• Ostatnia zmiana 27.01.2016 przez Medyk Białostocki

    Śmierć Prezydenta

    Zostałem poproszony o komentarz historyczny przed seansem klubowym filmu „Śmierć prezydenta” z 1977 roku, w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Pewnie mało kto pamięta, to dzieło bardzo rzetelnie zrobione, choć to i owo w nim przejaskrawiono.

    To pierwsze „tak naprawdę” zabójstwo polskiego władcy - podpieram się w tym miejscu autorytetem prof. Janusza Tazbira - miało miejsce 16 grudnia 1922 roku w warszawskim gmachu „Zachęty”. Zabójca nie próbował uciekać, przyznał się do swego czynu. Nie miał wspólników, ale bez wątpienia uległ presji rozszalałej nagonki propagandowej. Kogo właściwie chciał zabić? Kto stał za tą zbrodnią? Pytań jest więcej, toteż do wydarzeń sprzed 93 lat wciąż wracają historycy i dziennikarze.

    Gabriel Narutowicz

    Urodził się 17 marca 1865 roku na Żmudzi, ojciec był represjonowany za udział w powstaniu 1863 roku, brat Stanisław zapisał się później w dziejach Litwy. Kształcił się Gabriel w Lipawie na Łotwie, potem na Uniwersytecie w Petersburgu, tam wdał się w konspirację i uchodząc przed aresztowaniem osiadł w Szwajcarii. Wybrał karierę naukowca, stał się znanym w świecie konstruktorem - hydrotechnikiem i energetykiem, człowiekiem zamożnym. W czasie I wojny światowej włączył się ochoczo do dzieła pomocy ofiarom wojny na ziemiach polskich, a gdy odradzająca się Rzeczpospolita go wezwała, to bez wahania pośpieszył do Warszawy. Był zafascynowany Józefem Piłsudskim, podjął się działalności publicznej, został ministrem robót publicznych (było takie!), a następnie spraw zagranicznych. Zbierał dobre opinie, plonowało jego doświadczenie, sława europejska, kultura osobista, inne jeszcze przymioty.

    Konstytucja marcowa 1921 r. wywyższyła rolę Sejmu (i Senatu), skromnie natomiast wyposażyła w kompetencje Prezydenta RP. Z tej przyczyny marszałek J. Piłsudski zrezygnował z kandydowania, za to nieoczekiwanie dał się namówić do gry wyborczej minister Narutowicz. Było ich wszystkich pięciu, w pierwszym głosowaniu faworyt Maurycy hr. Zamoyski (popierany przez obóz narodowy) dostał 222 głosy, Narutowicz (wysunięty przez PSL „Wyzwolenie”) ledwie 62, ale przeszedł do drugiej tury. W kolejnych głosowaniach odpadli: socjalista Ignacy Daszyński, kandydat mniejszości narodowych Jan Baudouin Courtenay, spółdzielca i członek PSL „Piast” Stanisław Wojciechowski. Tak niespodziewanie Gabriel Narutowicz stanął do decydującej rozgrywki, uzyskał 56 proc. głosów posłów i senatorów (Zgromadzenie Narodowe) dzięki głosom lewicy, ludowców i mniejszości narodowych, uchodząc za człowieka Piłsudskiego.

    „Usunąć tę zawadę”

    Na prawicy zakipiało, posypały się w stronę Prezydenta RP epitety: kosmopolita, ateista, mason, Litwoman, żydowski elekt i tak dalej. Z łamów prasy endeckiej (Narodowej Demokracji) przelewała się nienawiść wobec prezydenta wybranego - jak twierdzono - przez nie-Polaków (jedną trzecią nowego państwa stanowiły mniejszości narodowe), preparowano fałszywe dane osobowe, zachęcano do protestów, na ulice wyszli zwerbowani bojówkarze. Do tej akcji włączył się gen. Józef Haller, także ks. Kazimierz Lutosławski (rodem z Drozdowa), pozyskano część młodzieży akademickiej. Marszałek Sejmu Maciej Rataj w tej sytuacji przyspieszył zaprzysiężenie prezydenta (11 XII), ten zaś próbując uspokoić wrzenie zadecydował o tworzenie rządu fachowców, a tekę ministra spraw zagranicznych ofiarował… Maurycemu hr. Zamojskiemu. Na nic się to zdało, „demokracja uliczna” zyskiwała na sile, a policja zachowywała zdumiewający spokój. Powóz z G. Narutowiczem dotarł na czas do Sejmu tylko dzięki asyście szwoleżerów, którzy rozebrali barykadę w Alejach Ujazdowskich.

    14 grudnia Naczelnik Państwa Józef Piłsudski przekazał G. Narutowiczowi obowiązki głowy państwa, a podczas śniadania wzniósł toast: „…Panie Prezydencie, jako jedyny oficer polski służby czynnej, który dotąd nigdy przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej niech żyje!.” Marszałek nie wiedział, że prawdopodobnie uratował swe życie rezygnując z kandydowania na urząd prezydencki, bo to jego zamierzał zabić… Eligiusz Niewiadomski.

    Zabójca

    E. Niewiadomski był niemal rówieśnikiem Narutowicza (urodził się w 1869 r.), a jego rodzina wywodziła się ponoć z Podlasia (wieś Niewiadoma koło Sokołowa Podlaskiego). Miał liczne talenty, uczył się malarstwa u Wojciecha Gersona, wykładał historię sztuki, napisał cenione tomy („Malarstwo polskie XIX i XX w.”), mógł wykazać się zasługami w prasie konspiracyjnej, wziął udział w wojnie 1920 roku. Jako zdeklarowany narodowiec uznał Piłsudskiego - tak oświadczył przed sądem - za głównego winowajcę rozkładu demokratycznego i lewicowego państwa polskiego. Nim 31 stycznia 1923 r. pluton egzekucyjny oddał salwę karabinową w kierunku skazanego, ten krzyknął „Ginę za Polskę, którą gubił Piłsudski!”.

    Patryk Pleksot próbował zdiagnozować stan umysłu E. Niewiadomskiego. Autor książki „Zabić prezydenta” i artykułu w Biuletynie IPN „Pamięć” (2912, nr 9) przytoczył liczne opinie lekarzy, polityków, osób znających Niewiadomskiego. Kim był zabójca? Aroganckim radykałem, typem samotnika o gwałtownych, a zmiennych reakcjach, mściwym, bezwzględnym i upartym, skłonnym do autodestrukcji, ambitnym megalomanem poddającym się samohipnozie, cierpiącym na katatonię? W programie telewizyjnym w 2000 r. padło stwierdzenie, że cierpiał na paranoję, czyli obłęd posłannictwa, a ponoć posłannictwo „niekiedy trudno odróżnić od zwykłej głupoty ludzkiej”. P. Pleskot dodał od siebie: „Czynu Niewiadomskiego na pewno nie sposób interpretować jedynie w kategoriach indywidualnych. Podjęta przez niego decyzja była w pewnej mierze efektem ówczesnej atmosfery społeczno-politycznej, cechującej się wyjątkową brutalnością i rozgorączkowaniem”.

    Strzały w „Zachęcie”

    16 grudnia 1922 roku Prezydent RP o godz. 11.30 złożył wizytę kardynałowi A. Kakowskiemu, który nie szczędził komplementów Narutowiczowi i pobłogosławił go prosząc o zniesienie upokarzających udręk dla wspólnego dobra. Około godz. 12 samochód z prezydentem dojechał do „Zachęty”, a główny gość został ciepło przywitany, powitał się malarzami. O 12.12 doszło do nieplanowanego spotkania Prezydenta z ambasadorem Wielkiej Brytanii. Żona ambasadora poprosiła o pozwolenie złożenia gratulacji, na co Narutowicz odpowiedział, że raczej kondolencji. Chwilę potem zatrzymał się przed obrazem „Szron” i wówczas to E. Niewiadomski oddał z bliskiej odległości 3 strzały z rewolweru. Sprowadzono lekarza, ten stwierdził zgon.

    Stanisław Stroński, luminarz prasy narodowej, jeden z najaktywniejszych podżegaczy do usunięcia „niepolskiego prezydenta” opublikował następnego dnia artykuł pod tytułem „Ciszej nad tą trumną”.

    Adam Czesław Dobroński

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.