• Ostatnia zmiana 22.02.2019 przez Medyk Białostocki

    Jak się leczy w Japonii

    Polskę i Japonię dzieli nie tylko ogromna odległość, ale też ogromne różnice kulturowe. Choćby to, że przed wejściem do gabinetu lekarskiego trzeba zdjąć buty, a do lekarza mówi się mistrzu, a nie doktorze. Japońską medycynę podglądał dr hab. Paweł Knapp.

    Katarzyna Malinowska-Olczyk: Teraz są na tzw. topie wyjazdy kadry menedżerskiej działającej w służbie zdrowia do Japonii. Tam dyrektorzy szpitali i przychodni mogą na własne oczy zobaczyć, jak jest zorganizowana japońska służba zdrowia. Czy faktycznie wygląda ona zupełnie inaczej niż w Polsce?

    Dr hab. Paweł Knapp, szef Pododdziału Ginekologii Onkologicznej i Chemioterapii USK: - Rzeczywiście organizacja życia społeczeństwa jest w Japonii doprowadzona do perfekcji. Żeby zrozumieć ten kraj, trzeba zrozumieć mentalność Japończyków. Są oni od dzieciństwa przygotowywani do bardzo ciężkiej pracy. Ta codzienna perfekcja przekłada się też na organizację pracy szpitala. Kiedy pacjent przychodzi do szpitala, nie może czekać. Jeżeli w mieście żyje kilka milionów ludzi, a szpitali jest kilka-kilkanaście to jedynym sposobem, by to zorganizować - jest perfekcja w każdym detalu. Proszę pamiętać, że na wszystkich wyspach (o łącznej powierzchni nieco większej od Polski ) żyje 127 mln ludzi, a u nas 37 mln. To różnica 100 mln ludzi, która winna otrzymać podstawową opiekę medyczną. Sytuacja taka wymusza więc perfekcyjną organizację. Szpital wygląda jak hala, w której składa się samochody. Nie widać ludzi, wszystko obsługują komputery, na ekranach wyświetlają się komunikaty. Jeszcze przed przyjściem do szpitala pacjent na maila dostaje informację, o której ma się zgłosić i gdzie. I jak ma wyznaczoną godzinę przyjęcia na 8:32, to nie może być przyjęty o żadnej innej godzinie, nie ma mowy choćby o jakimś nawet 5-minutowym spóźnieniu. Jest to tak wszystko poukładane, że przyjęcie do szpitala - na oddział - trwa około 3 minuty, a do 7 minut, jeżeli pacjent wymaga jakiejś dodatkowej procedury organizacyjno-medycznej. Każdy w Japonii ma swoją funkcję - czy to w życiu codziennym, czy w szpitalu. System organizacji pracy absolutnie nie jest podobny do naszego, że jedna osoba odpowiada za przyjęcie, wypełnienie druków, dokumentów, zebranie wywiadu itd. Tam jedna osoba odpowiada za wydanie druku A, druga za wydanie druku B, a trzecia druku C. Praca tam jest zorganizowana do perfekcji, np. jeżdżą roboty, które dostarczają śniadanie, obiad czy kolację na oddział. Osoba wyglądająca jak kelner z bardzo dobrej restauracji te posiłki roznosi. Za każdym razem stosowny ukłon do pacjenta… Kult pracy, a w zasadzie obserwowana tytaniczność jest trudna do zaakceptowania dla Europejczyka. Tak jak powiedziałem - organizacja pracy jest fenomenalna, więc wcale mnie nie dziwią te wyjazdy, by poznać, jak pracują japońskie szpitale.

    W jakim szpitalu był Pan?

    - Byłem w szpitalu uniwersyteckim w Kioto na oddziale ginekologicznym. I to, co zszokowało mnie już 12 lat temu i dalej mnie szokuje, to sposób operowania. Ja, przynajmniej tak mi się wydaje, chirurgię otwartej jamy brzusznej opanowałem całkiem nieźle. Byłem u prof. Masaki Mandai. I to co ja potrafię zrobić przy tzw. „otwartym” brzuchu, on to potrafi zrobić laparoskopowo! A mówię o zaawansowanej chirurgii w raku jajnika. Choć operacja trwa długo, to jej efekt jest niesamowity. Profesor każdego dnia oprócz niedziel pracę zaczyna o godzinie 6 rano, kończy o godz. 1-2 w nocy - standard. To jest japoński sposób życia.

    Z drugiej strony nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych Polakom wyjeżdżającym do Japonii radzi, że jeżeli zachorują, mają zgłosić się do wyznaczonego szpitala w Tokio, bo w pozostałych po prostu nie porozumieją się po angielsku. Czy to możliwe w tak technologicznie rozwiniętym kraju, że nie mówi się po angielsku?

    - To prawda, Japończycy nie mówią po angielsku. Przypuszczam, że w tym tokijskim szpitalu większość pracującego tam personelu to obcokrajowcy. Kiedy bowiem zapytasz na ulicy mężczyznę wyglądającego na biznesmena, prawdopodobnie prowadzącego rozległe interesy w świecie, to okaże się, że mówi tylko po japońsku. W Japonii trudno porozumieć się po angielsku na ulicy czy w restauracji. W szpitalu mówi tylko niewielka garstka personelu medycznego. W restauracji każde menu jest po japońsku. Można poprosić co prawda o angielskojęzyczną kartę dań, ale ona różni się od tej japońskiej tylko tym, że ma więcej zdjęć. Japonia to bardzo mocno zamknięta społeczność. Spotkałem tam młoda przewodniczkę, 28-letnią dziewczynę, Polkę. Po ukończeniu japonistyki wyjechała do Japonii, tam wyszła za mąż. I, jak mówi, po pięciu latach nie do końca jest akceptowana przez rodzinę jej męża. Cały czas czuje dystans.

    To prawda, że do lekarza pacjenci zwracają się sensai, czyli mistrzu? A do gabinetu wchodzi się bez butów?

    - To wszystko prawda. Gabinet jest pewnego rodzaju świątynią. Tak więc wchodząc do gabinetu trzeba np. zdjąć buty. Podobnie jest w pokoju hotelowym: na każdego gościa czekają dwie pary kapci - jedne do chodzenia po pokoju, a drugie do wchodzenia do toalety. Za każdym razem, kiedy byłem w różnych hotelach, grzecznie, aczkolwiek stanowczo, proszono mnie o przestrzeganie tych zasad. Co ciekawe, we współczesnej Japonii istnieje swoisty dualizm całkowitego zaufania do współczesnej medycyny i mocno zakorzeniona, funkcjonująca tzw. medycyna tradycyjna. Znaleziony został pewien magiczny wręcz balans między zaleceniami lekarza, tym, że np. należy wykonać badanie rezonansu magnetycznego, a następnie ten sam pacjent idzie na targ, aby kupić leczniczy korzeń czy zioła, gdyż pomogą ona dobrze przygotować się do zabiegu. Zalecenia takie wydają nawet największe sławy medyczne. Japończykom niezmiernie zależy, aby wciąż zachowany był wspomniany balans pomiędzy starą medycyna japońską, a tą wręcz ultranowoczesną.  My w Europie bardzo mocno jesteśmy przywiązani do „chemii” - mam tu na myśli stosowane tabletki, nadużywamy antybiotyków. Tego nie obserwujemy w Japonii. Tam podanie antybiotyku musi wynikać ze wspólnej decyzji dwóch, trzech lekarzy. Jest to zupełnie inny świat postrzegania zasad leczenia.

    A jak tę „funkcyjność” widać w innych dziedzinach życia?

    - Weźmy na przykład taki superszybki pociąg „Shinkansen”. Ma on przeciętnie do 15 wagonów, a do każdego wchodzi około 50-60 osób. Taki pociąg jest sprzątany 7,5 minuty - wygląda jakby dopiero wyjechał z fabryki. Nie może to trwać dłużej, gdyż byłoby to swoiste okazanie braku szacunku dla oczekujących osób podróżujących, dla której ta usługa jest świadczona.  Byłby to przede wszystkim brak szacunku dla wykonywanej pracy. Wiem, że trudno to zrozumieć. Wszędzie jest niesamowicie czysto. W szpitalu nie można palić papierosów, nie można ich palić zresztą nigdzie na ulicy (bardzo wysokie kary finansowe). Za to, rzecz ciekawa, można palić w restauracjach. Europejczyk nigdy nie założy nieswoich ubrań. A tam w każdym pokoju hotelowym jest przygotowana czysta bielizna do spania -  koszula nocna. Podkreślam, wszędzie jest wprost sterylnie czysto. Przez godzinę spacerując po Tokio nie znalazłem żadnego papierka. Co ciekawe na ulicach nie ma koszy na śmieci. Po prostu każdy Japończyk swoje śmieci zabiera ze sobą do domu, a potem wyrzuca do specjalnych koszy służących do segregacji śmieci.

    A wracając do „branżowych tematów medycznych”. Słyszałam, że u ginekologa nad fotelem jest zasłonka. Podczas badania lekarz widzi tylko pacjentkę od pasa w dół…

    - To prawda. Generalnie Japonki są bardzo wstydliwe w stosunku do nie-Japończyków. Kontynuując „tematy branżowe”, jeśli chodzi o seksualność całej Japonii, jest ona zupełnie inna niż Europejczyków. Japończycy mają bardzo ekstrawagancką fantazję erotyczną. Choć prostytucja jest nielegalna, trudno to zrozumieć, ogólnodostępne są tzw. hotele miłości, w których pokoje wynajmuje się na godziny celem tzw. „relaksu”. Przemysł erotyczny jest rozwinięty na bardzo wysokim poziomie. Na ulicach są automaty z używaną damską bielizną, Datch waifu - czyli lalki-manekiny doskonałe technologicznie roboty, które dla wielu Japończyków mają zastępować partnerów życiowych, są kawiarnie w dosłownym tłumaczeniu „bez majtek”, gdzie kelnerki mają krótkie spódniczki, a nie noszą bielizny. Długo można by wymieniać różne „branżowe ciekawostki”… Jak widać to kraj, który może szokować, dziwić, ale przede wszystkim stanowi niesamowite źródło inspiracji i fascynacji.

     

    Rozmawiała Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.