• Ostatnia zmiana 26.01.2022 przez Medyk Białostocki

    Historia pielęgniarstwa w trzech osobach

    Były łzy, a wzruszenie odebrało mowę kilku osobom.15 grudnia 2021 r. na zebraniu oddziałowych szpitala USK pożegnano trzy pielęgniarki oddziałowe. To chodzące historie szpitala.

    Pani Irena Turek rozpoczęła pracę w USK 50 lat temu! Pani Teresa Sawicka to filar Bloku Operacyjnego. W jednym miejscu przepracowała 43,5 roku! Trzecią oddziałową była Wiesława Stasiukiewicz, oddziałowa SOR-u ginekologiczno-położniczego.

    Wszystkim Paniom kwiaty, słowa uznania i podziękowania przekazała Pielęgniarka Naczelna USK dr Barbara Bebko.

     

    Irena Turek, 50 lat i 4 miesiące stażu w szpitalu USK. Prawie całe życie zawodowe związana była z kardiologią.

    - Pracę w Państwowym Szpitalu Klinicznym rozpoczęłam 1 września 1971 r., kończąc pięcioletnie Liceum Medyczne Pielęgniarstwa w Łomży. Dostałam wtedy trzy propozycje pracy: w szpitalu w Białymstoku, Łomży i Ostrołęce. Pochodziłam z Małego Płocka pod Łomżą. Szpital w Łomży, w którym byłam na praktykach był „niskoprofilowy”. Szpital w Ostrołęce też nie robił wrażenia. „Gigant” był wówczas najbardziej nowoczesnym szpitalem w regionie. Chciałam pracować na chirurgii. Skierowano mnie jednak na oddział noworodków. Pracowałam tam tylko pół roku. Wtedy szkołę kończyły położne, przyszły do pracy, a mnie przeniesiono do Kliniki Kardiologii. W tym czasie p.o. kierownika kliniki był prof. Andrzej Kaliciński. Trafiłam na IV piętro. Potem, kiedy w 1986 roku tworzył się Oddział Intensywnej Opieki Kardiologicznej, to ja - wspólnie z dr Anatolem Aksiucikiem - byłam odpowiedzialna za pracę na tym odcinku.

    Kiedyś po zawale trzeba było sześć tygodni leżeć „plackiem” w łóżku. Leczenie? Co dwie godziny podawaliśmy nitroglicerynę pod język. Mogliśmy tylko walczyć ze skutkami zawału, a nie go przerwać. Pacjenci albo przeżywali, albo nie. Dużo osób umierało z powodu powikłań. Od tego ciągłego leżenia w łóżku pacjenci chorowali na zapalenie płuc i umierali. A przez pierwsze trzy tygodnie nie można było w ogóle się ruszyć: pacjent był myty w łóżku, karmiony w łóżku, załatwiał wszystkie potrzeby fizjologiczne w łóżku. Dopiero po trzech tygodniach mógł delikatnie spuścić nogi. Zawał to była choroba śmiertelna. Ludzie leżeli, słuchali, ze strachu bali się ruszyć. Po zawale wychodzili ze szpitala inwalidzi. Wszyscy zawałowcy trafiali na rentę.

    W 1996 roku w szpitalu powstał Zakład Kardiologii Inwazyjnej. Po prof. Kalicińskim p.o. kierownika został dr Wojciech Modrzejewki, a po nim prof. Włodzimierz Musiał. Wtedy też z Anina przyszedł do nas dr Wacław Kochman. Nasi lekarze szkolili się w Warszawie przy ul. Spartańskiej. Potem ja z Ulą Jakubowską, jako pierwsze pielęgniarki, też pojechałyśmy na szkolenie. To dla nas był kosmos. Po raz pierwszy zobaczyłyśmy na monitorach koronarografię i udrażnianie naczyń wieńcowych. U nas było już leczenie trombolityczne, ale plastyki nie było. Pacjenci byli wożeni do Anina.

    Dr Kochman odszedł, a kierownikiem został dr Sławomir Dobrzycki i zaczęły się 24-godzinne dyżury do leczenia ostrych zespołów wieńcowych. W pierwszej pracowni hemodynamicznej pracowałyśmy we dwie z Ulą Jakubowską. Pierwszy zabieg - koronarografia diagnostyczna - miał miejsce 29 czerwca 1996 roku. Dlaczego pamiętam tą datę? To było wielkie przeżycie dla wszystkich. Wielkie nerwy. Pamiętam, że linia ciśnienia do pomiaru metodą krwawą nie działała. I w nocy mi się przyśniło jak podłączyć. Rano przyszłam, podłączyłam i wszystko zadziałało!

    I tak przeleciało 25 lat w Pracowni Hemodynamiki. Zwiększała się liczba zabiegów, zakres, rozbudowywał się zespół. Początkowo robiliśmy tylko koronarografie i plastyki naczyń wieńcowych W tej chwili mamy możliwość udrażniania tętnic, implantacji stentów, co pozwala „odzyskać” zamkniętą czy zwężoną krytycznie tętnicę. Potem doszły zabiegi zamykania ubytków serca, zamykanie uszka lewego przedsionka, poszerzanie tętnic szyjnych, nerkowych. Za to doszła elektrofizjologia. Wszczepiamy symulatory i kardiowertery serca. Wykonujemy ablacje i krioablacje. 50 lat to przepaść w kardiologii. Pacjent leżał i leżał po zawale. Wychodził jako inwalida. Teraz góra po czterech dniach wychodzi ze szpitala. Po okresie rekonwalescencji może wrócić do pracy i do normalnego życia. Od razu jest efekt. Pacjent nie czuje bólu. Kiedyś lekarka kardiolog przysłała nam z poradni pacjenta z zawałem. Dwie godziny później znów dostajemy telefon od pani doktor, że jest zawał. No to mówimy, że przecież zabieg został zrobiony. Za chwile przywożą panią doktor z poradni, bo ona też dostała zawału. I ta pani doktor mówiła, że podczas zawału ból jest niewyobrażalny. Sama nie wierzyła pacjentom, gdy jej opowiadali jak to może boleć. I do nas trafiają pacjenci z bólem, przestraszeni. I to jest takie piękne - pacjent trafia na stół, poszerzamy naczynie i ból od razu ustępuje.

    Praca teraz jest lepsza, gdyby nie te papiery, które musimy wypełniać. Kiedyś mieliśmy dużo więcej czasu dla pacjenta. Znałyśmy nazwiska wszystkich pacjentów, ich rodziny. Teraz nie sposób zapamiętać pacjentów, bo oni ciągle się zmieniają. Kiedyś mówiono o zawale, że to choroba dyrektorska. Teraz zawały mają młodzi ludzie. Najmłodszy pacjent miał 28 lat. Teraz 40 latek już nikogo nie dziwi.

    Nie wiem jeszcze co będę robić na emeryturze. Nie lubię siedzieć w jednym miejscu. Póki co z mojej emerytury cieszy się mąż. On jest już od kilku lat na emeryturze, ale musiał mnie codziennie wozić do pracy, bo ja nie mam prawa jazdy. Teraz odpocznie.

     

     

    Teresa Sawicka, przepracowała w USK ponad 43 lat, w tym prawie 20 jako oddziałowa Bloku Operacyjnego.

    - Miałam 21 lat, kiedy przyszłam do pracy w Państwowym Szpitalu Klinicznym. Moim marzeniem było zostać pielęgniarką. W 1974 r. rozpoczęłam naukę w Liceum Medycznym w Białymstoku. Po jej ukończeniu dostałam skierowanie z Urzędu Miejskiego do pracy w szpitalu PSK.

    Kiedyś praca w PSK była zaszczytem. Przyszłam do Pielęgniarki Naczelnej, Haliny Pałubskiej i usłyszałam, że mogę zacząć pracę już, ale na bloku operacyjnym. A ja chciałam pracować na chirurgii! Dwa tygodnie przepłakałam. Wiedziałam jak wygląda leczenie na chirurgii: pacjent przychodzi, operacja i od razu widać efekt. Byłam osobą energiczną i potrzebowałam tej dynamiki w leczeniu. A blok operacyjny budził respekt. Pielęgniarki ani kiedyś, ani dziś, w trakcie kształcenia nie są przygotowane do pracy na bloku w charakterze pielęgniarek operacyjnych.

    Pierwszy dzień pracy, 15 lipca 1978 roku, to była pracująca sobota, dzień nieoperacyjny. Wtedy się wszystko porządkowało, przygotowywało nici i materiały opatrunkowe do sterylizacji. W poniedziałek trafiłam na salę operacyjną, gdzie operowali lekarze z I Kliniki Chirurgii. Wówczas szefem był prof. Zbigniew Puchalski. Panowała tam bardzo przyjazna atmosfera. W zawód wprowadzała mnie pielęgniarka Zofia Manaczyńska. Była bardzo doświadczona, ale też bardzo wymagająca. Niestety, po półtora miesiąca pani Zofia wyjechała do męża, który był na kontrakcie w Libii. Zostałam sama na sali chirurgicznej. Obsadę sali operacyjnej stanowiła tylko jedna pielęgniarka i salowa do pomocy (teraz są dwie pielęgniarki). I ja, taki żółtodziób, zostałam rzucona na głęboką wodę. Miałam jednak szczęście, że na tej sali pracował doktor Barczyk. I to on mnie na bloku zaczął uczyć chirurgii tzw. zabiegowej, anatomii, sposobów operowania, pokazywał, tłumaczył. Były rozpoznania w języku łacińskim, czasami długie i trudne, więc wyjaśniał nazwy i mówił: „dziecko, musisz przygotować to i to”. Zaczynałam na małym bloku, który miał tylko sześć sal operacyjnych. A już wtedy nazywano szpital „Gigantem”. Teraz na głównym bloku mamy 18 sal operacyjnych.

    Ta praca mnie fascynuje aż do dziś. Nie zamieniłabym sali operacyjnej na nic innego. Nie zatraciłam też w sobie empatii do pacjenta. Choć kontakt z chorym na bloku nie jest wielki, to zdajemy sobie sprawę z naszej roli. Czasem, kiedy pacjent czeka na anestezjologa, trzeba do niego coś powiedzieć, dodać otuchy, czasem rozśmieszyć. Na stole operacyjnym nie ma bohaterów. Każdy się boi. A nasze oczy mogą dużo, dużo mówią.

    To nie jest tak, że instrumentariuszka tylko podaje na wezwanie operatora narzędzia czy szwy. Mamy bardzo bogate instrumentarium, specjalistyczną aparaturę. Pielęgniarki znają i obsługują sprzęt znajdujący się na bloku operacyjnym. Jesteśmy zespołem sali operacyjnej.

    Były sytuacje bardzo trudne. Pamiętam pacjenta, który trafił do nas z krwotokiem, po wypadku komunikacyjnym. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Nie udało się go uratować, zmarł na stole operacyjnym. I wszyscy, poczynając od ordynatora, a kończąc na salowej, jak dzieci w przedszkolu, usiedliśmy pod ścianą. Przez pół godziny się do siebie nie odzywaliśmy. Każdy zadumany, ze łzami w oczach. Na szczęście takie chwile zdarzają się bardzo rzadko. Każda śmierć jest porażką. O tych pacjentach, którzy odeszli na naszych rękach długo pamiętamy. Walka, jaka czasem tu się toczy, jest nie do opisania.

    Praca przez te wszystkie lata mocno się zmieniła. Pamiętam jak wprowadzano w USK pierwsze nowatorskie operacje tarczycy. Trwały one wtedy po 8-9 godzin. Dziś to 45 minut, maksymalnie godzina. Albo coś bardzo przyziemnego: teraz często narzekamy na rękawice, a to że się rwą, albo rozmiar nie taki. Kiedyś rękawice, podobnie jak narzędzia, myło się i dezynfekowało, bo były wielokrotnego użycia. Zimą suszyłyśmy je na grzejnikach. Używano nici rozpuszczalnych „catgut” z jelit baranich. Przyjeżdżały gotowe, sterylne, zwinięte w ruloniki w słoiczkach zamkniętych korkiem. Był len na szpulkach, różnej grubości. Cięło się go na kawałki i zawijało w szary papier, żeby się nie poplątał. Potem wszystko to szło do sterylizacji.

    Choć całe życie przepracowałam na bloku, to w różnych klinikach: w I Klinice Chirurgii, II Klinice Chirurgii, w Klinice Urologii, a na samym początku - około roku na ginekologii. Tam były inne zabiegi. Najbardziej przerażały mnie cięcia cesarskie. Rodzące się tak dzieci są bardzo śliskie. I bałam się, żeby tego dzieciaczka nie upuścić. Z początku serce zamierało, z czasem oswoiłam się z tym. Tym zabiegom zawsze towarzyszyły wielkie emocje.

    Ostatnie prawie 20 lat pracowałam jako oddziałowa. Początkowo stawałam jeszcze do krótkich zabiegów, ale nie zgadzał się na to mój były szef. Jako pielęgniarka oddziałowa musiałam być dyspozycyjna, zarządzałam zespołem 52 osób.

    Jak spędzę swój ostatni dzień w pracy? Chcę być na sali operacyjnej, jeszcze raz poczuć tę atmosferę.

     

    Wysłuchała Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

  • 70 LAT UMB            Logotyp Młody Medyk.