• Ostatnia zmiana 27.04.2013 przez Medyk Białostocki

    Od kołtuna do raka

    Temat kołtuna obejmuje co najmniej kilkadziesiąt chorób i dolegliwości, a powiązania między nimi słusznie uznano przed laty za istny węzeł gordyjski. Fascynujące, że na Podlasiu - jak dowodzą badania wśród szeptuch - przetrwał on do dziś w postaci kompleksu przekonań, jakim jest syndrom nerw-kołtun.

    W tym artykule zajmę się jedynie kołtunem. W medycynie opatrzono go nawet łacińską nazwą Plica polonica. Natomiast w ramach etnologii opisano go jako kompleks gościec-kołtun.

    Więcej o szeptuchach

    Kołtunna terenach całej Europy występował dość powszechnie przez długie epoki, ale w XIX w. był już coraz rzadszy. Na Zachodzie odchodził w niepamięć znacznie szybciej. Ostatni spór uczonych dotyczył jego ostatecznego zaniku. Pod koniec tamtego stulecia jedni z ulgą stwierdzali, że na naszych terenach niemal przeszedł już do historii. Inni donosili, że na Podlasiu wciąż jest powszechny. Władysław Kopaliński zanotował, iż „w pewnych odległych zakątkach kraju” kołtun przetrwał do początków XX w. Etnografowie wciąż jeszcze natykali się na niego w połowie ubiegłego wieku. W 2012 r., pół godziny jazdy samochodem od Białegostoku, miałam szczęście oglądać na głowie dwa najprawdziwsze kołtuny z włosów.

    Szeptuchy za najistotniejsze objawy tej choroby ludowej uważają paraliże, guzy i bóle o zmiennym umiejscowieniu. Bóle dotyczą szczególnie głowy, kości i brzucha. Natomiast charakterystyczne zbijanie się włosów na głowie współcześnie obserwuje się rzadko. Co ciekawe, dawniej też nie było ono nieodłącznym symptomem przebytej choroby. Za inne typowe objawy uznawano wtedy miejscowe obrzęki, różnego rodzaju rany i zmiany skórne, szczególnie gdy pojawiały się w nich robaki i włosy.

    Współczesny syndrom nerw-kołtun ma zdaniem szeptuch dwojaką etiologię. Przede wszystkim może być efektem stresu, a także swoistym powikłaniem przestrachu. Ten z kolei jest skutkiem silnych przeżyć. Już ponad sto lat temu na wschodzie Polski przyczynę kołtuna opisywano podobnie, a było nią jakiekolwiek silne wstrząśnienie. Nim się pozna istotę mechanizmu chorobotwórczego, można być zaskoczonym, odkrywając zestaw czynników wywołujących owo wstrząśnienie. Zaliczano do nich działanie kogoś lub czegoś, a w tym ujrzenie drażniącego koloru, poczucie odoru, spożycie lub wypicie jakiegoś paskudztwa i tym podobne wzdrygające drobnostki.

    Drugi rodzaj etiologii wciąż nawiązuje dziś do przeziębienia i wiatru, o którym opowiadałam w zeszłym miesiącu. Od wieków zwracano uwagę na to, że chory noszący kołtun powinien unikać zimna, a także wilgoci i wody. Jego dolegliwości nasilały się przed i podczas deszczu, a nieokrywanie głowy przy wychodzeniu na zewnątrz mogło doprowadzić wprost do tragedii. Przecież wiatr wiązano też z siłami zła. Za główne przyczyny choroby kołtunowej uważano właśnie działalność diabła, czary wiedźmy, klątwy, a nawet różne pozornie błahe, nie intencjonalne zdarzenia kojarzone z zaświatami. Obecnie te magiczne wątki raczej już wygasają.

    Jaki mechanizm wiąże tu przyczyny i objawy? Wiele wyjaśniają dawne opisy. Szeroka gama wspomnianych czynników chorobotwórczych doskwiera nie tyle organizmowi chorego, co pewnemu stworzeniu w jego wnętrzu. Chodzi o żyjątko naturalnie bytujące w ciele każdego człowieka. Przymilnie nazywano je niegdyś gościem lub gośćcem. Do pewnego stopnia gościec był synonimem choroby w ogóle albo też określeniem grupy nieco zawężonej do dziesiątek chorób reumatycznych. Dziś stał się potocznym określeniem kojarzonym głównie z reumatoidalnym zapaleniem stawów.

    Będąc w stanie równowagi to nasze wewnętrzne żyjątko nie czyni gospodarzowi żadnej szkody, jest neutralne. Niestety jest też bardzo delikatne, wrażliwe i łatwo je „wzburzyć”, „zruszyć”, czy też „ruszyć”. Zależnie od indywidualnych preferencji wielu rzeczy może „nie lubić”. Wówczas przekształca się z neutralnego w bardzo szkodliwe. Spłoszone zaczyna „chodzić po ciele” w poszukiwaniu drogi ucieczki. To dlatego w różnych częściach ciała pojawiają się podobne dolegliwości. Na nieszczęście chorego raz pobudzone do aktywności żyjątko staje się jeszcze bardziej drażliwe. Obchodzenie się z nim wymaga wówczas ogromnej delikatności, a w żadnym wypadku pośpiechu. Trzeba wtedy bardzo ostrożnie dobierać czas, miejsce, ilość oraz rodzaj stosowanych środków i metod. Niewłaściwe postępowanie oznacza dalsze podrażnianie i jeszcze szybsze dojrzewanie. Najważniejsze, by nie dopuścić do ostatecznego dojrzenia tego stworzenia w ciele chorego, bo gospodarzowi grozi to śmiercią.

    Okazuje się, że tym, czego współczesne żyjątko wybitnie nie lubi, są różnego rodzaju interwencje, takie jak zastrzyki, biopsje i operacje. To powoduje, że pacjenci rozpoznając w swoich dolegliwościach oznakę uaktywnienia się ich wewnętrznego żyjątka, wspomnianych zabiegów będą się obawiali w sposób szczególny. Pośpiech wskazany w stanach naglących lub grożących rozwojem nowotworu nie będzie dla nich argumentem - przeciwnie, może zwiększać ich lęk.

    Z tej perspektywy kołtun na głowie wydaje się być błogosławieństwem dla chorego. Zbijający się samoistnie lub zakładany celowo pozwala wewnętrznemu stworzeniu powoli wydostawać się na zewnątrz. Tym samym przynosi ulgę, a w odpowiednim momencie usunięty, kładzie kres cierpieniom pacjenta.

    Dziś względy estetyczne i higieniczne zniechęcają jednak mieszkańców Podlasia do noszenia kołtunów. Pewne zakazy i nakazy odwołujące się do natury gośćca praktykuje się nadal, choć nie zawsze świadomie, a część przekonań zanika. Tymczasem szeptuchy podkreślają, że osób cierpiących na nerw-kołtun przybywa. Już w tym momencie stanowią najliczniejszą grupę wśród ich pacjentów.

     

    Małgorzata Anna Charyton

    mgr etnologii, doktorantka

    Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.