• Ostatnia zmiana 21.02.2019 przez Medyk Białostocki

    Kulisy powstania szpitala dziecięcego

    - Walczyliśmy do upadłego - mówi były rektor ówczesnej Akademii Medycznej w Białymstoku prof. Zbigniew Puchalski na temat okoliczności, w jakich powstawał należący do uczelni Uniwersytecki Dziecięcy Szpital Kliniczny.

    Marcin Tomkiel: Świętujemy 30-lecie powołania do życia szpitala dziecięcego. To za Pańskiej kadencji, jako rektora, rodząca się w finansowych bólach inwestycja została oddana do użytku. Proszę zdradzić kulisy.

    Prof. Zbigniew Puchalski, rektor AMB w latach 1987- 1990 oraz 1999-2002: - Nic się nie dzieje bez zaangażowania, bez jeżdżenia i bliskich kontaktów na różnych szczeblach. W latach 1987-1990 z wicewojewodą A. Czużem pojechaliśmy do Huty im. Lenina (w Nowej Hucie), do ówczesnego jej dyrektora inż. Eugeniusza Pustówki, po odpowiednie blachy na pokrycie dachów pałacu i będącego w budowie dziecięcego szpitala klinicznego. To nie było łatwe spotkanie, ale po pertraktacjach doszliśmy do porozumienia i załatwiliśmy tę sprawę na korzystnych w miarę warunkach. Innym razem trzeba było pojechać nawet do ówczesnego wicepremiera i ministra finansów prof. Leszka Balcerowicza. Przyjął mnie, wysłuchał, poprosił o kontynuację rozmów z wiceministrem Maciągiem. Ostatecznie sprawę dopiąłem z panią naczelnik z właściwego departamentu. Wtedy chodziło o pieniądze na remont Aula Magna w pałacu. I tak się stało. W 1990 r. - 40-lecie AMB i moja pierwsza kadencja rektora - w odrestaurowanej auli odbyła się uroczystość centralnej inauguracji roku akademickiego uczelni medycznych. Kolejna centralna inauguracja w trakcie mojej drugiej kadencji - w 50-lecie uczelni - miała miejsce w 2000 roku. Aula, w nowej krasie, wzbudziła zachwyt wszystkich gości.

    Było zielone światło na te inwestycje ze strony ówczesnych władz partyjnych?

    - O wszystko trzeba było zabiegać. Nie ukrywam, że nawet oprowadzałem przedstawicieli lokalnych władz politycznych i administracyjnych po odnowionym dachu na pałacu, czy po budowie szpitala. To, że znało się osoby decyzyjne, niewątpliwie ułatwiało sam kontakt, ale też rozmowy o pieniądzach na konkretne inwestycje. Takie to były czasy.

    Czy budowa Dziecięcego Szpitala Klinicznego w latach 80. to było wydarzenie w skali uczelni, miasta czy całego regionu?

    - Zdecydowanie było to wydarzenie na skalę przekraczającą region. Prosty przykład: oddziały chirurgii dziecięcej były tylko w szpitalach Białegostoku, Grajewa i Suwałk. To nie zaspokajało wszystkich potrzeb. W całym regionie nie było np. oddziału onkologii dziecięcej. Oddanie nowoczesnych, jak na tamte czasy, klinik było czymś wyjątkowym w skali kraju. W szpitalu powstał też nowatorski ośrodek „Dać szansę” dedykowany niepełnosprawnym dzieciom, a stało się to za sprawą wileńskiego aktora, który po wojnie przyjechał do Białegostoku Zygmunta Kęstowicza (znanego z programu „Piątek z Pankracym” - red.). Nowoczesny szpital dziecięcy był w naszym regionie niezbędny. To że on powstał było zasługą wielu ludzi, np. prof. Macieja Kaczmarskiego, pierwszego dyrektora szpitala. Zresztą wszyscy, zarówno kolejni dyrektorzy, jak i personel, to byli ludzie bardzo zaangażowani i oddani sprawie. Co warte podkreślenia, włożyli oni ogrom swojej pracy, który był niewspółmierny do ich skromnych pensji.

    Nie bał się Pan powierzyć roli dyrektora wciąż budującego się szpitala lekarzowi, a nie np. inżynierowi?

    - Nie. Lekarz to człowiek, który potrafi myśleć i rozważać. Co wprowadzać do realizacji, jak tym zarządzać? Prof. Kaczmarski odwiedzał różne szpitale, podpatrywał, jak się tam pracuje, miał swoje przemyślenia, i to potem wdrażał u nas. Prof. Kaczmarski był bardzo dobrym dyrektorem.

    Na przełomie lat 80. i 90. nie było pieniędzy uczelnianych, budżetowych, nie mówiąc już o unijnych na zagraniczne wizyty i rozwój kadry medycznej. A mimo to można było przywieźć do Białegostoku nowinki medyczne i nawiązać współpracę z renomowanymi ośrodkami.

    - Trzeba było mieć oczy bardzo szeroko otwarte i przewidywać bieg wydarzeń. Poza tym za granicą szybko się orientowano, kto i co potrafi. Dlatego wielu naszych pracowników - podobnie jak ja - otrzymywało zaproszenia na międzynarodowe imprezy naukowe. To nie były czasy internetu i błyskawicznej wymiany informacji, jak to się dzieje teraz. Te wyjazdy miały znaczący wpływ na rozwój samych pracowników, ale też na rozwój uczelni i szpitali. Na moim przykładzie mogę podać, że podczas swojej kariery naukowej byłem na 150 różnych wydarzeniach naukowych. Ostatni raz w 2009 r. w Pekinie. To właśnie z takich wyjazdów najczęściej przywoziło się wiele wartościowych pomysłów i rozwiązań. Podczas jednego z moich pobytów na Zachodzie zobaczyłem, że nie ma pustych ścian na szpitalnych i uczelnianych korytarzach. Znajdują się tam różne tablice pamiątkowe, informacje o wybitnych czy zasłużonych naukowcach, albo o darczyńcach i sponsorach. Tak narodziła się Galeria Doktorów Honoris Causa, która znajduje się obok Aula Magna. Organizowałem ją razem z prof. Włodzimierzem Buczko w trakcie mojej pierwszej kadencji rektora.

    Jednym słowem najważniejszy jest człowiek, a nie mury…

    - Tak, człowiek jest najważniejszy. Przytoczę tu opinię, którą wygłaszali moi mistrzowie, że ich wychowanek powinien nie tylko ich naśladować, ale przewyższyć ich osiągniecia. Być lepszym od swego nauczyciela.

    Wracając do tematu szpitala dziecięcego, ile trudu kosztowało dokończenie inwestycji, która ciągnęła się już latami.

    - Tu wszystko rozbijało się o pieniądze. Byliśmy przed przystąpieniem Polski do UE. Pozyskanie pieniędzy na budowę i wyposażenie szpitala było niesamowicie trudne. Kiedy ministrem zdrowia został prof. Zbigniew Religa poczuliśmy, że trochę nas wspiera. Znał nas, lubił przyjeżdżać na Podlasie, wysoko oceniał nasze środowisko i jego osiągnięcia. Jednak starając się o fundusze na budowę szpitala dziecięcego na przełomie lat 80. i 90. nie wszyscy byli radośni w Warszawie. Walczyliśmy do upadłego. Inaczej być nie mogło.

    Jak Pan widzi dalszy rozwój szpitala i zagrożenia, jakie pojawiają się przed placówką?

    - Jeśli sprawa finansowania uniwersyteckich szpitali zostanie przejęta przez Ministerstwo Zdrowia (ze skarbu państwa, a nie tylko z NFZ) to widzę korzystne perspektywy. Z funduszy samego NFZ nasze szpitale nie będą w stanie utrzymać wysokiego poziomu naukowego, dydaktycznego i klinicznego. Najlepsi specjaliści otrzymują większe stawki wynagrodzeń w szpitalach wojewódzkich czy powiatowych. Nie ma oddziału dziecięcego w Polsce, który nie otrzymał wysokiej klasy aparatury i sprzętu od WOŚP. UDSK jest tego doskonałym przykładem. Pieniędzy z NFZ na wypełnienie zadań tych szpitali jako placówek o najwyższym standardzie jest za mało. Ponadto sytuacja szpitali klinicznych jest trudna także dlatego, że najcięższe przypadki chorych odsyłane są ze szpitali powiatowych, czy oddziałów prywatnych do klinik uniwersyteckich, jako jednostek referencyjnych. To właśnie dlatego NFZ powinien płacić najwyższe pieniądze szpitalom klinicznym.

    To Pan przyłożył rękę do tego, że szpitale kliniczne wróciły pod skrzydła uczelni?

    - W czerwcu 1999 r., jako rektor AMB, zostałem wybrany w Krakowie na przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych. Wśród zadań, które wówczas sobie postawiliśmy, była zmiana sytuacji tak aby rektor uczelni medycznej stał się organem założycielskim dla szpitali klinicznych. Wtedy rektorzy w praktyce nie zarządzali szpitalami uniwersyteckimi. Do dyspozycji rektora w zakresie finansowania pozostawały praktycznie tylko zakłady nauk podstawowych. Problem specjalistycznego leczenia, jak też kształcenia medycznego, był poza kompetencjami rektora. Dyrektor szpitala był praktycznie niezależny od władz uczelni i osobiście mógł sobie robić to, co uznawał za stosowne. KRAUM podczas mojej kadencji uznał, że tak dalej być nie może i postanowiliśmy to zmienić. Wymagało to sporo zaangażowania, ale się udało. 4 września 2001 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski podpisał w naszej obecności (KRAUM) zmienioną ustawę o ZOZ-ach w odniesieniu do szpitali klinicznych (uniwersyteckich) uchwaloną przez Sejm i Senat. Po licznych spotkaniach m.in. z kolejnymi ministrami zdrowia, śp. Marszałkiem M. Płażyńskim, aktywnym udziałem w posiedzeniach  komisji sejmowych.  Po takiej decyzji rektor odzyskał kontrolę nad szpitalami klinicznymi, dla których to on stał się organem założycielskim.

    Jakie korzyści wypłynęły z faktu, że szpitale kliniczne wróciły wówczas pod nadzór rektora?

    - Rektor mógł wystąpić o pieniądze na rozbudowę i modernizację zarówno USK i jak i UDSK. W następstwie decyzji z 4 września 2001 rektor AMB prof. Jan Górski mógł z powodzeniem zabiegać o pół miliarda złotych na rozbudowę szpitala klinicznego (USK), co było już osiągalne. Na tej podstawie pieniądze na rozwój uniwersyteckich szpitali otrzymali również rektorzy Warszawy, Lublina, Łodzi, Wrocławia, Krakowa i Gdańska. Dyrektorzy szpitali nie byliby w stanie tego sami dokonać. Rektorzy większości uczelni z uznaniem odnosili się do naszych dokonań wysoko oceniając mój wkład pracy (prof. Puchalski został doktorem honoris causa uczelni w Łodzi i Wrocławiu - red.). Dlatego mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku, acz nie do końca. W następnej kadencji KRAUM mieliśmy zaplanowywane aktywne działania na rzecz zmiany sposobu finansowania uniwersyteckich szpitali, tak by miały wsparcie również ze skarbu państwa. Tematu nie podjęto z przyczyn ode mnie niezależnych.

    To były trudne czasy dla szpitali. Priorytetem polskiego państwa było wtedy zabieganie o przystąpienie do UE.

    - Tak. Tylko że, moim zdaniem, trzeba było wtedy od razu iść o krok dalej i zawalczyć o nowy sposób finansowania, o którym mówiłem. Niestety kończyła się moja kadencja w AMB i KRAUM i nie można było tego dzieła dokonać. Zresztą już sam temat przejęcia szpitali przez rektorów bardzo polaryzował środowisko medyczne. Nawet w „Medyku Białostockim” publikowane były opinie, że podległość szpitala klinicznego rektorowi jest złym rozwiązaniem. Podobnie w mediach lokalnych ukazywały się artykuły bardzo krytycznie i napastliwie traktujące moją osobę. Tego się nie da zapomnieć.

    Jednak problem zbyt niskiego finansowania usług specjalistycznych w szpitalach klinicznych pozostaje wciąż nierozwiązany.

    - Dlatego, że kontrakty wyznacza NFZ, a nie minister zdrowia. Znałem osobiście niemal wszystkich ministrów zdrowia, a śp. prof. Religa był moim przyjacielem. To prof. Religa przyznał mi, że powrót szpitali uniwersyteckich pod władanie rektorów to wielkie osiągniecie, ale konieczne są dalsze prace dotyczące ich współfinansowania przez ministerstwo. Jednak następne konferencje rektorów uczelni medycznych nie podjęły już tych starań.

    Czego można życzyć szpitalowi dziecięcemu, pracujących tam osobom?

    - Ponownie zacytuję motto moich mistrzów: „Aby Ci, którzy przychodzą po nas, byli lepsi”. Ja jestem przekonany, że moi wychowankowie zdecydowanie przekroczyli granice moich technicznych i metodologicznych umiejętności. Przy tym całym postępie technologicznym trzeba jednak pamiętać, że nowoczesna aparatura i sprzęt są istotne, ale tak jak lekarze, czy też znajdujący się na różnych szczeblach pracownicy szpitala - jesteśmy po to, żeby pomóc cierpiącym.

    Głęboko wierzę w cały zespół UDSK dowodzony przez dyrektor prof. Annę Wasilewską. 30 lat to dopiero początek drogi. Człowiek, który ma 30 lat jest w takim momencie, że ma już co podsumować, ale też może sobie wyznaczać odważne cele do realizacji. Takich zdecydowanych decyzji życzę całemu zespołowi UDSK.

    Specjalne wyrazy uznania chciałbym wystosować do poprzedników pani dyrektor i ich zespołów, do osób, z którymi miałem zaszczyt współpracować w szpitalu dziecięcym. Należą się im ogromne podziękowania za to, jak wiele pracy i serca włożyli w rozwój tego szpitala.

     

    Rozmawiał Marcin Tomkiel

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.