• Ostatnia zmiana 28.05.2018 przez Medyk Białostocki

    Oddziałowa Grygorczuk: 45 lat blisko pacjentów to nie przypadek

    Chciała być inżynierem, została pielęgniarką. Na kardiologii miała pracować chwilę, ale się przeciągnęło. Nawet męża poznała na oddziale. Był jej pacjentem –o pracy, życiu i tym jak wszystko się zmienia rozmawiamy z Krystyna Grygorczuk pielęgniarką z 45-letrnim stażem w Klinice Kardiologii.

     

    Katarzyna Malinowska-Olczyk: Kiedy rozpoczęła Pani pracę w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym?

    Krystyna Grygorczuk: 1 sierpnia 1973 roku.

    Od zawsze wiedziała Pani, że będzie pielęgniarką?

    Lepiej być dobrą pielęgniarką niż byle jakim inżynierem

    - Nie, o tym zdecydował przypadek. Chciałam być nauczycielką. Niestety najbliższe liceum pedagogiczne znajdowało się w Augustowie. A ja wywodzę się z malutkiej miejscowości Gulbieniszki, 16 kilometrów od Suwałk. Kiedy kończyłam podstawówkę, rodzice nie zgodzili się, bym dojeżdżała do Augustowa. Namówiona m.in. przez moją nauczycielkę matematyki Panią Zofię Cieślukowską zdecydowałam się na liceum w Suwałkach, dokąd mogłam dojeżdżać z rodzinnego domu. Skończyłam ogólniak i marzyłam, by zacząć studia w Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Białymstoku. Ale nie udało mi się tam dostać. Żeby nie tracić roku, postanowiłam złożyć papiery, tam gdzie szła koleżanka - do Medycznego Studium Zawodowego Pielęgniarstwa. Okazało się, że praca pielęgniarki to jest to. Po skończeniu szkoły nie chciałam wracać w rodzinne strony. Zgłosiłam się do PSK, obecnie USK. Zaproponowano mi klinikę hematologii lub kardiologii. Wybrałam tę drugą. Na początku myślałam sobie, popracuję z pięć lat, a potem pójdę do poradni, bo tam będzie lżej. Ale w klinice zostałam na 45 lat.

    To były chyba początki tej kliniki?

    - Kardiologia powstała w 1970 roku. Choć ciężko powiedzieć, że to była kardiologia, bo ta klinika niewiele miała wspólnego z tym, co było potem i co jest teraz. To była zwykła interna, na którą częściej niż na inne oddziały wewnętrzne trafiali pacjenci z problemami kardiologicznymi. Był tylko jeden elektrokardiograf i nic więcej. Dopiero w 1974 czy 75 został zakupiony pierwszy echokardiograf oraz wózek reanimacyjny. Wtedy nawet telewizja i radio przyjechały, takie to było wydarzenie. Oddział liczył 31 łóżek, a pracowało kilku lekarzy i 11 pielęgniarek opiekujących się chorymi.

    Ja waszą klinikę z tamtych czasów pamiętam doskonale. W 1981 roku na kardiologię trafił mój dziadek z rozległym zawałem serca. Nie było kardiologii inwazyjnej, wstawiania stentów. Leżał u Was ponad miesiąc.

    - Pacjenci z zawałami leczeni byli u nas sześć tygodni! Dwa pierwsze tygodnie musieli leżeć plackiem w łóżku, w ciągu dwóch kolejnych mogli zacząć wstawać, a dopiero potem wychodzić poza salę czy chodzić po schodach. My z nimi wspólnie spędzałyśmy święta, sylwester, dzieliłyśmy się opłatkiem w Wigilię i jajeczkiem na Wielkanoc. Wiedziałyśmy o nich wszystko.

    Mieliście czas, żeby zżyć się z pacjentami…

    - Dokładnie. Pamiętam taką sytuację, kupiłam sobie piękne drewniaki. I była taka pacjentka, która już długo u nas leżała i zaczęła mnie męczyć: da pani je przymierzyć. No to jej dałam. Założyła te buty i zaczęła w nich „latać” po oddziale. I skręciła nogę… Ale to pokazuje w jak serdecznych, wręcz przyjacielskich, byliśmy relacjach.

    Z drugiej strony, jak ktoś umierał, to były olbrzymie tragedie…

    - W klinice leżało wtedy bardzo dużo młodych ludzi, bo wtedy wad serca nie operowało się. Pamiętam takiego młodego, 17-letniego chłopca. Ja wtedy miałam dyżur z dr. Wojciechem Modrzejewskim. On umierał całą noc, doktor trzymał go za rękę i nic nie mógł zrobić. Pamiętam też 20-letnią dziewczynę z mocznicą. Leżała na separatce, spuchnięta, bardzo cierpiała. I na moim dyżurze o 4 rano zmarła. Bardzo to przeżyłam, nawet poszłam na jej pogrzeb. Pamiętam początki mojej pracy i studenta medycyny z wadą serca. Przyszła do niego rodzina w odwiedziny. Stał przy łóżku, zrobiło mu się duszno, położył się i w tym momencie zmarł. Albo pracownika naszego szpitala. Miał około 55 lat. Następnego dnia miał wyjść do domu. A ja o piątej rano znalazłam go martwego w łóżku. Dużo było tych nagłych, niespodziewanych śmierci. Na początku bałam się nocnych dyżurów, tego że rano w łóżku znajdę kogoś martwego. W nocy chodziłam więc z latarką i świeciłam po pacjentach, by sprawdzić czy oddychają.

    A dzwonków przy łóżku nie było?

    - Były dzwonki, ale pacjenci rzadko dzwonili. Teraz cokolwiek się wydarzy, najmniejsza sprawa, to wszyscy dzwonią. A kiedyś chorzy leżeli na wieloosobowych salach i jak coś się działo, to raczej prosili osoby w lepszym stanie, by poszły do dyżurki pielęgniarskiej.

    Były takie przypadki, historie, do których wciąż wraca Pani myślami?

    - Oczywiście. Pamiętam pacjentkę z wadą serca. Miała być rano samolotem wysłana na operację serca do Warszawy. Mąż przyszedł się z nią pożegnać i przyprowadził ze sobą piątkę dzieci. Nie wyglądał na opiekuńczego, raczej na takiego, co zagląda do kieliszka. A dzieci były malutkie, najmłodsze na rękach, najstarsza córka miała może 10 lat. Jak dzieci żegnały się z tą matką, wszystkie na oddziale płakałyśmy. Kobieta była w ciężkim stanie. Zresztą już z Warszawy nie wróciła, zmarła po operacji.

    A historie z happy endem?

    - Pamiętam ciężarną kobietę z ciężką wadą serca. Miała już jedno dziecko i lekarze byli przekonani, że kolejnej ciąży jej serce po prostu nie wytrzyma. Proponowali jej usunięcie ciąży. Tłumaczyli, straszyli, że zostawi w domu sierotę, przekonywali na wszystkie możliwe sposoby. Ale kobieta, mocno wierząca, uparła się - nie ma mowy, ona tej ciąży nie usunie. I urodziła zdrowe dziecko, choć nikt nie dawał na to jakichkolwiek szans. Potem jeszcze przychodziła do nas ze swoją małą córeczką, by pokazać ją lekarzom, jako dowód na cud. Przychodziła też do nas na punkcje brzucha pacjentka z niewydolnością krążenia. Co dwa miesiące upuszczano jej około 10 litrów płynu z brzucha. Był taki okres, że miała zapalenie płuc i nikt nie dawał jej szans na przeżycie. Wysłano ją jednak do szpitala w Warszawie. Pokonała zapalenie płuc, potem ją zoperowano. Wróciła do nas po jakimś czasie, ładna, zgrabna, elegancka, podmalowana. Nikt jej w klinice nie poznał.

    A wracając do pracy pielęgniarek. Czy kiedykolwiek dobrze zarabiały?

    - Zawsze marnie zarabiały. Żeby kupić pierwszy płaszcz musiałam wziąć pożyczkę z kasy zapomogowo pożyczkowej. Na początku było mi bardzo ciężko finansowo. Pochodzę z rodziny wielodzietnej, więc na żadne wsparcie nie mogłam liczyć. Sama musiałam wynająć mieszkanie, potem przeniosłam się do „Kolorado”, czyli bloku zakładowego przy ul. Szpitalnej. Potem trochę się zmieniło, jak wyszłam za mąż.

    Gdzie Pani poznała męża?

    - W szpitalu. Był moim pacjentem. Topił się na basenie, stracił przytomność, trafił na intensywną terapię, a potem przeniesiono go na kardiologię. Nawet mnie zaczepiał na oddziale, bo jak mówił, miałam ładne nogi. Wiadomo, w młodości nosiło się mini. Ale ja go zapamiętałam, jak kłócił się o sztućce. No taki trochę roszczeniowy był (śmiech). Dostał o 12 obiad, i oddając talerze chciał też oddać sztućce. Powiedziałam: niech Pan nie oddaje sztućców, proszę je zatrzymać, odda je Pan przy wypisie. Takie były zasady. A wtedy zapytał: a gdzie ja mam je trzymać? A choćby pod poduszką - odpaliłam. Potem wypisano go ze szpitala. I jakiś czas potem szłam z talonem, który dostałam na dzień kobiet, by kupić rajstopy. A on pracował na al. 1 Maja (obecnie Piłsudskiego) w takim budynku ze szklaną szybą. Zobaczył mnie przez okno, wybiegł, zaczął rozmawiać i zaprosił na kawę. Poznałam go w 1975 roku, rok później był ślub. Jak Pani widzi, całe moje życie to przypadki.

    A wracając do tamtych czasów. Nie było aparatury, ale chyba też sprzętu jednorazowego…

    - Tak. Nocami wygotowywałyśmy strzykawki i cały sprzęt. Pamiętam, że którejś nocy wstawiłam ten sterylizator i zagadałam się z koleżankami. Woda się wygotowała i wszystkie strzykawki popękały. Bałam się oddziałowej. Co tu robić? Przeszłam się po wszystkich oddziałach, każda z koleżanek dała mi po jednej strzykawce i tak uratowały mi skórę. Były szklane butelki do kroplówek i na krew. I kiedyś taką butelkę z krwią pobiłam. Raz w życiu to mi się zdarzyło. Zdenerwowałam się tym strasznie, zgłosiłam lekarzowi. Pacjenci, jak dowiedzieli się, że będę za to płacić, poszli do lekarza powiedzieć, że oni się zrzucą na tę krew, bo oni widzieli, że to nie moja wina. Jak wtedy nas traktowali, jak szanowali… Tego już nie ma.

    Pacjenci są inni?

    - Teraz wszyscy są roszczeniowi, a już szczególnie rodziny chorych. Robią nam zdjęcia, liczą tętno, pouczają. Wszyscy wiedzą wszystko lepiej, bo przecież w internecie wyczytali. Pouczają nas, straszą sądami, policją. Nieprzyjemnie jest. A sami nie stosują się do żadnych zasad czy regulaminów. Przychodzą w odwiedziny po godzinie 20 i potrafią nam zrobić awanturę, że nie chcemy już ich o tej porze wpuścić na oddział. Narzekają na posiłki. Musimy wszystkiego wysłuchiwać, choć na większość spraw nie mamy żadnego wpływu. Teraz, od kiedy jesteśmy na nowym oddziale, to przynajmniej nie narzekają na warunki. Wiadomo, że pielęgniarki też są różne, też są ludźmi i też się zdarza, że im czasem puszczą nerwy. Niekiedy lekarz coś powie medycznym żargonem, rodzina pacjenta nic nie rozumie. No to pytają pielęgniarkę. Jedna przetłumaczy im to na „chłopski” język i jest super. Inna powie: od tego jest lekarz, niech tłumaczy! I od razu jest konflikt.

    Myślę, że problemem jest też duża rotacja chorych.

    - Teraz leżą średnio trzy-cztery dni, codziennie przychodzą nowi. Teraz mamy 25 łóżek oddziałowych i 12 intensywnego nadzoru kardiologicznego. Pielęgniarek w klinice zatrudnionych jest 31. I każda ma co robić! Mniej czasu mamy na pracę przy pacjencie, bo musimy wypełnić papiery, obsługiwać specjalistyczny sprzęt medyczny, liczyć koszty, rozliczać leki i ogarniać całą tę biurokrację.

    Konieczność zapewnienia dużej ilości leków, sprzętu, duża rotacja chorych, coraz większe kłopoty z wystarczającą obsadą dyżurów pielęgniarskich zadecydowały, że postanowiłam odejść na emeryturę.

    Węższe jest też spektrum chorób, z jakimi trafiają do was pacjenci.

    - Teraz to przede wszystkim chorzy z niewydolnością krążenia, zatorowością płucną, tętniczym nadciśnieniem płucnym, zaburzeniami rytmu i przewodnictwa wymagający wszczepienia urządzeń (stymulatory, defibrylatory). Kiedyś to były wady serca, mocznice, zawały, niewydolności krążenia, zapalenia płuc. Praca pielęgniarki też zupełnie inaczej wyglądała. My przede wszystkim opiekowałyśmy się tymi pacjentami: myłyśmy ich, przewracałyśmy, oklepywałyśmy. Kroplówek było mało, częściej leki podawane były w tabletkach i w zastrzykach. Obecnie większość leków kardiologicznych i antybiotyków podaje się w pompach infuzyjnych lub wlewach kroplowych.

    Przez ostatnie 14 lat była Pani oddziałową. Też przez przypadek?

    - Oddziałową zostałam, bo moja poprzednia oddziałowa mnie namaściła. Bycie oddziałową to ciężki kawałek chleba, szczególnie na tak dużym oddziale, a ponadto ja trafiłam na czasy remontów i przeprowadzek. Musiałam podejmować wiele decyzji, by stworzyć w przebudowanym oddziale dobre warunki pacjentom i pracownikom. Dużo pracy było. A ja mam taki charakter, że nigdy nie walczę o siebie, ale o swoje pielęgniarki, o swój oddział, żeby wszystko funkcjonowało jak trzeba. Na pierwszym miejscu zawsze stawiałam zespół i byłam wymagająca nie tylko w stosunku do pielęgniarek, ale i współpracujących z nimi lekarzy. Ale chyba mi się to udało. U swoich szefów (prof. W.J. Musiała i prof. B. Sobkowicz) zdobyłam zaufanie i szacunek oraz poczucie, że stanowisko pielęgniarki oddziałowej należy do ścisłego kierownictwa oddziału.

    Wypracowałam to chyba swoją ciężką pracą, uczciwością, trafnością podejmowanych decyzji, ale też tym, że umiałam się przyznać do błędów i czasem wytknąć błędy innym - niezależnie, kim są. No taka po prostu jestem. Wydaje mi się, że odeszłam w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, z przekonaniem, że lepiej być dobrą pielęgniarką niż byle jakim inżynierem, a nauczycielką też byłam, przekazując swoje umiejętności wielu pielęgniarkom, które podejmowały pracę w Klinice Kardiologii w trakcie mojej 45-letniej kariery zawodowej.

    Rozmawiała Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

     

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.