• Ostatnia zmiana 23.12.2013 przez Medyk Białostocki

    Lekarz na fali - wspomnienia lekarza okrętowego

    Kiedy pływałem na Finwal, Amerykanie na swoim szelfie kontynentalnym bardzo wzmogli w tym czasie obserwacje statków, które poławiały ryby - pisze w kolejnym odcinku dr JErzy Brykalski, lekarz okrętowy, absolwent UMB

    Trzeba dodać, że statki obcych bander zbliżały się w tamtych latach do 12 mil od brzegu zupełnie legalnie. Nie było wówczas pasa 200 mil morskich zwanego wodami ekonomicznymi danego państwa. Dla rybołówstwa były to czasy znakomite.

    Ale Amerykanie „pod swoim nosem” nie mogli dłużej znosić niechcianego towarzystwa gromady statków, które tam przepływały, nawigowały i zakłócały eter. Podejrzewali, że zaśmiecają środowisko, utrudniają żeglugę, poruszają się nie zawsze zgodnie z konwencją, łowią nie zawsze to, co powinny, oraz stosują sieci o innych niż wyznaczone wymiarach oczka. Poza tym podejrzewali, że obce statki przeprowadzały połowy nie w toni, lecz tzw. metodą denną. Przy tej metodzie można wybierać skorupiaki, takie jak homary, i niszczyć środowisko flory i fauny morskiej. Amerykanie mieli obawy, że niektóre statki wpływają na zabronione akweny i łowią w niedozwolonym czasie.

    Nasi nawigatorzy na MT Finwal postępowali uczciwie, ale mimo to któregoś letniego dnia zostali oskarżeni przez załogę amerykańskiego kutra o pływanie i dokonanie połowu w zakazanym akwenie. Kuter ten powiadomił służby ochrony wybrzeża USA, że jakoby nasz statek kradnie rybę będącą własnością Stanów Zjednoczonych. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Na łowisko przybyły dwa okręty Coast Guard i helikopter. Dowódca grupy operacyjnej zawiadomił kapitana, że nasz statek jest aresztowany. Po lewej i po prawej  burcie jednostki pojawiły się uzbrojone okręty, a nad statkiem stale krążył helikopter. Na pokład weszli amerykańscy marynarze, w specjalnych ochronnych ubraniach i w kamizelkach ratunkowych. Przybyli, by przeszukać statek: skontrolować ładownie i wszystkie pozostałe pomieszczenia, sprawdzić dzienniki, także te z połowów. Bardzo nas zaskoczyło urządzenie, jakie mieli do łączności z dowódcą, który był na okręcie amerykańskim. Było wielkości obecnego kalkulatora. Dziwiło nas, że fale elektromagnetyczne przechodziły przez kadłub statku, nawet wtedy, gdy rozmawiający był w ładowni.

    Po kontroli nasz kapitan Jerzy Tobiański został poproszony do dowódcy Coast Guard na jego okręt. Miał udowodnić, że załoga nie przekroczyła przepisów, a połowy były prowadzone zgodnie z prawem tj. na wodach międzynarodowych. Po rozmowie i wyjaśnieniach, dowódca Coast Guard wycofał się z oskarżeń i przeprosił kapitana. A kapitan przeprosiny przyjął. Poza tym wprawił w zdumienie Amerykanów doskonałą znajomością angielskiego, niemieckiego i jeszcze czterech innych języków. Największe jednak wrażenie zrobił wtedy, kiedy zaczął z pamięci recytować po angielsku wiersze Henry’ego Longfellowa (poety zwanego „królem poezji amerykańskiej” - red.). W dowód uznania otrzymał dzieła Szekspira, które były w biblioteczce na statku Coast Guard, oraz - na znak przyjaźni - czapkę kapitańską amerykańskiego dowódcy. Tak ubrany i „bogaty w kulturę”, tj. w książki, ku naszej radości powrócił na statek.  Załoga MT Finwal poczuła się dumna, że ma tak wykształconego i inteligentnego dowódcę.

    Pomoc pod obcą banderą

    Nie było to jedyne moje spotkanie z Coast Guard. Przyszło mi się z nimi spotkać w zupełnie innych okolicznościach. Któregoś wieczoru na Georges Bank zostałem wezwany w trybie pilnym na pokład francuskiego statku, do ciężko chorego marynarza. Oba statki stały burta w burtę, blisko obok siebie i były połączone cumami. Trap był zawieszony na śródokręciach obu statków i zabezpieczony od dołu siatką ochronną. Tak więc przejście nie budziło obaw. Wiedziałem, że stan marynarza jest poważny. Informował o tym przez radio kapitan francuskiego statku. Towarzyszył mi ochmistrz MT Finwal mgr Józef Borawski. Gdy dotarliśmy do kabiny chorego, zobaczyliśmy leżącego na koi około 40-letniego mężczyznę, mocnej budowy ciała. Był blady, miał cierpiący wyraz twarzy, półprzytomny, tak że nie udało mi się zebrać wywiadu. Nieco informacji o pacjencie przekazał mi kapitan francuskiej jednostki. Powiedział, że człowiek ten już od kilku dni cierpi na bóle brzucha, a od pół godziny wymiotuje treścią pokarmową z zawartością krwi. Na dowód pokazał stojącą na podłodze obok koi miskę, w której było około dwóch litrów płynu barwy fusowato-krwistej. Zbadałem pacjenta. Ciśnienie tętnicze miał niskie, słabo oznaczalne. Rozpoznałem krwawiący wrzód żołądka.

    Poprosiłem francuskiego kapitana, aby szybko wezwał na ratunek helikopter z lądu, i żeby zaznaczył, że konieczna jest asysta lekarza. W międzyczasie zacząłem podawać leki ratujące życie i stosować wlewy płynów krwiozastępczych. Zapadał letni zmrok. Nadeszła noc i zaczął padać deszcz. Helikopter nie mógł przylecieć. Nasz kapitan Jerzy Tobiański  postanowił więc wezwać szybką pomoc poprzez Coast Guard. Ze względu na porę i deszcz, a także na dużą odległość od lądu, Amerykanie zdecydowali się wysłać szybki kuter patrolowy Point Bonita 82347 z dwuosobową załogą. Kuter przybył po chorego po trzech godzinach. Stan mężczyzny nadal był poważny, był wykrwawiony, cały czas otrzymywał kroplówki i leki przeciwwstrząsowe.

    Przetransportowano go na ścigacz przy pomocy dźwigów, ułożonego na paletach. Ja przedostałem się na Point Bonita, czołgając się po grubej desce wysuniętej od strony naszego statku. Po przeczołganiu się, musiałem wykonać skok z paru metrów na pokład ścigacza. Nie było to łatwe, bo padał deszcz i wszystko było śliskie. Na szczęście się udało, zeskok zakończył się dobrze, wstałem z pokładu i przez właz od strony rufy wszedłem do środka. Leżał już tam mój pacjent. Dalej podawałem mu niezbędne leki dożylne i kroplówkę. Oprócz mnie na kutrze był tylko kapitan i mechanik. Do brzegu dotarliśmy wczesnym rankiem, potem samochodem policyjnym przewieźliśmy chorego do szpitala w Falmouth i przekazaliśmy w ręce chirurgów. Po zakończeniu akcji ratowniczej zaproszono mnie do biura Coast Guard na kawę. Potem tym samym ścigaczem odtransportowano mnie na łowisko. Ta akcja kosztowała mnie wiele nerwów.

    Plama na oceanie

    Na rozlewisku Georges Bank, które było miejscem połowowym całej światowej floty dalekomorskiej byli Polacy, Rosjanie, Portugalczycy, Niemcy „oswojeni” z NRD, i „nieoswojeni” z RFN, Japończycy i inni. Łowiono najwięcej śledzia, makreli i kalmarów. Ryba przemieszała się z planktonem. Statki zmierzały po izobatach, czyli takim kursem, gdzie zarys dna morskiego był na tej samej głębokości. Bywało tak, że ławice ryb były w ograniczonym akwenie morskim, co powodowało ogromne zagęszczenie statków. Wszystkie statki łowiły za pomocą echosond - urządzenia wykorzystującego ultradźwięki do rejestracji ławic ryb. Z wzoru zapisu na papierze można było określić rodzaj ryby, np. śledzia, dorsza czy innego gatunku. Każdy statek wyposażony był przynajmniej w dwa radary, które były pomocne przy żegludze szczególnie w nocy i we mgle. Czasami na łowisku były dwie lub trzy setki statków różnych bander. Stwarzało to niebezpieczeństwo kolizji i jednocześnie zagrożenie dla środowiska morskiego. Do wody trafiały niespalone odpadki i inne zanieczyszczenia. Warunki ekologiczne stale pogarszały się. Zdarzali się na tyle nierozważni, wręcz bezmyślni kapitanowie, którzy dopuszczali do płukania tanków (zbiorników paliwa) na pełnym morzu.

    Pewnego letniego, słonecznego dnia, płynęliśmy na wypoczynek i po zaopatrzenie do Nowego Jorku. W odległości około 50 mil od brzegu znaleźliśmy się na rozlewisku ropy. Powierzchnia wody była wówczas spokojna jak na stawie. Pamiętam, staliśmy na pokładzie pelengowym i w którąkolwiek stronę się obróciliśmy, wszędzie, aż po horyzont, widzieliśmy plamy ropy. Olej mineralny, gdy rozleje się cieniutką warstwą na powierzchni wody, w słońcu mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Przez dwie godziny płynęliśmy przez to tłuste rozlewisko. W środowisku, które zniszczył człowiek.

     

    Dr Jerzy Brykalski

    Absolwent AMB, od 1974 r. lekarz okrętowy, na statkach dwukrotnie okrążył ziemię

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.