas ostrymi podziałami politycznymi. Znaczna większość białostockich lekarzy reprezentowała poglądy antykomunistyczne. Mój Ojciec -&nbsp;ochotnik z&nbsp;1920 roku, przedwojenny lekarz powiatowy, bezpartyjny -&nbsp;był w&nbsp;tych sprawach całkowicie jednoznaczny. Jego zastępca, dr&nbsp;Antoni Żuk, w&nbsp;1947 roku wrócił do&nbsp;kraju z&nbsp;Anglii, gdzie był lekarzem i&nbsp;oficerem w&nbsp;Wojsku Polskim. Szczęśliwie jednak także lokalni działacze polityczni rozumieli konieczność budowania uczelni medycznej. Najważniejsze jednak znaczenie miało mocne probiałostockie lobby we&nbsp;władzach centralnych. Ówczesny Minister Zdrowia dr&nbsp;Jerzy Sztachelski, absolwent Uniwersytetu Stefana Batorego w&nbsp;Wilnie, oraz wiceminister oświaty Eugenia Krassowska, pochodzili z&nbsp;Białegostoku, nie tracąc nigdy więzi z&nbsp;rodzinnym miastem.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Czyj to&nbsp;pomysł?</strong></div>

<div>Pytanie, kto pierwszy rzucił hasło zbudowania Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku, pozostanie na&nbsp;zawsze bez odpowiedzi. Każda okoliczność może być prawdopodobna.</div>

<div>W zapiskach z&nbsp;1958 roku Ojciec pisze:<em> „Po raz pierwszy o&nbsp;konieczności założenia Akademii Medycznej w&nbsp;Białymstoku wspomniał ówczesny minister zdrowia dr&nbsp;Jerzy Sztachelski w&nbsp;maju 1948 roku, w&nbsp;czasie omawiania sprawy organizacji Szkoły Pielęgniarskiej w&nbsp;Białymstoku. Następnie w&nbsp;czerwcu-lipcu tegoż roku dyrektor Departamentu Planowania doc. dr&nbsp;Z. Grymberg zaprosił kierownika Wydziału Zdrowia (mego Ojca) i&nbsp;poinformował, że&nbsp;Ministerstwo Zdrowia ma&nbsp;zamiar uruchomić Akademię Medyczną w&nbsp;Białymstoku, i&nbsp;że projekt ten zostanie zaaprobowany przez Centralny Komitet Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i&nbsp;Prezydium Rządu. W&nbsp;sierpniu tegoż roku przybyła do&nbsp;Białegostoku Komisja Ministerstwa Zdrowia, ażeby na&nbsp;miejscu zorientować się, czy realne są&nbsp;możliwości założenia akademii. W&nbsp;skład komisji wchodzili przedstawiciele departamentów: szkolnictwa wyższego, planowania oraz profilaktyki i&nbsp;lecznictwa. W&nbsp;tym czasie zamiast niedużych wielooddziałowych szpitali w&nbsp;Białymstoku, zorganizowane zostały duże szpitale jednoimienne- specjalistyczne, które chociaż nie odpowiadały ogólnie przyjętemu u&nbsp;nas modelowi, to&nbsp;jednak na&nbsp;ich bazie mogły i&nbsp;powstawały w&nbsp;przyszłości poszczególne kliniki. Postanowiono wówczas poczynić starania, ażeby na&nbsp;siedzibę rektoratu z&nbsp;administracją i&nbsp;dla zakładów teoretycznych akademii przejąć były Pałac Branickich i&nbsp;pobliski budynek po&nbsp;byłym seminarium nauczycielskim. Budynki te&nbsp;były własnością: pierwszy -&nbsp;Wydziału Kultury, drugi -&nbsp;Wydziału Oświaty.&nbsp;Jeden i&nbsp;drugi były w&nbsp;tym czasie remontowane i&nbsp;stan zaawansowania robót wynosił około 30&nbsp;proc”</em>.</div>

<div>W dalszym ciągu Ojciec pisze: „<em>Wiosną 1949 roku, z&nbsp;inicjatywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, odbyło się wspólne posiedzenie Wojewódzkiej, Miejskiej i&nbsp;Powiatowej Rad Narodowych, na&nbsp;którym uchwalono, aby wystąpić z&nbsp;wnioskiem do&nbsp;Przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej o&nbsp;założenie w&nbsp;Białymstoku Akademii Medycznej”.</em></div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Akademia musi powstać</strong></div>

<p>&nbsp;Z maja 1949 roku zachował się rękopis i&nbsp;maszynopis przemówienia Ojca, wygłoszonego być może na&nbsp;wymienionym posiedzeniu, lub na&nbsp;podobnym, w&nbsp;którym zostaje uzasadniona konieczność zorganizowania Akademii. Czytamy: „Przykład z&nbsp;woj. białostockiego: 115 lekarzy musi obsłużyć 1.030.000 mieszkańców. Należy podkreślić, że&nbsp;na 115 lekarzy -&nbsp;45 lekarzy mieszka w&nbsp;Białymstoku, a&nbsp;70 lekarzy musi zapewnić opiekę lekarską 970.000 mieszkańców, czyli wypadnie na&nbsp;jednego lekarza 14.000 osób. Przy tej liczbie lekarzy nie może być mowy o&nbsp;planowej pracy. Ta&nbsp;liczba lekarzy z&nbsp;trudem może zaspokoić tylko</p>

<div>bieżące potrzeby -&nbsp;wykonać tę&nbsp;pracę, której odłożyć nie można. Z&nbsp;tych&nbsp;krótkich rozważań widzimy jasno, że&nbsp;w&nbsp;najbliższej przyszłości musimy założyć jeszcze -&nbsp;na razie -&nbsp;jedną akademię lekarską. Powstaje pytanie, gdzie ona ma&nbsp;być założona? Jak już na&nbsp;wstępie wspomniałem, mamy wydziały lekarskie w&nbsp;Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu, Lublinie. Mamy też Akademię Medyczną w&nbsp;Gdańsku, Szczecinie i&nbsp;Bytomiu.&nbsp;Jeżeli rzucimy okiem na&nbsp;mapę, to&nbsp;jasnym staje się, że&nbsp;Akademia musi powstać w&nbsp;Białymstoku”.</div>

<div>W dalszej części referatu Ojciec przedstawia w&nbsp;sposób szczegółowy możliwości lokalowe i&nbsp;„łóżkowe” Białegostoku, które okazują się dostateczne, by&nbsp;Akademia mogła powstać. Kończy zaś w&nbsp;sposób następujący: „Miasto Białystok podwoi liczbę mieszkańców i&nbsp;mając 120.000 ludności&nbsp;będzie liczyć w&nbsp;tym około 1200-1500 studentów Akademii Medycznej”.&nbsp;Ta przepowiednia z&nbsp;maja 1949 roku sprawdziła się całkowicie.</div>

<p>&nbsp;</p>

<div><strong>Zwiady</strong></div>

<div>W tym też czasie zaczęli przyjeżdżać do&nbsp;Białegostoku, początkowo „na zwiady”, kandydaci do&nbsp;pracy w&nbsp;przyszłej Uczelni. Przede wszystkim przyjeżdżał kandydat na&nbsp;rektora, profesor Tadeusz Kielanowski. Wrażenia z&nbsp;pierwszych pobytów w&nbsp;Białymstoku Rektor Kielanowski przedstawił w&nbsp;kilku pasjonujących książkach i&nbsp;autobiografii -&nbsp;zwłaszcza piękny opis epizodu związanego z&nbsp;wyjazdem do&nbsp;Supraśla, podczas którego zapadła decyzja o&nbsp;przyjęciu propozycji ministra, by&nbsp;budować Akademię w&nbsp;Białymstoku.</div>

<div>Pamiętam jeden z&nbsp;pierwszych (a&nbsp;może pierwszy) przyjazd Profesora do&nbsp;Białegostoku. Jako 12-letni uczeń otrzymałem wówczas zadanie przyprowadzenia Profesora Kielanowskiego do&nbsp;naszego domu na&nbsp;obiad. Zastałem go&nbsp;czekającego już na&nbsp;schodkach nieistniejącego obecnie drewnianego domu u&nbsp;zbiegu ulic Parkowej i&nbsp;Mickiewicza. Wydał się niesłychanie wysoki i&nbsp;dostojny, zaimponował zwłaszcza krawatem, którego w&nbsp;tamtych czasach nosiło się tylko od&nbsp;święta. Profesor podał mi&nbsp;rękę mówiąc z&nbsp;całą powagą: „Kielanowski”, ja&nbsp;odpowiedziałem: „Stasiewicz” i&nbsp;z uczuciem ogromnej dumy poprowadziłem Pana Rektora na&nbsp;ulicę Świętojańską, całe 300 metrów. Obiadu nie pamiętam, ale z&nbsp;pewnością podano chłodnik litewski (był upał), sznycel cielęcy z&nbsp;jajkiem po&nbsp;wiedeńsku oraz kompot z&nbsp;połówkami jabłek -&nbsp;było to&nbsp;bowiem ulubione menu mojej Mamy, podejmującej obiadem dostojnych gości.</div>

<div>W 1958 roku Ojciec wspominał: <em>„Pierwszym Rektorem Akademii został mianowany Prof. dr&nbsp;med. Tadeusz Kielanowski, pełnomocnikiem zaś Ministra Zdrowia do&nbsp;spraw organizacji -&nbsp;dr med. Bronisław Jodkowski. Kierownikiem kancelarii -&nbsp;mgr Maria Stasiewicz.&nbsp;Biuro Akademii od&nbsp;listopada 1949 roku mieściło się w&nbsp;jednym pokoju w&nbsp;budynku szpitalnym przy ul. Piwnej 14, a&nbsp;od lutego 1950 roku -&nbsp;w Wydziale Zdrowia PWRN. W&nbsp;kwietniu tegoż roku biuro Akademii zostało przeniesione do&nbsp;byłego pałacu Branickich”.</em></div>

<div>Moja Mama, jako kierownik kancelarii, przede wszystkim planowała zakupy różnego sprzętu niezbędnego do&nbsp;funkcjonowania pierwszego roku studiów. Gdy trzeba było zaplanować zajęcia z&nbsp;wychowania fizycznego, stałem się jednym z&nbsp;pierwszych „konsultantów” Akademii -&nbsp;doradzałem Mamie, ile zaplanować piłek siatkowych, spodenek, koszulek, dresów itp. Jestem z&nbsp;tego do&nbsp;dziś niesłychanie dumny.</div>

<div>&nbsp;</div>

<div><em><strong>Prof. Jan Stasiewicz, </strong>honorowy Przewodniczący Okręgowej Izby Lekarskiej w&nbsp;Białymstoku</em></div>

<div>&nbsp;</div>

<div><em>Artykuł opublikowany w&nbsp;Biuletynie Okręgowej Izby Lekarskiej w&nbsp;Białymstoku, Suplement nr&nbsp;1/2000</em></div>
]]></description>

                                <category>HISTORIE MEDYKA</category>

				<guid>https://www.umb.edu.pl/pl/medykbialostocki/historie_medyka/33519,Pradzieje_Uczelni_-_wspomina_prof_Jan_Stasiewicz</guid>

            </item>

            
    </channel>

</rss>