• Ostatnia zmiana 06.02.2015 przez Medyk Białostocki

    Motywatorzy dla innych – najlepsi nauczyciele UMB w roku 2014

    W tym roku studenci UMB po raz drugi wybrali najlepszych ich zdaniem wykładowców i nauczycieli akademickich. Spośród sześciu nagrodzonych osób, dwie zostały wyróżnione drugi rok z rzędu.

    Celem konkursu jest uhonorowanie i promowanie najlepszych nauczycieli akademickich Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku w środowisku akademickim. Ma on również motywować nauczycieli akademickich do korzystania i rozwijania nowych narzędzi i metod nauczania, ze szczególnym uwzględnieniem nauczania opartego na technologii teleinformatycznej. Żacy głosują drogą elektroniczną (łącznie zagłosowały 973 osoby).

    - Najlepszy wykładowca jest sprawiedliwy, otwarty, pomocny i traktuje studentów po partnersku. Cechy zauważalne u naszej kadry naukowej, choć może jeszcze nie tak powszechne jakby tego chcieli studenci. Dlatego tak bardzo zależy nam na wyróżnieniu tych, którzy zauważają potrzeby studentów – mówi Rafał Kucharski, przewodniczący Samorządu Studentów UMB.

    Sześć osób, które uzyskały najwięcej głosów Kapituła Studencka przedstawiła senatowi uczelni. Te kandydatury musiał jeszcze pozytywnie zaopiniować Uczelniany Zespół ds. Zapewnienia i Doskonalenia Jakości Kształcenia (osoby te nie mogły mieć negatywnych ocen w systemie ankietowym). Wtedy już rektor mógł oficjalnie przyznać tytułu Najlepszego Nauczyciela Akademickiego i nagrody finansowe (wszyscy otrzymali nagrody dydaktyczne I stopnia).

    W tym roku nagrodzone zostały: z Wydziału Lekarskiego prof. Andrzej Dąbrowski i dr Piotr Bernaczyk, z Wydziału Farmacji prof. Marian Tomasiak (po raz drugi) i mgr Tomasz Hodun, zaś z wydziału Nauk o Zdrowiu dr Marzena Wojewódzka-Żelaźniakowicz i dr Jolanta Biszewska (rok temu została wyróżniona jako najlepszy wykładowca).

     

    Oceniam siebie na „4” -rozmowa z prof. Marianem Tomasiakiem

    Prof. Marian Tomasiak, od 1996 roku kieruje Zakładem Chemii Fizycznej UMB. Jest absolwentem Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie na kierunku biologii ze specjalnością z biochemii. Na UMB pracuje od ponad 30 lat, od 18 wykłada chemię fizyczną dla studentów farmacji i analityki. Naucza również biofizykę na kosmetologii oraz prowadzi wykłady fakultatywne z biochemii komórki.

     

    Katarzyna Malinowska-Olczyk: Panie profesorze drugi rok z rzędu otrzymuje Pan nagrodę dla najlepszego nauczyciela akademickiego. Jak Pan to robi, że studenci tak Pana lubią?

    Prof. Marian Tomasiak: - Mój wnuczek mówi, że ja jestem „magicny”… Może studenci też tak uważają? (śmiech). Zawsze pytam studentów, co się im najmniej podoba na moich zajęciach. Oni mają zakodowane, że się boją swojego nauczyciela i trudno u nich o szczerą odpowiedź. Ale coś tam zawsze się dowiem. I mówią, że nagradzają mnie za podejście do nich, za to, że dobrze ich traktuję. Ja myślę, że po prostu oni lubią zajęcia w moim zakładzie, bo u nas nie ma stresu. Nagrody dostaję za stosunek do studentów i atmosferę. Ja swojej dydaktyki wysoko nie oceniam, myślę, że mogłaby być lepsza. Dałbym sobie, co najwyżej „czwórkę”.

    A jak Pan dba o tę atmosferę w zakładzie?

    - U nas są dobre relacje i nie ma stresu. Zespół jest zgrany. Dobieramy nowych tak, żeby pasowali do reszty. Zawsze po rocznym okresie próbnym pytam zespół, czy możemy daną osobę zatrzymać. Jakby powiedzieli, że nie, to bym podziękował. Najgorsze, co może być, to jak przyjdzie nowy, który nie pasuje do pozostałych. Jest zgrzyt, wszyscy mają problem, a szef największy. A tak jest dobra atmosfera.

    Atmosfera dobra, a co roku na egzaminie zawsze stawiacie sporo „2”. A mimo to studenci dobrze Was oceniają...

    - Studenci zawsze dobrze wiedzą, za co dostali dwóję. U nas jest przyjęte, że student ma prawo przyjść i zobaczyć swoją pracę i zapytać, dlaczego dostał taką, a nie inną ocenę. I przychodzą. I pytają. I do mnie się nie skarżą. A potem na poprawkach zdają już dobrze.

    Coś się zmieniło w Pana pracy po otrzymaniu nagrody w ubiegłym roku?

    - Ustawiliśmy i wprowadziliśmy nowe ćwiczenie. I muszę powiedzieć, że ta ubiegłoroczna nagroda mi w tym pomogła. Pan rektor ds. studenckich zawsze ma mało pieniędzy, a dużo proszących. Kiedy jednak w ubiegłym roku zgłosiłem się do niego po kilkanaście tysięcy na zakup urządzenia potrzebnego do wprowadzenia nowych ćwiczeń, to Pan rektor powiedział, że mnie - takiemu dydaktykowi - to się nie odmawia. I dał nam pieniądze. Kupiliśmy wyparkę próżniową, która była nam potrzebna do ćwiczeń z liposomami. Te ćwiczenia z założenia miały być tylko na kosmetologii, ale wprowadziliśmy je także dla studentów wydziału farmaceutycznego.

    Wiem, że ciągle zmienia Pan ćwiczenia. Dlaczego?

    - Z prostej przyczyny - żeby te dzieci zainteresować nauką. Nie wszyscy tak robią, są tacy, którzy nic nie zmieniają i mają takie archaiczne ćwiczenia. Ustawienie nowego ćwiczenia wymaga często zakupu nowego sprzętu, przygotowania materiałów. Trzeba do tego dużo pracy. Chemia fizyczna to bardzo trudny przedmiot. Jest wiele teoretycznych podstawowych zagadnień, które mogą studentom wydawać się bezużyteczne. Trzeba im więc zrobić takie ćwiczenia, które pokażą, że ta wiedza ma odniesienie do praktyki. Wtedy do tego zupełnie inaczej podchodzą. Chętniej się uczą, kiedy widzą, że to nie jest sztuka dla sztuki. Na wykładach często również mówię im, gdzie ta ich wiedza teoretyczna może być wykorzystana w praktyce. W przypadku np. przemian fazowych dochodzimy do stałej krioskopowej. A ja im wtedy mówię, że dzięki temu można np. określić, do jakiej temperatury trzeba schłodzić wódkę, by móc ją podawać w kostkach. Albo wyliczamy, jak zrobić płyn do chłodnicy, który nie zamarza w temperaturze minus 30 stopni.

    Rozmawiała Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

    Prof. Andrzej Dąbrowski

    Jest absolwentem AMB z 1981 roku. Na studiach był starostą, działał też aktywnie w studenckim towarzystwie naukowym. Po studiach pracował w Zakładzie Biochemii, a także w Klinice Gastroenterologii. Od 1985 roku związany jest już tylko z Kliniką Gastroenterologii, a od 2003 roku kierują tą kliniką. W latach 2003 - 2008 był prorektorem ds. studenckich a w latach 2008 - 2012 dziekanem Wydziału Lekarskiego. Od dwóch lat jest prezesem zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii.

    - Uważam, że to bardzo ważna nagroda, i chyba taka, która dała mi najwięcej satysfakcji ze wszystkich nagród, jakie do tej pory otrzymałem. Jaka jest moja recepta na dobrego wykładowcę? Wykładowca po prostu musi lubić studentów, nie może być ich wrogiem. Musi ich traktować jak partnerów do dyskusji, a nie uczniów. Na co kładę nacisk? Na interakcję ze studentami. Uczę ich poprzez konwersację. Staram się, by moje wykłady miały charakter interaktywny. Uważam, że w dzisiejszych czasach niedopuszczalne jest głośne czytanie slajdów podczas wykładu. Takie informacje student może przeczytać w domu. Wykład nie służy już przekazywaniu suchych informacji, tak jak to było kiedyś. Kiedy ja zaczynałem studia, podręczniki były mało dostępne, nie było internetu, a wykłady były wówczas jedynym źródłem informacji. I wtedy skrzętnie notowało się ich treść. Ale czasy się zmieniły. Moim zdaniem teraz na wykładach trzeba pobudzić studentów do myślenia, a nie tylko do zapamiętania i odtworzenia informacji bez jej zrozumienia. Pokutuje system kształcenia, który premiował jak najlepsze zapamiętywanie. To może sprawdza się w wojsku, gdzie żołnierz dostaje rozkaz, nie musi myśleć, tylko musi go wykonać. W medycynie to nie ma sensu. Wykłady, które są tylko powtarzaniem informacji, bez dyskusji, rozważania, to strata czasu. Student musi widzieć związek między omawianym tematem, a innym szeroko pojętym problemem zdrowotnym. Jeżeli czegoś nie rozumie, ma prawo pytać, dotąd aż problem stanie się jasny. Ja podczas wykładów wręcz zachęcam do zadawania pytań. Czasem, żeby ożywić dyskusję, urządzam quizy. Zadaję pytanie, dostaję kilka odpowiedzi i robię głosowanie, kto jest za jaką tezą. I to wciąga studentów w dyskusję, ożywia wykład. A na koniec komentuję i wyjaśniam, która odpowiedź była najbliższa prawdy.

     

    Dr Piotr Bernaczyk

    Od 2005 roku pracuje w Zakładzie Patomorfologii Lekarskiej, początkowo jako rezydent, od 2010 jako asystent. Prowadzi zajęcia ze studentami Wydziału (i Polakami i obcokrajowcami) Lekarskiego i Stomatologii.

    - Jest to najcenniejsze wyróżnienie w mojej dotychczasowej karierze. Jestem przekonany, że dla nauczyciela akademickiego nie ma bardziej wartościowej nagrody od tej przyznanej przez studentów. Bardzo lubię zajęcia ze studentami, sprawiają mi one dużą przyjemność. Wykłady i ćwiczenia przygotowuję w jak najbardziej zrozumiały dla studentów sposób. Staram się postawić w miejscu studentów II lub III roku, którzy przychodząc na zajęcia z patomorfologii są w trakcie kursów z przedmiotów przedklinicznych i nie mają kontaktu z pacjentami. Ćwiczenia w dużej mierze oparte są na dyskusji dotyczącej przypadków związanych z konkretnymi tematami. Staram się czasami wykorzystywać sposoby na prowadzenie ćwiczeń moich asystentów z czasów, kiedy byłem po tamtej stronie katedry i nie powielać błędów, które zapadają w pamięci studentów. Zarówno ćwiczenia jak i wykłady muszą być urozmaicone. Jeżeli studenci nie będą się nudzić, jest szansa, że zapamiętają wiadomości, które im przekazujemy. Przeczytanie suchych faktów ze slajdów mija się z celem. Przy użyciu różnych technik multimedialnych można przygotować bardzo ciekawe wykłady. Sposób prezentacji jest oczywiście równie ważny, jak sama treść. Zwykle dłużej pamiętamy wykłady, które mają elementy „show”. Jeśli do tego wszystkiego dodamy pasję - sukces jest murowany.

     

    Dr Marzena Wojewódzka-Żeleźniakowicz

    Ukończyła Akademię Medyczną w Białymstoku. Po stażu, w 2002 roku rozpoczęła pracę w Zakładzie Medycyny Ratunkowej i otworzyła specjalizację, z medycyny ratunkowej (był to wówczas początek medycyny ratunkowej w Polsce i była tylko teoretyczna wiedza, jak ma wyglądać praca w oddziale ratunkowym). Obecnie naucza medycyny ratunkowej na Wydziale Nauk o Zdrowiu oraz na Wydziale Lekarskim.

    - Nagroda tym ważniejsza, bo przyznawana przez niezwykle krytyczne i wymagające gremium. Jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem, zachętą do dalszej pracy, a także dowodem na to, że warto się starać. Tym bardziej że prowadząc wykład nie dysponuje się tyloma środkami urozmaicającymi przekaz, jak podczas zajęć praktycznych.

    Nie mam złotego środka na bycie dobrym wykładowcą. Ale jestem przekonana, że tylko wtedy można zainteresować słuchaczy, gdy lubi się i wierzy w swoją pracę. Wtedy wiedzę przekazuje się z przekonaniem, w sposób jasny i logiczny. Najbardziej przeraża mnie wizja ziewających studentów na moich wykładach, bo nigdy nie wiem, czy to wykład jest nudny, czy też może jest to wina zajęć pozalekcyjnych z poprzedniego dnia. Dlatego też staram się wciągnąć studentów w mój tok myślenia i udowodnić, że w medycynie wszystko jest logiczne (przynajmniej jeśli chodzi o wiedzę), a fizjologia, patofizjologia i anatomia są kluczem do poznania całego świata chorób. Podoba mi się, jak ze zdumieniem sami dochodzą do pewnych wniosków, łącząc kostki uzyskanej dotychczas wiedzy w całość. Mam też szczęście, że nauczam medycyny ratunkowej, ponieważ jest to bardzo ciekawa, dynamiczna i fascynująca dziedzina. Mamy do zaoferowania studentom naprawdę ciekawe zajęcia. Odnoszę wrażenie, że studenci z roku na rok stają się coraz bardziej wymagający, coraz bardziej świadomi swoich wyborów. Patrzę na nich z podziwem, gdy przychodzą do szpitalnego oddziału ratunkowego w czasie dyżurów, pozostając niejednokrotnie do późna w nocy, by jak najwięcej czasu spędzić przy pacjentach, zdobywać umiejętności praktyczne. Jest to bardzo dojrzała postawa, ja naprawdę ich za to bardzo cenię. Uważam, że studia na ratownictwie medycznym są bardzo trudnymi studiami, ponieważ studenci w ciągu 3 lat muszą opanować wiedzę i umiejętności pozwalające na samodzielną pracę w zespołach wyjazdowych ratownictwa medycznego. Dlatego też staramy się zapewnić naszym studentom kształcenie na najwyższym poziomie wykorzystując bogaty warsztat kliniczny uniwersyteckiego szpitala.

     

    Dr Jolanta Biszewska

    Naucza na kierunku logopedia z fonoaudiologią na Wydziale Nauk o Zdrowiu (prowadzi wykłady i zajęcia praktyczne z foniatrii oraz chirurgicznej rehabilitacji głosu laryngektomowanych). Jest absolwentką Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Białymstoku (studia ukończyła w 1999 roku), pracuje w Klinice Otolaryngologii w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym oraz Zakładzie Fonoaudiologii Klinicznej i Logopedii na WNoZ UMB.

    - Tytuł Najlepszego nauczyciela akademickiego” jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem i sam w sobie nagrodą najważniejszą, bo przyznaną przez studentów. Jednocześnie w tym roku jest równie wielkim zaskoczeniem, jak w ubiegłym. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, na czym polega sekret powtarzalności. O to trzeba by zapytać samych studentów. Szczerze mówiąc zaskakuje mnie, oczywiście pozytywnie, że studenci w ogóle chcą się angażować w głosowanie na asystentów, których w jakiś sposób cenią czy lubią. W ubiegłym roku nagrody gratulowali mi zarówno koledzy i koleżanki asystenci, jak i współpracownicy ze szpitala oraz sami studenci. Spotkałam się wyłącznie z przychylnymi, bardzo miłymi reakcjami. Nadal pracuję w Zakładzie Fonoaudiologii Klinicznej i Logopedii WNoZ oraz w Klinice Otolaryngologii. Na logopedii prowadzę wykłady i zajęcia praktyczne z foniatrii oraz chirurgicznej rehabilitacji głosu laryngektomowanych. Zajęcia z foniatrii są właściwie pierwszym przedmiotem klinicznym studentów logopedii, gdzie rozmawiają z chorymi i ich badają, mogą więc sami zaobserwować wszelkie zmiany, które przedstawiam im podczas wykładów. Zajęcia odbywają się w małych grupach, trwają dwa semestry, poznaję więc moich studentów z twarzy, imienia, ale często poznaję również problemy laryngologiczne ich samych, bądź ich bliskich. I staram się pomóc.

     

    Z mgr Tomaszem Hodunem nie udało się nam skontaktować.

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.