• Ostatnia zmiana 28.12.2017 przez Medyk Białostocki

    30 lat in vitro w Polsce. Cichy jubileusz

    W czwartek, 12 listopada 1987 roku w Białymstoku urodziła się Magda - pierwsze w Polsce dziecko z zapłodnienia pozaustrojowego. Zespołem lekarzy, który tego dokonał, kierował prof. Marian Szamatowicz. Ten dzień zmienił świat dla wielu polskich rodziców.

    2010 r.

    Laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny został  Robert G. Edwards, twórca techniki zapłodnienia in vitro. Jej opracowanie pozwoliło leczyć bezpłodność dotykającą około 10 procent par na świecie. Edwards rozpoczął swoje pracę badawcze nad tym zagadnieniem jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku

    Wszystko zaczęło się jednak dwa lata wcześniej - w 1985 roku, kiedy prof. Marian Szamatowicz, ówczesny dyrektor Instytutu Położnictwa i Chorób Kobiecych w Białymstoku, pojechał na sympozjum do Göteborga i tam zobaczył, jak wygląda zapłodnienie in vitro. Wówczas leczenie niepłodności było mocno ograniczone, a lekarze byli w stanie pomóc niewielkiej liczbie pacjentek. Całkowicie bezradni byli też wobec tzw. czynnika męskiego. Przełomowy okazał się rok 1987. We Francji dr Jerzy Radwan poznał nową metodę pobierania komórek jajowych przez pęcherz moczowy, a potem bezpośrednio przez pochwę. Dzięki temu udało się uzyskać odpowiednie doświadczenie oraz właściwą jakość w laboratorium embriologicznym. Wprowadzając ciągłe udoskonalenia, białostockiemu zespołowi dość szybko udało się uzyskać pierwszą ciążę. W tym samym czasie w USA 70 proc. powstających wówczas ośrodków zapłodnienia pozaustrojowego kończyło swoją działalność, nie uzyskując ciąży.

    Skład zespołu: prof. Szamatowicz, prof. Sławomir Wołczyński, prof. Waldemar Kuczyński, prof. Jerzy Radwan, prof. Marek Kulikowski oraz dr Euzebiusz Sola.

     

    Rozmowa z prof. Marianem Szamatowiczem

    Katarzyna Malinowska-Olczyk: 12 listopada minęło 30 lat od narodzin pierwszego w Polsce dziecka z in vitro. Świętował Pan jakoś ten dzień?

    Prof. Marian Szamatowicz, szef zespołu, który doprowadził do narodzin pierwszego w Polsce dziecka z in vitro: - Zadzwoniłem tego dnia do Magdy (kobiety, która właśnie urodziła się 30 lat temu - red.) i złożyłem jej najserdeczniejsze życzenia. I tyle.
    Przez te 30 lat bardzo dużo się zmieniło, jeśli chodzi o medycynę rozrodu. Czy zastanawiał się Pan, jak będzie wyglądać leczenie niepłodności za kolejne 30 lat?

    - Trudno mi przewidzieć, co będzie za 30 lat. Już teraz mamy w miarę dobrze rozpoznane przyczyny niemożności zajścia w ciążę. Lekarze dysponują trzema metodami terapii. Pierwsza to leczenie farmakologiczne możliwe wtedy, kiedy mamy do czynienia np. z zaburzeniami funkcji jajników czy zaburzeniami metabolizmu w ustroju kobiecym. Na tym polu wciąż trwają prace i można się spodziewać, że pojawią się w przyszłości pewne udoskonalenia. Druga metoda - to leczenie zabiegowe, operacyjne. I tu osiągnięto moim zdaniem pewne plateau. Przed wielu laty operowano pacjentki metodami mikrochirurgicznymi przy otwartej jamie brzusznej, teraz mikrochirurgię zastąpiła endoskopia. To samo się wykonuje, tylko mniej traumatyzującymi metodami. Trzecia grupa to techniki rozrodu wspomaganego medycznie. I tutaj nie widzę żadnej alternatywy, by te metody zastąpić. Mówienie, że naprotechnologia zastąpi techniki rozrodu wspomaganego to wierutne kłamstwo.

    Ale wciąż pojawiają się nowe możliwości…

    - To prawda, cały świat pracuje nad udoskonaleniem metod wspomaganego rozrodu. Takim ostatnim spektakularnym sukcesem, było urodzenie dziecka przez kobietę, której wcześniej przeszczepiono macicę. W 2015 rok zespół z Szwecji pochwalił się: na dziewięć przypadków przeszczepów macicy, cztery zakończyły się ciążą i porodem. Tyle że ten zabieg przeszczepienia macicy ma sens, jeśli jednocześnie stosuje się zabieg wspomaganej prokreacji. Wcześniej od takiej kobiety pobiera się komórki jajowe, uzyskane zarodki mrozi i one czekają. W międzyczasie jest zabieg przeszczepu macicy, a po urodzeniu dziecka(dzieci( tę macicę się usuwa. Organizm kobiety, by nie odrzucił przeszczepu, musi otrzymywać cały czas środki immunosupresyjne. Nie ma więc sensu utrzymywać macicy, jeśli urodziło się już dziecko.

    Kolejnym spektakularnym sukcesem było też tzw. dziecko trzech rodziców. Poprzez wymianę mitochondrialnego DNA udało się wyeliminować chorobę genetyczną. Ale jak widzi Pani, choć lekarze pokonują kolejne bariery, nadal wszystko opiera się na in vitro.

    A udoskonalenie samej metody?

    - Jeśli patrzymy na skutki naszego postępowania, oceniając urodzenia dzieci na cykl leczniczy, i jeśli w 25-30 proc. przypadków udaje się, to mówimy, że jest to bardzo dobry efekt („good success rate”), ale w tym samym czasie mamy 70-75 proc. niepowodzeń, tzw. „failure rate”. Kiedy okazuje się, że nie ma tej wyczekiwanej ciąży, to te ok. 70 proc. rodziców doznaje traumy. Wiem, że kolejnym kierunkiem badań jest szukanie sposobu, by można było dać jasną odpowiedź zgłaszającym się niepłodnym parom, jaki będzie rezultat leczenia. Innymi słowy potrzebne są wskaźniki (predykatory), byśmy już na wstępie wiedzieli, czy danej parze możemy pomóc czy nie. A jeśli nie ma szansy na pomoc, nie oferować im leczenia. Niestety obecnie takich predykatorów jeszcze nie ma.

    A problem niepłodności? Za 30 lat zniknie czy może wręcz przeciwnie będzie dotykał jeszcze więcej osób?

    Zabranie tej metody to zabranie szansy na posiadanie potomstwa tysiącom ludzi w Polsce. Ja nie jestem wyedukowany w kwestiach filozofii czy etyki. Ale wiem, że kościół rzymsko-katolicki to nie jest monolit. Są skrzydła bardziej konserwatywne, a po drugiej stronie skrzydła liberalne. I ci drudzy mówią, że w zmieniającym się świecie trzeba dopasować stare doktryny i dogmaty kościelne do zmieniającego się świata

    - Na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń, jestem przekonany, że problem będzie narastał. Nawet niedawno wyraziłem taki pogląd, że może nie za 30 lat, ale w przyszłości ludzkość czeka los dinozaurów. Środowisko nasze jest coraz bardziej zdegradowane i zanieczyszczone. A środowisko ma bardzo negatywny wpływ na rozród człowieka. Jeśli chodzi o niepłodność, w ostatnich latach nie było gwałtownego skoku, tylko stopniowe narastanie problemu. I myślę, że taka tendencja się utrzyma. W 2015 roku została opublikowana praca, w której jest mowa o 186 mln ludzi na całym świecie dotkniętych problemem niepłodności. Co ciekawe, czynnik męski jest teraz czynnikiem dominującym, jeśli chodzi o niepłodność. Ale choć problem dotyka mężczyzn, to również bardzo obciążająco wpływa na kobiety.

    Na te niekorzystne oddziaływanie środowiska bardziej narażeni są mężczyźni?

    - Kiedyś mówiło się, że problem niepłodności dotyka na równi kobiet i mężczyzn. Teraz bardziej ta granica przesuwa się w stronę czynnika męskiego. Wynika to z tego, że męskie jądra są bardzo wrażliwe na działanie czynników zewnętrznych. Są już badania, które wykazują, ze choćby takie, wydawałoby się zwyczajne, trzymanie laptopa przez mężczyzn na kolanach, powoduje przegrzewanie się jąder i prowadzi do pogorszenia jakości nasienia. Są też badania zawodowych kierowców, czy maszynistów. Oni przez to, że wiele godzin spędzają w pozycji siedzącej i mają styczność ze spalinami, mają gorsze parametry nasienia i problemy z płodnością. Świat chce rozwijać przemysł. Tylko że za tym idą skutki uboczne: do powietrza dostają się związki rtęci i inne metale ciężkie. Potem to trafia do żywności. I teraz mamy sytuację, że np. ryby nie są rekomendowane kobietom w ciąży ze względu na obecność metali ciężkich czy związków rtęci. A dieta ma również ma wpływ na płodność.

    Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), by możliwy był naturalny, prawidłowy rozród, w jednym mililitrze nasienia powinno być 15 mln plemników, z czego ponad połowa musi mieć postać ruchomą, a powyżej 4 proc. plemników musi mieć prawidłową budowę. Te standardy ciągle są obniżane. W czasie moich studiów te normy były zupełnie inne: mówiło się o ponad 60 mln na mililitr i ponad 90 proc. postaci ruchomych. Kiedy robiłem pod koniec lat 60. specjalizację, mówiło się już o 40 mln na mililitr i o powyżej 70 proc. postaci ruchomych.

    Co będzie za 30 lat? Uciekniemy od in vitro, bo w Polsce jest taka tendencja…

    - Powtarzam jak papuga: to, co teraz mamy w Polsce, jest wyjątkowe i specyficzne. Na całym świecie metody wspomaganego rozrodu są ulepszane i udoskonalane. W Europie działa Europejskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii (ESHRE), które organizuje coroczne spotkania. Każdego roku przyjeżdża na nie około 10 tys. delegatów z całego świata. Wszyscy tylko z jednym celem, by się dowiedzieć, jak najskuteczniej pomagać niepłodnym parom. A co się dzieje w Polsce? My się zastanawiamy, jak te metody wyeliminować! Świat stosuje się do uniwersalnej deklaracji, która mówi, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. I prawo te może być realizowane w ok. 50 proc. przy wykorzystaniu technik rozrodu wspomaganego medycznie. I jest też wykładnia teologiczna, która mówi, że takiego prawa w ogóle nie ma. Człowiek ma jedynie prawo do prokreacji, czyli prawo do bycia ojcem lub matką, a jak do ciąży nie dochodzi, to trzeba to znosić z pokorą. W Polsce jest to bardzo akcentowane stanowiskiem Episkopatu Polski, który wypowiada się negatywnie o metodach wspomaganego rozrodu uważając je wręcz za zbrodnicze. Co ciekawe, zupełnie inne jest odczucie polskiego społeczeństwa. Jest raport CBOS z 2015 roku (CBOS-BS/96/2015). Wtedy zapytano Polaków, co sądzą o tych metodach leczenia. I co się okazało? Zdecydowanie na tak jest aż 54 proc. i raczej na tak 23 proc. społeczeństwa. Razem 77 proc. Oczywiście opinia sondowanych była skorelowana z częstotliwością praktyk religijnych.

    Boli Pana ta cała sytuacja?

    - Ja już zrobiłem, co miałem zrobić, rozmnażać się też już nie planuję. Uważam jednak, że to, co jest, to działanie przeciwko biednym. Bo bogaci sobie poradzą. Jest instrukcja o szacunku do życia ludzkiego. Mówi ona, że życie ludzkie powstaje ze stosunku płciowego małżeńskiego i małżonkowie są pomocnikami Pana Boga w kreowaniu nowego życia. Bardzo pięknie to brzmi. Ale mnie osobiście bliższe są słowa byłego prezydenta FIGO (Światowej Federacji Ginekologów i Położników) Mahmouda F. Fathalla: On mówi, że kiedy Pan Bóg powiedział: bądźcie owocni, rozmnażajcie i wypełniajcie ziemię, to ludzie, choć nie są zazwyczaj chętni do wypełniania bożych rozkazów, ten rozkaz nie dość, że wzięli do serca, ale też uczynili przyjemnością. Efekt jest taki, że 90 proc. populacji nie ma problemu z poczęciem dzieci. Ale około 10 proc. ma problem i tym nieszczęśnikom trzeba pomóc. Zabranie tej metody to zabranie szansy na posiadanie potomstwa tysiącom ludzi w Polsce. Ja nie jestem wyedukowany w kwestiach filozofii czy etyki. Ale wiem, że kościół rzymsko-katolicki to nie jest monolit. Są skrzydła bardziej konserwatywne, a po drugiej stronie skrzydła liberalne. I ci drudzy mówią, że w zmieniającym się świecie trzeba dopasować stare doktryny i dogmaty kościelne - po prostu dostosować stanowisko kościoła do zmieniającego się świata i jego potrzeb. I w wielu innych krajach, gdzie dominującą religią jest rzymsko-katolicka, nie ma takiego problemu, jak w Polsce, i nie ma takiego radykalizmu. W 2015 roku w Polsce została uchwalona ustawa o leczeniu niepłodności. Jest tam zapis o technikach rozrodu wspomaganego medycznie, o ośrodkach, o warunkach, jakie muszą one spełniać. Po 30 latach od pierwszego in vitro w Polsce mamy prawo, mamy ośrodki leczenia i mamy możliwości. A co robi nowy minister zdrowia? W pierwszej kolejności likwiduje rządowy program leczenia, czym unieszczęśliwia tysiące ludzi. Dzisiaj na ochronę zdrowia wydaje się w Polsce 4,8 proc. PKB (mniej ma tylko Turcja), czyli ok. 75 mld zł. A rządowy program leczenia niepłodności kosztował raptem 260 mln zł przez trzy lata. Decyzja o likwidacji programu ma podłoże racjonalne czy światopoglądowe?

    Rozmawiała Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.