• Ostatnia zmiana 31.05.2017 przez Medyk Białostocki

    Nowa dyrektor w szpitalu dziecięcym

    W służbie zdrowia gorzej już chyba być nie może. Może być tylko lepiej, a nadzieję na poprawę sytuacji widzę w sieci szpitali - mówi prof. Anna Wasilewska, nowa dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Białymstoku.

    Profesor Wasilewska ze szpitalem dziecięcym i naszą uczelnią związana jest całe swoje zawodowe życie. Jest absolwentką AMB. Jej pierwsza praca (i jedyna) rozpoczęła się w tym szpitalu. To w nim przeszła wszystkie szczeble swojej kariery. W rankingu na najlepszego naukowca UMB jest pierwsza. Szefuje Klinice Pediatrii i Nefrologii, a na Wydziale Lekarskim jest prodziekanem ds. studenckich.

     

    Wojciech Więcko: Nie od razu zgodziła się Pani objąć stanowisko pełniącej obowiązki dyrektora szpitala, a teraz wygrała Pani konkurs na szefa placówki.

    Prof. Anna Wasilewska, dyrektor szpitala UDSK- Jesienią, jeszcze przed nominacją na stanowisko p.o. dyrektora, kilka razy rozmawiałam o tym z panem rektorem prof. Adamem Krętowskim i za każdym razem mu odmawiałam. Uważałam, że to nie jest stanowisko dla mnie. Po naprawdę długich rozmowach zgodziłam się tylko na bycie p.o. i tylko na cztery miesiące.

    To jak to się stało, że wystartowała Pani w konkursie dyrektorskim?

    - Można powiedzieć, że ta praca mnie wciągnęła. To zupełnie inne wyzwania niż te, z którymi spotykałam się do tej pory. Poza tym rozpoczęłam kilka bardzo poważnych projektów i te sprawy trzeba zwyczajnie skończyć. Do tego pojawiły się nowe pomysły na poprawienie funkcjonowania szpitala, zmieniają się zastępcy dyrektora (dotychczasowi przechodzą na emeryturę) i naprawdę jest bardzo wiele rzeczy do poukładania od nowa.

    Komisja konkursowa bardzo wysoko oceniła Pani pomysł na poprawę funkcjonowania szpitala, zwłaszcza koncepcję dotyczącą możliwości pozyskiwania dodatkowych środków finansowych…

    - Moja główna propozycja dotyczyła poprawy sytuacji finansowej szpitala przy założeniu, że musi wzrosnąć jakość świadczonych usług oraz zarobki pracowników.

    To zestawienie wydaje się niemożliwe do osiągnięcia.

    140 000 pacjentów leczonych w poradniach szpitalnych rocznie

    20 000 pacjentów hospitalizowanych rocznie

    1000 osób pracuje w szpitalu (ok. 600 lekarzy i pielęgniarek)

    352 łóżka dla chorych

    - Sytuacja szpitala nie jest najlepsza i coś musi się wreszcie zmienić. Trzeba tak przeorganizować pracę, żeby te dodatkowe środki się znalazły. Bardzo liczę na to, że uda nam się uruchomić w szpitalu przychodnię rodzinną (POZ), a także że będziemy mogli świadczyć usługi w ramach „świątecznej i nocnej pomocy”. Planujemy też zwiększenie usług z zakresu rehabilitacji, bo sprzęt mamy, tylko nie mamy pełnego kontraktu z NFZ. Może warto będzie wznowić pracę tych poradni, które wcześniej zostały zamknięte. Ostatnio uruchomiliśmy odpłatne badania radiologiczne dla pacjentów. Okazało się, że jest ogromne zapotrzebowanie na badania usg wykonywane przez dziecięcych specjalistów. Liczymy też, że nasz szpital znajdzie się w „sieci”, dzięki czemu to też wpłynie na poprawę naszej sytuacji. Przejęliśmy od szpitala klinicznego dwa oddziały z ul. Żurawiej. Oddaliśmy im nasze dializy, bo tam od kilku lat mieliśmy tylko jednego pacjenta, a to generowało duże koszty. Teraz niejako podnajmujemy usługę hemodializy w nowoczesnej stacji dializ w szpitalu USK.

    Jesteśmy w trudnej sytuacji kadrowej. Brakuje lekarzy do pracy. Jestem w stanie zatrudnić każdego specjalistę. Czy to na etacie, czy w formie dyżurów. Ponadto pracownicy zdecydowanie zasługują na podwyżki.

    Budżet szpitala to wytrzyma?

    - Wynik finansowy szpitala za ubiegły rok był ujemny, jednak nie przekroczył miliona złotych. Obecnie, biorąc pod uwagę potencjalne przychody związane z cesją kontraktów ze szpitala USK oraz zmianami organizacyjnymi, pojawia się pewna szansa na stopniową poprawę sytuacji finansowej pracowników.

    Podwyżki będą w każdej grupie zawodowej?

    - Bardzo bym chciała, żeby zmiany, jakie będą zachodziły w szpitalu, pozytywnie przełożyły się na poprawę sytuacji wszystkich pracowników.

    Obejmując stanowisko musiała się Pani zmierzyć od razu z groźbą odejścia anestezjologów. Domagali się podwyżki. Było realne ryzyko, że przyłączą się kolejne grupy zawodowe. Jak udało się zażegnać konflikt?

    - Oni nie postawili mnie pod ścianą. Rozmawialiśmy. Szpitala nie było stać na spełnienie ich żądań. Przedstawiłam realną sytuację szpitala, jakie mam plany na przyszłość. Zawarliśmy dżentelmeńską umowę, która obowiązuje do końca czerwca i wróciliśmy do pracy. Nie łudzę się, że nagle problemy same się rozwiążą. Musi dojść do zmian systemowych, które umożliwią pozyskanie środków i doprowadzą do sytuacji, że pensja specjalisty będzie przynajmniej taka jak rezydenta, która jak wiadomo do najwyższych nie należy. To nie jest normalna sytuacja, że mistrz zarabia mniej niż jego uczeń. Przecież funkcjonowanie wielospecjalistycznego szpitala klinicznego opiera się na najwyższej klasy specjalistach.  

    A co Pani myśli o reformie związanej z tworzeniem sieci szpitali?

    - Początkowo, kiedy słuchałam samych zapowiedzi, wyglądało to nie najgorzej. Ogólnie wiele osób krytykuje ten pomysł. Ja go nie neguję. Do tej pory w publicznym systemie służby zdrowia niewiele się działo. Doprowadziło to do odchodzenia młodej kadry do szpitali terenowych i wyjazdów do innych krajów europejskich, ze względu na niskie płace oraz znaczne obciążenia pracą. Jeżeli nic się nie zmieni, za kilka lat istnienie placówek specjalistycznych może być zagrożone. Liczę wiec na to, że proponowana reforma to szansa dla takich szpitali, jak nasz. Pewnie łatwiej byłoby przewidzieć, jak zadziała ustawa, gdyby w formie pilotażu w wybranych placówkach, wprowadzono zaproponowane w niej rozwiązania. Obecnie mamy tylko ogólny zarys ustawy, a brakuje szczegółowych wytycznych. Jest tylko propozycja podziału środków, ale informację nie są wystarczające, żeby na tej podstawie zbudować plan finansowy.

    Wróćmy do pomysłu POZ i „nocnej pomocy”. Na ile realnie może to wpłynąć na poprawę finansów szpitala?

    - To może wpłynąć nie tylko na finanse szpitala, ale też poprawić jego funkcjonowanie. W sprawie POZ mam już wszystkie zgody ze strony uczelni i rady społecznej szpitala, by taką przychodnię w szpitalu uruchomić. Pomieszczenia i sprzęt też są gotowe. Personel pomocniczy i pielęgniarki w zasadzie też mogłyby już zacząć pracę. Nie mam tylko lekarzy.

    W szpitalu brakuje lekarzy?

    - W POZ muszą być lekarze zatrudnieni w pełnym wymiarze godzin. Nie może być tak, że ktoś tu będzie wpadał ze szpitala na chwilę. To jest inna specyfika pracy. Tu pacjenci przychodzą do „swojego” lekarza. Będzie to placówka nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych. Szukam internistów, specjalistów medycyny rodzinnej. Rozmawiam nawet z lekarzami z Warszawy. Regułą stało się, że kiedy ustaliliśmy warunki płacowe z przyszłymi pracownikami POZ, w momencie kiedy oni chcieli złożyć wypowiedzenia w swoich dotychczasowych jednostkach, natychmiast proponowano im podwyższenie dotychczasowego wynagrodzenia.  Nie ma co ukrywać, fachowców na rynku brakuje, więc rzecz rozbija się o wysokość pensji. Stawka dla „rodzinnych” na rynku to ok. 6-7 tys. zł.

    W przypadku „nocnej pomocy” wiele zależy od zmieniających się przepisów. Jeżeli będzie ona potraktowana jako opieka skoordynowana i wejdzie do sieci szpitali bez konkursu, to może się okazać, że wystarczającym warunkiem będzie zapewnienie jedynie opieki pediatrycznej.

    Uruchomienie przychodni i „nocnej pomocy” zwyczajnie odciąży nam Szpitalny Oddział Ratunkowy. Teraz funkcjonuje on jako całodobowa przychodnia POZ, poradnia specjalistyczna i punkt zabiegowy w jednym. Z założenia jest to miejsce służące ratowaniu życia, a większość pacjentów przychodzi tu z rzeczami błahymi, jak zmiana opatrunku czy szczepienie. Lekarze starają się nie odsyłać ludzi, a jeżeli zwrócą im uwagę i poinformują o właściwym miejscu udzielania świadczeń coraz częściej są narażeni na awantury i groźby. W efekcie na SOR nikt nie chce pracować. Kto chciałby być narażony na tego rodzaju stres. Lekarze nie ukrywają, że wolą wybrać dyżur w szpitalu powiatowym z uwagi na komfort pracy, a nie tylko ze względu na proponowane stawki. Tam zwyczajnie jest mniej pacjentów i w większości nie są to przypadki trudne. Zresztą każdy skomplikowany przypadek jest odsyłany do nas, albo do szpitala klinicznego w przypadku dorosłych. W UDSK dyżur wygląda tak, że jest to praca na najwyższych obrotach. Tak więc „nocna pomoc” odciążyłaby SOR.

    To może szansa na zrobienie doktoratu w szpitalu może być wabikiem na ściągnięcie tu specjalistów?

    - Tak, to prawda, jednak należy podkreślić, że ta grupa lekarzy prosi o najmniejszy wymiar etatu. Jednak z punktu widzenia szpitala pracownik, który chce pracować tylko przez godzinę dziennie niewiele może pomóc. Prawda jest taka, że dziś młodzi ludzie mają konkretne wymagania. Etos lekarza, pasja… To wszystko jest ważne, ale nie chcą oni pracować charytatywnie. Doskonale zdają sobie sprawę, po jakiej specjalizacji ile będą zarabiać. Dla przykładu podam, że na pediatrii mamy 31 miejsc dla rezydentów, a zgłosiło się tylko dwóch chętnych. Przepisy w przypadku POZ nie wymagają obecności tam pediatry, więc chętnych jest niewielu. A gdyby zmienić ten zapis, to momentalnie odblokowałyby się dziecięce SOR-y, gdyż wielu z małych pacjentów dałoby się kompleksowo zaopatrzyć w przychodniach rodzinnych.

    A jakaś dobra wiadomość?

    - Jeszcze nie teraz, trzeba trochę poczekać.

    To po co Pani było to dyrektorowanie? Wcześniej też w życiu się Pani nie nudziła. Najlepszy naukowiec UMB, kierownik kliniki, prodziekan… Odbierając ostatnio nagrodę dla najlepszego naukowca uczelni stwierdziła Pani, że w przyszłym roku już nie liczy na to wyróżnienie, bo nowe wyzwania związane ze szpitalem są ogromne.

    - Mam na tyle dobrą sytuację, że pracuję w tym szpitalu od zawsze, odkąd skończyłam studia. To są ludzie, z którymi jestem w stanie nawiązać kontakt, rozmawiać.  Nie czuję z ich strony wrogości kierowanej do mnie jako dyrektora. Czuję wsparcie ze strony uczelni. To są te właśnie elementy układanki, które ułożyły się w decyzję, by ubiegać się o stanowisko dyrektora. Sama z siebie nie odważyłabym się zgłosić do tego konkursu.

    Rozmawiał Wojciech Więcko

     

     

    Informacja o szpitalu

    Uniwersytecki Dziecięcy Szpital Kliniczny im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku to największym na Podlasiu ośrodek diagnostyczno–leczniczy dla dzieci i młodzieży. Swoją działalność rozpoczął w 1988r., ale jego budowa trwała przeszło 20 lat.

    W 15 klinikach i oddziałach hospitalizowanych jest rocznie prawie 20 tys. osób (szpital ma 350 łóżek), a w 35 poradniach specjalistycznych leczy się prawie 140 tys. pacjentów. W szpitalu pracuje ok.: 224 lekarzy oraz 381 pielęgniarek.

    UDSK jako jedyny w województwie podlaskim posiada Klinikę Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz znakomicie wyposażoną Klinikę Rehabilitacji Dziecięcej. Jako jedyny szpital w mieście posiada Klinikę Ortopedii i Traumatologii Dziecięcej oraz Klinikę Chirurgii Dziecięcej. Również klinika Pediatrii, Endokrynologii, Diabetologii z Pododdziałem Kardiologii jest jedyna w regionie, która prowadzi leczenie dzieci niskorosłych z wykorzystaniem hormonu wzrostu i rekombinowanego insulinopodobnego czynnika wzrostu.

    Na wyróżnienie zasługuje Poradnia Stomatologii Dziecięcej z Gabinetem Stomatologicznym, która jako jedna z niewielu w regionie świadczy usługi w znieczuleniu ogólnym dla dzieci z orzeczonym stopniem niepełnosprawności.

    W szpitalu działa szkoła, która zapewnia kontynuacje nauki w czasie hospitalizacji dzieci. Do dyspozycji małych pacjentów jest biblioteka szpitalna

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.