• Ostatnia zmiana 14.06.2019 przez Medyk Białostocki

    Lekarz z Grodna w Białymstoku

    Przedstawiamy trzy historie lekarz z Białorusi, którzy zdecydowali się pracować w Polsce. Chcemy pokazać ich drogę i determinację.

    Dr Aleksander Lebejko, neurochirurg, 20 lat stażu:

    - W 1997 roku skończyłem studia, potem odbyłem staż i następne 20 lat przepracowałem jako neurochirurg. Jeszcze 10 lat temu nie myślałem, żeby gdziekolwiek się przeprowadzać. Dobrze mi się żyło. Zarabiałem może nieco gorzej niż w Polsce, ale warunki do pracy były zupełnie inne. W Grodnie jest duży 60-łóżkowy oddział neurochirurgiczny, robiliśmy tam ponad 1200 operacji rocznie. Byłem tam jedynym nauczycielem akademickim i pełniłem obowiązki koordynatora tego oddziału. Jednak w kolejnych latach zaczęło się zmieniać na gorsze. Wyszło nowe rozporządzenie ministra zdrowia w neuroonkologii, że my w Grodnie nie możemy operować guzów podstawy czaszki, guzów kąta mostowo-móżdżkowego itd., a wszystkie takie przypadki mają być kierowane do Mińska. Tam bowiem w Centrum Onkologii powstał oddział neuroonkologii. Nie mogliśmy też operować tętniaków mózgu, bo nie było sprzętu.

    Około pięciu lat temu pojawiła się myśl, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Brałem pod uwagę różne warianty. Myślałem, czy nie jechać np. do Mińska, gdzie kiedyś robiłem specjalizację? Czy może wybrać Polskę? Jestem Polakiem, dzieci są też Polakami. I myśląc o ich przyszłości wybrałem Polskę. Wiedziałem, że tu będę się rozwijać, bo jest sprzęt, są warunki. Przez ostatnie lata byłem w ścisłym kontakcie z prof. Zenonem Mariakiem, szefem Kliniki Neurochirurgii. Ponadto duża część rodziny mieszka w Polsce. Kiedy już podjąłem decyzję, zacząłem się przygotowywać do egzaminu nostryfikacyjnego. W Grodnie miałem i pracę, i pewną pozycję, więc robiłem to po cichu, tak żeby nikt nie wiedział. Każdego dnia godzinę, dwie poświęcałem na naukę. Było ciężko, bo nie tylko operowałem, ale dodatkowo pracowałem na uniwersytecie, miałem studentów. A na Białorusi nauczyciel akademicki ma do wypracowania 1000 godzin rocznie. W Polsce asystent - 240 godzin. Na pierwszy egzamin nostryfikacyjny wybrałem Katowice. To był 2014 rok. Kiedy przyjechałem na miejsce okazało się jednak, że dokumenty przetłumaczył tłumacz przysięgły języka białoruskiego, który nie był na liście Ministerstwa Sprawiedliwości. I okazało się, że nie mogę przystąpić do egzaminu. A to był ostatni rok, kiedy jeszcze obowiązywała łatwiejsza procedura nostryfikacyjna. Drugi raz do egzaminu przystąpiłem w Warszawie, zabrakło niewiele. Potem w Białymstoku - zabrakło jednego punktu. Szczęśliwa okazała się dopiero Bydgoszcz. Zdałem! Egzamin jest trudny, bo jak się skończyło studia 20 lat wcześniej, to wielu rzeczy się już nie pamięta. Na nostryfikację trzeba patrzeć jak na cały proces przygotowania do LEK-u. Jak przygotujesz się dobrze do tego egzaminu, to później już łatwiej zdać. Egzamin z języka zdałem już wcześniej. I choć znałem język polski, w domu z babcią rozmawiałem po polsku, to było wiele terminów medycznych, których trzeba było się nauczyć. Kiedy w maju 2018 roku zdałem egzamin nostryfikacyjny, mogłem już zwolnić się z Uniwersytetu w Grodnie. Wszyscy byli zdziwieni. Tłumaczyłem, że nie mam warunków do rozwoju zawodowego, nie mam jak iść do przodu. Białystok wybrałem, bo tu jest wysoki poziom neurochirurgii, dobry sprzęt i warunki. Ponadto z Białegostoku jest blisko do domu. Żona jest docentem neurologii i pracuje nadal w Grodnie. Tam są też moje dzieci. Najstarszy syn już pracuje, młodszy ma 12 lat, a córka 4,5 roku.

    W moim przypadku staż podyplomowy trwał tylko 2 miesiące i 2 tygodnie. Okazało się, że staż, jaki odbyłem na Białorusi z chorób wewnętrznych, był bardzo podobny do tego w Polsce. I ministerstwo go skróciło. Przyznam, że nie słyszałem, by ktoś miał podobnie jak ja. Teraz jestem w trakcie uznania specjalizacji. Mam już decyzję - moja specjalizacja zostanie uznana pod warunkiem, że odbędę miesięczny staż uzupełniający. Potem będę mógł samodzielnie pracować. Ja mam duże doświadczenie i wiedzę: operacji podstaw czaszki, kręgosłupa wykonałem około 4 tysięcy. Mimo to, póki co samodzielnie nie mogę jeszcze w Polsce operować. To co mnie w Polsce zaskoczyło, to nie jakieś różnice w leczeniu, a raczej to, że jest problem z rehabilitacją. U nas pacjent na stacjonarną rehabilitację trafia od razu po operacji. Dzwoni się i za dzień-dwa jest miejsce. Zdziwiłem się, że w tak nowoczesnym szpitalu nie ma takiego oddziału.

     

    Oleg Karpowicz, anestezjolog, lekarz od 20 lat:

    - Zawsze chciałem był lekarzem, to szlachetny zawód. Ale to było kiedyś. Dziś wielu lekarzy, ale też osób z zawodów medycznych, wyjeżdża z Białorusi. Powody są dwa: niskie pensje i upadający prestiż zawodu. To wszystko przekłada się na coraz gorszą atmosferę w pracy.

    Pensje? Jeszcze niedawno lekarz zarabiał w przeliczeniu ponad 4 tys. zł miesięcznie i to było naprawdę niezłe wynagrodzenie. Sęk w tym, że sytuacja ekonomiczna w kraju jest coraz trudniejsza. Rosną koszty życia, ceny w sklepach, a pensje nie. Obecnie, żeby zarobić trochę ponad 3 tys. zł trzeba pracować na półtora albo dwa etaty. Pielęgniarka też ma ciężko - 1,2 tys. zł i też musi przepracować ok. 250 godz. Znika prestiż zawodu, rosną wymagania. Zwłaszcza w sferze odpowiedzialności za błąd w leczeniu. Jeżeli dołożyć do tego fakt, że moja emerytura może wynosić 150 dolarów, to naprawdę nie ma nad czym się zastanawiać.

    Najpopularniejsze kierunki do wyjazdu to: Rosja, Niemcy, Litwa, Polska i kraje Bliskiego Wschodu. W Rosji jest najprościej. Nie ma bariery językowej, nie jest potrzebna wiza, a formalności sprowadzają się do wizyty w miejscowej izbie lekarskiej. W zasadzie od razu można zacząć pracować.

    Więcej zarabia się na Litwie. Nasz białoruski dyplom jest równoważny z dyplomem litewskim. Trzeba tylko na stażu zaliczyć różnice w programach nauczania. To zajmuje zwykle kilka miesięcy. Potem dostaje się zaświadczenie, że jesteś lekarzem ogólnym. Nie ma egzaminu nostryfikacyjnego, jest trudny egzamin językowy. Potem jest roczna specjalizacja, która kończy się egzaminem ustnym. Problem w tym, że dla obcokrajowców (bez prawa pobytu) staż specjalizacyjny jest płatny. Trzeba wyłożyć na niego po 1,2 tys. euro miesięcznie. Dla lekarza z Białorusi to abstrakcyjne kwoty.

    Ja wybrałem Białystok, bo jest blisko Grodna. Język znam. Mam znajomych, którzy przede mną zaczęli się starać o pracę w Polsce. Czasami tylko na granicy trzeba czekać 3-4 godziny. Dlatego na weekendy wracam do domu.

    Najtrudniejszy jest egzamin nostryfikacyjny. Można go zdawać w jednej z ośmiu uczelni medycznych w kraju. Jest bardzo trudny i bardzo drogi (2,5-4 tys. zł). Ja zdawałem w Białymstoku i udało mi się dopiero w poprawce. Zdało nas wtedy ok. 10 proc. Rozwiązywałem test wielokrotnego wyboru. 150 pytań i trzy godziny czasu. Zadania są trudne i wymagana jest bardzo szczegółowa wiedza. Potem zaczyna się staż podyplomowy, taki sam jak robią polscy studenci po zakończeniu studiów. Z tym że mogę wystąpić do ministerstwa o uznanie mojego doświadczenia zawodowego i jego skrócenie. Po stażu czeka mnie egzamin LEK, egzamin językowy oraz staż specjalistyczny. Też mogę starać się o jego skrócenie. W wersji optymistycznej, kiedy wszystko się uda szybko zaliczyć, od nostryfikacji do otrzymania prawa do wykonywania zawodu lekarza specjalisty, minie nie mniej niż półtora roku. Realniej patrząc dwa lata, może trochę więcej. Nie liczę czasu potrzebnego na przygotowania do nostryfikacji (niektórzy podchodzą do egzaminu nawet 5 razy), czy zebrania oszczędności na sfinansowanie całej procedury i kosztów utrzymania w nowym miejscu. Jako stażysta zarabiam 2,3 tys. zł brutto miesięcznie. To musi wystarczyć na życie w Białymstoku, a mam też rodzinę w Grodnie. Dlatego kiedy mam wolne, wracam na Białoruś i biorę dyżury w szpitalach. Mam kolegów, którzy zanim podejdą do nostryfikacji, najpierw pracują tu na budowach czy w zakładach produkcyjnych, żeby odłożyć pieniądze.

    W zmianę miejsca pracy inwestuje się tak duże pieniądze i tak dużo czasu, że to jest droga w jedną stronę. Jestem bardzo zdeterminowany, żeby móc pracować w Polsce. Dużo rozmawiałem z kolegami, którzy mają już zakończone wszystkie procedury. Też się bali. Teraz sobie jednak nie wyobrażają innego życia. Ściągnęli rodziny do siebie. Bliscy bez problemu znaleźli pracę, a dzieciaki świetnie zaaklimatyzowały się szkołach. Wielu z nich już na Białoruś więcej nie wróciła.

    Na Białorusi też brakuje lekarzy. Co raz więcej absolwentów uczelni medycznych wyjeżdża od razu po „odrobieniu” studiów (po zakończeniu nauki studenci medycyny mają obowiązek odpracować studia w białoruskich placówkach medycznych po studiach; dwa lata – jeśli sami dostali się na medycynę i pięć lat – jeśli dostali tam skierowanie).

     

    Dr Maksim Wieliczko, chirurg:

    - Osiem lat pracowałem jako chirurg w Mińsku. Dlaczego zdecydowałem się przenieść do Polski? Tu są lepsze warunki pracy i lepsze zarobki. To zadecydowało. Białoruś nie jest bogatym państwem i lekarze, wcale nie są dobrze opłacani. Ponadto brakuje szacunku.

    Najpierw nostryfikowałem dyplom w Katowicach. Zdałem za pierwszym razem. Potem niezbędnym warunkiem był egzamin z języka polskiego w Naczelnej Izbie Lekarskiej. I mając zdane te dwie rzeczy, mogłem rozpocząć staż podyplomowy. I musiałem przejść taką samą drogę jak lekarze w Polsce po ukończeniu studiów. Trzeba zdać LEK, mi się to udało dopiero za drugim razem. Trudność z LEK i nostryfikacją jest taka, że oba egzaminy zawierają głównie ogólne pytania. Jak się kilka lat popracuje w zawodzie, np. tak jak ja w chirurgii, to te ogólne pytania ze wszystkich dziedzin medycyny się zapomina. Trzeba się tego uczyć od nowa. To ciekawe, ale czasochłonne. Od decyzji o przenosinach do otrzymania prawa wykonywania zawodu w moim przypadku minęło 2,5 roku. Na pewno było mi łatwiej, że miałem Kartę Polaka - mój dziadek był Polakiem. To też znacznie ułatwiło mi legalizację pobytu. Po odbyciu stażu złożyłem dokumenty do CMKP o uznanie specjalizacji nabytej poza UE. Po rozpatrzeniu komisja uznała, że mam odbyć 2-letni staż uzupełniający (normalnie rezydentura trwa 6 lat). Ja jednak spełniłem wszystkie kryteria. Przetłumaczyłem na polski wszystkie kursy, szkolenia, miałem specjalizację. To pomogło. Jak przyjechałem do Polski miałem jedną cienką teczkę dokumentów, teraz dokumentacje przechowuje w walizce.

    Nie żałuje swojej decyzji. W Polsce jest lepiej. Ściągnąłem tu już swoją rodzinę. Najstarsza córka chodzi do 3 klasy, młodsza do przedszkola. I wszyscy jesteśmy zadowoleni. Żona jest też lekarzem-laryngologiem. Teraz w każdej wolnej chwili czyta Szczeklika, bo chce nostryfikować dyplom. Jej, jako kobiecie, jest trudniej, bo ma dzieci. Dlaczego wybrałem Białystok? Jak przyjechałem na staż, a żona wtedy została w Mińsku, to wybierałem miasto żeby było najbliżej granicy, żeby można było na weekendy wracać do domu. Po pół roku zabrałem rodzinę.

    Nie widzę różnicy w sposobie operowania w Polsce i na Białorusi. To dla mnie nie było problemem. Oczywiście w jednym miejscu więcej operuje się laparoskopowo, w innym stosuje się chirurgię otwartą. Ale to nie problem. Jedynym problemem na początku była bariera językowa. W moim domu nie mówiłem po polsku. Musiałem nauczyć się czytać i pisać. A egzamin z języka jest trudny. Polskiego uczyłem się sam z książek, słuchałem radia, oglądałem telewizję. Ale jeżeli człowiek czegoś bardzo chce, to pokona wszystkie trudności, by osiągnąć cel. 

    Not. km, bdc

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.