• Ostatnia zmiana 31.05.2017 przez Medyk Białostocki

    Białystok i gorszycielka Wisłocka

    Do kin trafił film o najsłynniejszej polskiej seksuolożce Michalinie Wisłockiej. Pojawia się tam również wątek „białostocki”. Bo właśnie tu, autorka „Sztuki kochania”, spotkała swojego mistrza i mentora – prof. Stefana Soszkę.

    Do Białegostoku przyjechała po raz pierwszy w 1954 roku z Warszawy. W stolicy została zaraz po studiach zatrudniona na etacie cytologa przez doktora Romana Welmana, ordynatora ze szpitala Przemienienia Pańskiego. Po jego śmierci stanowisko objął dr Kazimierz Anusiak. I to jemu, w 1954 roku prof. Stefan Soszka (który do Białegostoku przyjechał rok wcześniej z Gdańska) zaproponował współpracę w swojej katedrze. Dr Anusiak zasugerował swojej podwładnej 30-letniej Wisłockiej, marzącej o pracy naukowej, by pojechała do Białegostoku spróbować swoich sił. Dla niej oznaczało to wywrócenie życia do góry nogami. W Warszawie zostawał mąż i dzieci. Ona do Białegostoku dojeżdżała. Pracowała w szpitalu przy ul. Warszawskiej.

    „Na te kilka nocy miała tylko łóżko w nieogrzewanej pracowni. Zasypiała w kożuchu, rano budziła się z nosem przymarzniętym do futrzanego kołnierza. Ale pierwszy raz mogła posmakować, na czym polega prawdziwa praca naukowa. Profesor Soszka doceniał jej zaangażowanie, talent i iskrę młodego badacza” -tak początki w Białymstoku opisuje Violetta Ozminkowski w książce „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki” (to na podstawie tej biografii powstał film).

    Zababiona klinika

    Sama Wisłocka początki wspominała inaczej: „Profesor Soszka, przyjmując mnie do pracy w klinice białostockiej, westchnął gorzko: »Trzecia baba, całkiem mi zababią klinikę« (chociaż było nas trzy na dwudziestu pięciu mężczyzn). A ja na to: »Jestem chłopak, zobaczy pan profesor w robocie«. Gdy odchodziłam, na własną prośbę zresztą, powiedział mi jedyny (ale jaki!) na tyle lat pracy komplement: »Miałaś rację, pracujesz jak mężczyzna i można na tobie polegać«”.

    I właśnie ten brak kobiecości najbardziej wspominają ci, którzy pamiętają dr Wisłocką. To uczniowie prof. Soszki: prof. Marian Szamatowicz, prof. Piotr Knapp, prof. Sławomir Wołczyński czy prof. Waldemar Kuczyński.

    - Pamiętam jak mijaliśmy się na korytarzu – wspomina jeden z nich.– Zawsze w chustce na głowie, z niedbałą fryzurą, w fartuchu, wysoka, postawna. Ale taka mało kobieca.

    - Nie była zbyt urodziwa – mówi drugi z profesorów. – I jak wydała swoją książkę, to nawet pamiętam, że rozpętała się dyskusja: jak to ona, taka mało seksowna i atrakcyjna, skąd ona miała wiedzę, żeby to wszystko opisać.

    Z kolei prof. Lech Chyczewski pamięta, że ten wątek „jak ona to napisała” pojawił się także później, kiedy w latach 80-tych dr Wisłocka przyjechała do Białegostoku z wykładem otwartym.

    - Wykład był w Sali Kolumnowej Pałacu Branickich, sala była pełna - wspomina. - Ktoś z publiczności był również ciekaw i zapytał Wisłocką o to, czy „Sztukę kochania”, pisała na podstawie literatury czy własnych doświadczeń. Wisłocka odpowiedziała: „chyba ślepy o kolorach by nie napisał?” – wspomina prof. Chyczewski.  

    Zbyt świnkowata

    Białystok Wisłocka wspominała wielokrotnie i nie do końca pozytywnie. „W Białymstoku można żyć tylko pracą. Reszta, co tu gadać, jest kołtuńska i małomiasteczkowa. Ciemne uliczki, i ta cała drobnomieszczańska atmosfera. Pani profesorowa [żona prof. Soszki – red.] miała jej wyraźnie za złe czapeczkę z pomponem i jesionkę – jak to nazwała Michalina – „o linii warszawskiej”, a przede wszystkim to, że profesor wyrzucał pieniądze na taksówki i czekoladę. Szczerze mówiąc, w Białymstoku miała łatkę Magdaleny jawnogrzesznicy, dla której profesor traci powoli głowę. Z właściwą sobie precyzją wyliczała, że jest zbyt dowcipna, złośliwa i jak to określiła, „dosadnie świnkowata” w słowach jak na obywatelkę białostocką (…). Tylko musi wymyślić babską metodę i urobić profesora, żeby nie zerwał z nią kontaktu. Podejrzewała, że jest nią nieco oczarowany. A to bardzo dobrze, gdyż będzie miał dla niej więcej „naukowego serca”. Ona też jest w stanie ofiarować mu tylko to naukowe”.

    Współpraca z prof. Soszką, przerwana została w 1955 roku. Świadkowie, których odpytaliśmy, przyznają, że doszło do jakiejś „wpadki”, co znajduje potwierdzenie w książce.

    „Oficjalnie mówić będzie, że musi wracać do Warszawy przez rozwód (…) ale o mały włos nie wysłała pacjentki na tamten świat. Nie zauważyła, że ma zapalenie otrzewnej, była zbyt zmęczona, zabrakło jej wyobraźni”.

    Dr Wisłocka kilka lat później wróciła jeszcze na krótko do Białegostoku. Prof. Soszka pozostał jej mentorem do końca życia. Był jednym z dwóch na 11 recenzentów „Sztuka kochania”, który pozytywnie ocenił książkę.

    W tekście wykorzystałam fragmenty książki „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”, Violetta Ozminkowski, Wydawnictwo: Prószyński Media, 2014

    km

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.