• Ostatnia zmiana 17.01.2020 przez Medyk Białostocki

    Zgon, którego nie było

    Styczeń 1978 roku. Mój pierwszy miesiąc pracy w Libii na stanowisku dyrektora Polskiego Zespołu Medycznego w Zliten, z jednoczesnym pełnieniem funkcji ordynatora oddziału chirurgicznego.

    Moim nieformalnym zastępcą w oddziale został doktor Maciej Łukaszewicz kolega, na którego mogłem liczyć w każdych okolicznościach.

    Jako „resztka” po poprzednim zespole wielonarodowościowym, plątał się w szpitalu Pakistańczyk Akbar, były ordynator chirurgii. W pierwszych dniach stycznia pełnił nawet ostre dyżury. Starałem się dowiedzieć od niego możliwie dużo o częstości występowania różnych chorób, nawykach ludności, stosunku do lekarzy. Jego sposób wypowiadania się, wygłaszanie własnych sądów, nawet zachowanie się, wskazywało na jego wysokie mniemanie o sobie. W czasie pełnionego nocnego dyżuru operował pacjenta z powodu przedziurawienia wrzodu dwunastnicy. Ponieważ wykazywał chęć do rozmowy, wdałem się więc w dyskusję. Zapytałem:

    - Powiedz mi, jak często dochodzi do przedziurawienia wrzodów u mieszkańców okręgu Zliteńskiego?

    - Raz na rok - odpowiedział.

    - Ale już na samym początku naszego pobytu operowałeś na dyżurze takiego chorego…

    - No i do końca roku masz spokój. Drugiego nie będzie.

    - A jaki typ zabiegu operacyjnego stosujesz u tych chorych?

    - Proste zeszycie przedziurawienia, zabieg krótki, łatwy, nieobciążający chorego, nie obarczony wysoką śmiertelnością.

    - Ale daje dużo nawrotów.

    - Jeżeli dojdzie do nawrotu, to można wykonać drugi zabieg.

    Akurat choroba wrzodowa dwunastnicy powikłana przedziurawieniem leczona przecięciem nerwów błędnych z plastyką odźwiernika była tematem mojej pracy doktorskiej. Stąd moje zainteresowanie. Chciałem również uzyskać informację o częstości występowania ropnych powikłań pooperacyjnych. Zapytałem więc:

    - Jak często występują powikłania ropne po zabiegach?

    - Praktycznie nie ma wcale - odpowiedział

    - A z czego to wynika?

    - Tacy tu ludzie. Ich można operować niewyjałowianymi narzędziami, a oni i tak wygoją się bez infekcji.

    Co do częstości zachorowań i zdrowienia bez powikłań - miał rację, mimo że chory przez niego zoperowany zropiał.

    Pewnego dnia przyszedł na chirurgię ordynator oddziału internistycznego, mój przyjaciel, docent Zdzisław Klepacki, z prośbą o konsultację przyjętej poprzedniego dnia, pacjentki skarżącej się na ból brzucha, podwyższoną ciepłotę ciała, wymioty. Badania laboratoryjne wykazały: podwyższoną leukocytozę i niewielki wzrost poziomu bilirubiny w surowicy krwi. Badaniem fizykalnym stwierdzono bolesność i wzmożone napięcie mięśni w okolicy prawego podżebrza. W czasie delikatnego obmacywania tej okolicy wyczuwalny był żywo bolesny opór.

    Wspólnie ustaliliśmy, że mamy do czynienia z ostrym zapaleniem pęcherzyka żółciowego. Chorą zakwalifikowano do leczenia operacyjnego. Została przeniesiona na chirurgię pod opiekę anestezjologów. Wyznaczono termin zabiegu na dzień następny na godzinę 10.30. Po wszystkich uzgodnieniach w moim gabinecie pojawił się nasz „znajomy” Akbar z zapytaniem:

    - A co to za chora leży w separatce? Rano jej nie było.

    - Nie było, bo przed godziną została przeniesiona z oddziału internistycznego.

    - A z jakim rozpoznaniem?

    - Z ostrym zapaleniem pęcherzyka żółciowego.

    - To dlaczego została przeniesiona na chirurgię?

    - Bo będzie operowana.

    - Będzie operowana? Z ostrym zapaleniem pęcherzyka żółciowego?

    - Tak, a co w tym dziwnego?

    - Przecież powinna być leczona zachowawczo.

    - My leczymy operacyjnie. Jest w jamie otrzewnej ognisko zapalne, które bezpieczniej jest leczyć operacyjnie, tak samo jak ostre zapalenie wyrostka robaczkowego.

    - Wyrostek robaczkowy to inny problem. Operacja pęcherzyka żółciowego w ostrym stanie zapalnym jest niebezpieczna, obarczona dużą śmiertelnością.

    - Skąd wiesz, że niebezpieczna, skoro takich operacji nie wykonujecie? My mamy doświadczenie wynikające z wyników operacyjnego leczenia 800 takich przypadków z bardzo niską śmiertelnością.

    - A czy mogę asystować ci do tego zabiegu?

    - Oczywiście. Operujemy jutro o godzinie 10.30

    Zadbałem o to, aby zabieg rozpoczął się punktualnie. W asyście Maćka pierwsze cięcie było wykonane punktualnie. W obejściu operacyjnym nie było Pakistańczyka. Pojawił się 20 minut po rozpoczęciu zabiegu. Z wyrzutem powiedział:

    - Przecież miałem ci asystować.

    - Właśnie. Bardzo żałowałem, że zrezygnowałeś z asysty, bo przecież wiedziałeś, o której godzinie zaczniemy operować. Z szacunku dla chorej i zespołu operacyjnego nie mogłem zwlekać z operacją.

    Bez słowa wyszedł z sali operacyjnej.

    Cała procedura anestezjologiczno-chirurgiczna przebiegała bez najmniejszych zakłóceń. Po zeszyciu powłok brzucha i wybudzeniu pacjentki przewieziono ją na oddział po opiekę lekarza dyżurnego, pielęgniarek i rodziny. Z reguły przy obłożnie chorych hospitalizowanych przebywały „murawki”, tzn. członkowie rodziny opiekujący się chorym, skrupulatnie spełniający zalecenia lekarskie.

    Była to pierwsza większa operacja wykonana siłami naszego zespołu. Bardzo zależało mi na dobrym wyniku leczenia stanowiącym wizytówkę, by nie powiedzieć reklamę, poziomu naszych medycznych kwalifikacji.

    Całe popołudnie i noc upłynęły w spokoju.

    W dniu pooperacyjnym rano, wsiadając do autokaru wiozącego nas do pracy, ktoś szeptem przekazał wiadomość, że zmarła chora po wczorajszym zabiegu. Cios był mocny, ale nie nokautujący. Z mieszanymi uczuciami zbliżałem się do szpitala. Spodziewałem się, że moje pojawienie się w miejscu pracy spowoduje jakąś widoczną nienaturalną reakcję. Skierowałem się na oddział. Tam również wszystko wyglądało normalnie. W separatce zastałem uśmiechniętą na mój widok: chorą i jej opiekunkę, która dziękowała za wykonaną operację.

    Dorwałem pana Akbara i powiedziałem:

    - Czy sądzisz, że jesteś w porządku w stosunku do mnie? Dlaczego puściłeś plotkę o śmierci pacjentki?

    - Nic podobnego, nigdy i nikomu nie powiedziałem, że pacjentka zmarła. Powiedziałem tylko, że po tak niebezpiecznej operacji, ma ona małe szanse na przeżycie. A jak w rzeczywistości będzie, to jeszcze zobaczymy, bo to przecież jest dopiero pierwszy dzień po otwarciu jamy brzusznej.

    Widać było, że jego zamiarem było zaszkodzenie konkurentom na rynku usług medycznych. Paradoksalnie jego akcja przyniosła nam korzyści w postaci dobrej opinii. Skoro operacja była taka niebezpieczna, a choroba ciężka, to tak dobry wynik leczenia świadczy o wysokich kompetencjach polskich specjalistów. I ta właśnie opinia utrzymała się przez cały okres naszej pracy w Libii.

     

    Stanisław Sierko

    emerytowany chirurg

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.