• Ostatnia zmiana 19.06.2019 przez Medyk Białostocki

    Привет из Москвы

    Zachętę od pani Katarzyny* do napisania kolejnego felietonu odebrałem w Moskwie. W tej sytuacji temat może być tylko jeden. Temat gigantyczny, nie mam szans by go ogarnąć, ale uszczypnąć można.

    Z ósmego piętra pałacu uniwersyteckiego - jednego z tak zwanych siedmiu sióstr moskiewskich (wysotek) Stalina - patrzę na panoramę miasta, a idąc tu napawam się zapachem bzów.

    Uniwersytet

    Wczoraj było jeszcze i głośno, trwały uciechy studenckie, pomnikowy Michaił Łomonosow (uczony patron uniwersytetu) został ubrany w gustowną koszulkę. To dodam jeszcze, że uczelnia (obecny skrót MGU) powstała w 1755 roku, do pałacu wprowadziła się w 1953 roku, wciąż się rozbudowuje i wzmacnia. Oficjalnie pomieszkuję przy ulicy Góry Lenina 1, ale są to już Góry Worobiowe i taką nazwę nosi sympatyczna stacja metro, z której widać rzekę Moskwę. Do nazw podchodzi się w Moskwie na ogół zdroworozsądkowo, bo na przykład Biblioteka im. Włodzimierza Lenina (sławetna Leninka, w której znalazłem kilka cenności podlasko-łomżyńsko-suwalskich) w 1992 roku została przemianowana na Rosyjską Bibliotekę Narodową, z zachowanym jednak przed nią pomnikiem siedzącego (wódz na ogół stał z wysuniętą do przodu ręką) Włodzimierza Iljicza i ze starą też nazwą wielkiej stacji metra.

    Nową atrakcją miasta staje się park Zariadie (pisany na kilka sposobów) z atrakcyjnym układem arterii spacerowych (deptakami) wyprowadzających ku rzece, z jednej strony otoczony przez wianuszek starych cerkwi, położony tuż przy Placu Czerwonym. Tam miał stanąć także pałac stalinowski, potem zbudowano potężny hotel Rossija (spłonął), a teraz z woli moskwiczan będzie promenada z  mozaiką przyrodniczą (step i jaskinie lodowe), miejscami do rekreacji i uciech kulturnych. Całość zaprojektowali Amerykanie. Piszę o tym, bom tam sobie już posiedział w upalną niedzielę. Głównie jednak z tej przyczyny, byście Państwo zechcieli uwierzyć, że Moskwa to miasto odmienione, powiększone przed kilku laty w dwójnasób (tzw. Nowa Moskwa), bardziej przymilne i europejskie w dobrym tego słowa znaczeniu. Mój rozmówca jest przekonany, że duża w tym zasługa mera Moskwy Sergiusza Sabianina.

    Moskwiczanie

    Nikt ponoć nie wiele, ilu ich dokładnie jest, bo mieszkańców przybywa w sposób niekontrolowany. Usłyszałem opinie: największe miasto w Europie (nie ulega wątpliwości), pełzająca aglomeracja, zasilana głównie przez przybyszów z południa (zwą ich potocznie Tadżykami), którzy każdej pracy się imają. Dane statystyczne galopują, prorocy nie mają wątpliwości, że Wielka Moskwa jako pierwsza na naszym kontynencie przekroczy trudno wyobrażalny, dwudziestomilionowy stan zaludnienia. Zwieńczę te dane takim oto porównaniem: w Warszawie ekscytujemy się, że przybędą nam dwie stacji metra. Tu mówi się o nowych liniach, a stacji jest już ponad dwieście, w centrum kolejne składy wagonów podjeżdżają na perony jak taryfy, bilet kosztuje około 60 groszy. W takiej sytuacji prof. Giennadij Matwiejew (przebywał niedawno w Białymstoku) mieszka niemal 40 km od Uniwersytetu i nie korzysta z samochodu.

    Na czym, moim zdaniem, polega jednak największa zmiana? Przekleństwem ZSRR (lub jak kto woli ZSRS) były dogmaty i dyktaty. Każdy kto miał choć odrobinę władzy - włącznie z szatniarką, sprzedawczynią i panią na piętrze hotelowym (koridornaja) - był ważny, pokrzykujący i pouczający. Obecnie są to zupełnie inni ludzi i nie chodzi tylko o zmianę pokoleniową. Moskwiczanie odzyskali dobry humor, chętnie i szczerze się uśmiechają, wdają się w pogawędki, w metrze ustępują na ogół miejsca. Pani w muzeum, jak się dowiedziała, że jestem historykiem, poprosiła, bym poczekał i przyniosła gratis najnowsze wydawnictwo. A inna z pań, zaciekawiona moim udarieniem (akcentem), zapytała skąd przyjechałem. Odpowiedziałem i padło kolejne pytanie: A dlaczego do nas Polacy nie chcą przyjeżdżać? No, dlaczego? Prawdą jest, że przez ponad tydzień nie usłyszałem na ulicy języka polskiego. Z pewnością nie tylko dlatego, że głównie siedzę w bibliotece i archiwum.

    Łyki historii

    Państwo wiecie i ja to wiem, że trudno jest walczyć ze stereotypami i trudno też wyplenić niektóre kłamstwa. Ale starać się należy, czy jak mówią Rosjanie - striemit’sja nużno. Z pierwszej, studenckiej wycieczki do Moskwy zapamiętałem gruzowiki pędzące prospektami i magazyny (sklepy) z charakterystycznymi zapaszkami, wszechobecne hasła skąpane w czerwieni i podobizny Lońki Breżniewa oraz długaśną kolejkę do Mauzoleum Lenina. To są opowieści z niegdysiejszej epoki.

    W Centralnym Muzeum Armii Rosyjskiej jest ciekawie i znawcy znajdą tu unikalne eksponaty, a wszyscy podziwiać mogą oryginalne aranżacje. Na piętrze dominuje armia, która wygrała II wojnę światową, na dole są wcześniejsze wojny. Wrzesień 1939 roku wypadł na ekspozycji blado, ale bez nadmiaru tandety propagandowej, zaś w pobliżu jest Muzeum Historii Gułagu urządzone z szacunkiem dla prawdy historycznej, zachęcające do przemyśleń. Na polskich uczelniach prawie nie prowadzi się badań nad historią Rosji i ZSRS, na Uniwersytecie im. Łomonosowa przybywa chętnych do nauki naszego języka, niedawno odbyła się konferencja o inspiracjach badawczych z udziałem historyków rosyjskich, białoruskich i trójki polskiej. Naocznie też przekonałem się, jak bogate są zasoby Państwowego Rosyjskiego Wojenno-Historycznego Archiwum, gdzie znajdują się między innymi akta do dziejów powstań listopadowego i styczniowego.  

    Ktoś się skrzywi i powie, że za dużo w tym felietonie radości. Jeśli, to pewnie i dlatego, że czuję się mile zaskoczony po strachliwych opowieściach o Moskwie, powtarzanych najczęściej przez tych, którzy tu byli dawno lub w ogóle jeszcze nie dotarli.

    Adam Czesław Dobroński 

     

    * - Katarzyna Malinowska-Olczyk, sekretarz redakcji Medyka Białostockiego

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.