• Ostatnia zmiana 24.09.2015 przez Medyk Białostocki

    Każdą złotówkę oglądamy dwa razy – rozmowa z dyrektorem szpitala

    Zarządzanie współczesnym szpitalem to w równym stopniu troska o dobro pacjenta, jak też o finanse samej placówki. O tym jaki jest obecnie i jaki będzie w przyszłości szpital w Choroszczy rozmawiamy z jego dyrektorem Tomaszem Goździkiewiczem

    Katarzyna Malinowska-Olczyk: Szpital w Choroszczy świętuje 85 lat istnienia. Jest jednym z najstarszych, a także największych szpitali w Polsce. Wciąż się rozwija i rozbudowuje. Jakie ma Pan plany na przyszłość?

    Współczesne czasy generują pacjentów psychiatrycznych. Ten pęd, ta chęć wybicia, wyróżnienia się. Młodzi ludzie sięgają po różnego rodzaju środki psychoaktywne

    Mgr inż. Tomasz Goździkiewicz, dyrektor Samodzielnego Publicznego Psychiatrycznego ZOZ-u Choroszczy: - Oczywiście dalej myślimy o rozszerzeniu naszych świadczeń. Patrząc na perspektywy demograficznej, widzimy potrzebę rozszerzenia ich w zakresie psychogeriatrii i geriatrii. Myślę o stworzeniu zakładu opieki długoterminowej, czyli czegoś w rodzaju domu starości. Taka jest po prostu potrzeba. Co roku w okresie urlopowym czy na święta obserwujemy, jak rodziny „podrzucają” do szpitala starsze osoby, by móc spokojnie wyjechać na wakacje czy spędzić święta. Często u takich osób nie ma stricte medycznych wskazań do hospitalizacji, a jedynie potrzeba opieki pielęgnacyjnej. U nas byłoby takie miejsce. W przyszłości planujemy również stworzyć także pełnozakresowe centrum rehabilitacyjne. Mamy pusty obiekt, który mógłby być w tym celu wykorzystany. Wcześniej jednak musimy uporządkować sprawy oddziałów psychiatrycznych.

    Trudna historia szpitala w Choroszczy 

    Ale w ramach szpitala funkcjonuje już rehabilitacja, która zresztą - podobnie jak oddział neurologiczny - cieszy się bardzo dobrą opinią pacjentów.

    - To prawda, że jest taki oddział. Ale tam prowadzona jest jedynie rehabilitacja neurologiczna dla pacjentów z oddziału neurologicznego. I to prawda, że oba oddziały cieszą się dobrą opinią. I z tego powodu czasem dochodzi do absurdów. Bo są tacy pacjenci, że kiedy mają problemy natury neurologicznej, to się nie zgłaszają do innego szpitala, a czekają dzień czy dwa, aż nasz szpital będzie miał dyżur. I szkodzą sobie bardzo, bo przy sprawach udarowych czas dotarcia do lekarza ma decydujące znaczenie. Jeśli chodzi o oddział udarowy, to nie zawsze było tak różowo. Bo choć personel zawsze był dobry, to na oddziale panowały fatalne warunki. Pamiętam, że kilka lat temu, jak tylko zacząłem kierować tym szpitalem, kiedyś wieczorem poszedłem na oddział neurologiczny. A tam przywitały mnie dwa ciekawskie szczury. Była tam rampa, która miała 60 stopni, i po której nie sposób było zwieźć chorego na łóżku. Ta neurologia spędzała mi sen z oczu. Na szczęście pięć lat temu wybudowana została nowa izba przyjęć z oddziałem neurologicznym i jest już zupełnie inny świat.

    Ile łóżek jest teraz w szpitalu?

    - Mamy 947 łóżek. Po przebudowie i zakończeniu wszystkich remontów będzie ich na pewno ponad 1000. A i teraz zdarzają się sytuacje, że odmawiamy przyjęć.

    Przed wojną ważną rolę odgrywała opieka środowiskowa. We wspomnieniach można wyczytać, że w najlepszych czasach nawet 700 osób objętych było opieką środowiskową, przy wsparciu szpitala. Ci najlżej chorzy nie musieli być na oddziałach zamkniętych.

    Jako szpital bilansujemy się z bólem i jest ciężko. Trzymamy wszystko za gardło i pilnujemy każdej kartki papieru

    - My byśmy bardzo chętnie rozwijali opiekę środowiskową, która wyręczałaby szpital. Rodzina, sąsiedzi, znajomi czy zakłady pracy mogłyby przejąć opiekę nad tymi osobami. Lżej chorzy psychicznie mogliby zupełnie swobodnie funkcjonować w takim środowisku. Niestety my, jako społeczeństwo, osoby psychicznie chore bardzo stygmatyzujemy. I o ile niepełnosprawny na wózku nie wzbudza już litości, to chory psychicznie wciąż wzbudza obawę, strach, uchodzi za nieobliczalnego. I stąd nie ma chętnych do sprawowania takiej opieki. A nie mam wątpliwości, ze pacjentów będzie przybywać. Współczesne czasy generują pacjentów psychiatrycznych. Ten pęd, ta chęć wybicia, wyróżnienia się. Młodzi ludzie sięgają po różnego rodzaju środki psychoaktywne. A na dodatek pod ręką mają internet, gdzie można znaleźć wszystko, co trzeba i czego nie trzeba. W ubiegłym roku jeden z oddziałowych na odprawie poinformował mnie, że pacjent prosi, by kupić mu pięć paczek pewnej przyprawy. Myślę sobie, po co mu ta przyprawa? Zadzwoniłem do prof. Elżbiety Skrzydlewskiej z Wydziału Farmacji UMB. Okazało się, że ta przyprawa ma ten sam składnik, co konopie indyjskie. W internecie od razu znalazłem informacje o niej.

    A ostatnio pewnie więcej jest ofiar dopalaczy?

    - Tak, ostatnio lawinowo wzrosła liczba takich pacjentów. Być może razem z prof. Elżbietą Skrzydlewską wystąpimy o grant, by badać dopalacze. Będziemy pozyskiwać te substancje i badać ich skład, by wiedzieć, jakie skutki mogą być po ich spożyciu. Liczymy, że uda się nam też nawiązać współpracę z policją. Problem w tym, że producenci dopalaczy prześcigają się w komponowaniu składników. Są takie, że po 15 minutach od spożycia, nie ma już ich śladu w organizmie. A skutki utrzymują się znacznie dłużej.

    Jak Pan myśli, czemu Ci młodzi ludzie sięgają po dopalacze, środki psychoaktywne?

    - Osobiście uważam, że wynika to z tzw. bezstresowego wychowania. Tacy młodzi ludzie nie mają w domu dyscypliny, w szkole przechodzą z klasy do klasy, potem jakoś przemykają przez studia. Kiedy wchodzą na rynek pracy, nie radzą sobie. I jak nie załapują się do tego wyścigu szczurów, zaczynają brać środki psychoaktywne, wpadają w depresję albo zaczynają wspierać się alkoholem. I lądują u nas. Jakiś czas temu trafiła do nas młoda dziewczyna. Rodzice zmartwieni, bo podobno pierwszy raz się mocno upiła. Za chwilę mam telefon od swoich pracowników z diagnozą, że dziewczyna jest już mocno uzależniona od alkoholu i musi pić już od kilku lat. Młodzi ludzie po alkohol sięgają najczęściej właśnie z powodu niemożności spełnienia oczekiwań. Patrząc na to, pacjentów u nas nie zabraknie. Przez szpital rocznie przewija się od 8 do10 tys. pacjentów, przy czym jedna czwarta to pacjenci mający problemy z uzależnieniem od alkoholu. I, co gorsza, piją coraz młodsi. W historii szpitala mieliśmy np. pacjenta nieco ponad 20-letniego. Pił nałogowo od 12 roku życia. I ten nałóg stał się przyczyną jego śmierci.

    Myślę, że trudnych pacjentów jest u was wielu?

    - Jest wielu innych, mających problemy, o których mało kto wie, a trafiających do naszego szpitala w różnym stanie, nie tylko psychicznym, a nasza rola oprócz pomocy polega na zachowanie dyskrecji, stąd też chciałbym, żeby w szpitalach psychiatrycznych zakazano używania telefonów komórkowych z dostępem do internetu, aparatem fotograficznym czy kamerą. Rozmawiam już z minister Krystyną Kozłowską, rzecznikiem praw pacjenta na ten temat. Gdybym miał za co, kupiłbym telefony z możliwością wykonywania połączeń i wysyłania smsów, ale bez możliwości filmowania innych pacjentów. Pacjent przychodziłby do szpitala, jego telefon trafiałby do depozytu, a on dostawałby taki najprostszy model do kontaktowania się z najbliższymi.

    Jakieś jeszcze marzenia? O co poprosiłby Pan złotą rybkę, gdyby taka trafiła w Pana ręce?

    - Chciałbym mieć pieniądze na urządzenie terenu szpitala. Żeby było miejsce do spacerowania, a tam dużo kwiatów. Marzy mi się kawiarnia dla pacjentów i prowadzona przez pacjentów. Już nie mówię o tak prozaicznych rzeczach, że np. chciałbym mieć pieniądze na nową pościel. Ja np. teraz kupuję dresy z rezerw wojskowych zamiast piżam. Są tańsze i więcej wytrzymują. W przetargach decyduje cena, a nikt nie patrzy na to, że po trzech praniach piżama już nie nadaje się do nałożenia. Bo jako szpital, choć się bilansujemy, to z bólem i jest ciężko. Trzymamy wszystko za gardło i pilnujemy każdej kartki papieru. Szukamy pieniędzy, gdzie się da. W sumie to nie chodzi o jakieś wielkie kwoty. Wystarczyłoby żebyśmy mieli takie stawki, jak szpitale w województwie mazowieckim. W skali roku mielibyśmy o 8,5 mln zł więcej! Dałoby to nam swobodę ruchu, byłyby pieniądze na inwestycje i podwyżki. U nas ludzie zarabiają minimum.

    A za pacjentów sądowych więcej pan dostaje?

    - Tak, i stąd rozwój psychiatrii sądowej. Dostaję więcej pieniędzy za takiego chorego. Normalny pacjent według wytycznych NFZ teoretycznie w określonym czasie powinien ozdrowieć. A jeśli jest dłużej, to dostajemy za niego znacznie mniej pieniędzy. Inaczej jest z pacjentami sądowymi. Stad też u nas jest 300 miejsc tzw. sądowych i jesteśmy drugim co do wielkości, po Rybniku, ośrodkiem w Polsce. Mamy 10 miejsc dla sprawców przestępstw przeciw wolności seksualnej, 40 łóżek odwykowych, w tym jedyne w Polsce 10 dla kobiet, mamy także 50 łóżek zwykłych - łącznie 100 łóżek tzw. wzmocnionego nadzoru. Ci więźniowie mają u nas dobre warunki; pamiętam przypadek, jak wywożono jednego pacjenta do aresztu, to się zapierał i łapał futryn, bo nie chciał opuszczać szpitala. Choć z drugiej strony mamy do czynienia z całą na wzór więziennej hierarchią: są szefowie, żołnierze, podpuszczacze.

    Ma Pan jakieś problemy z tymi pacjentami?

    - Ostatnio była dość zabawna sytuacja. Szpital jest po dużej termomodernizacji. Mamy nowe instalacje, grzejniki, węzły ciepłownicze. Żeby jednak wszystko działało musi być specjalnie uzdatniana i demineralizowana woda. I ta woda dużo kosztuje. I raptem dostajemy rachunki za ubytki wody. W jednym miesiącu ubyło 14 metrów sześciennych wody. Pierwsza myśl: pewnie gdzieś jest wyciek. Z kamerą termowizyjną szukamy nieszczelności. Ale nic nie widać. Przypadkiem ktoś sypnął, że na oddziałach sądowych chłopaki sobie wykombinowali, ze woda o temperaturze 55 stopni jest idealna do robienia kawy rozpuszczalnej. Odkręcali odpowietrznik w kaloryferze, woda leciała i kawa była gotowa.

    Pewnie o waszym szpitalu można byłoby książkę napisać z anegdotami?

    - Zgadza się. Najstarsza chyba anegdota, nie wiem czy to prawda, dotyczy jednego z pierwszych powojennych dyrektorów Stanisława Skibskiego, który kierował szpitalem w latach 1953-1956. W pierwszych dniach dyrektorowania, bodajże w maju, wszedł na oddział, gdzie właśnie hucznie świętowano czyjeś imieniny. Zaczął przywoływać pracowników do porządku. - A ty kto jesteś, że tak się tu rządzisz? - usłyszał. Mówi: jestem dyrektorem.  A wszyscy w śmiech: tutaj wszyscy to dyrektorzy. I zapakowali go w kaftan i położyli na oddział. Następnego dnia panika: zaginął dyrektor. A że był on przywieziony przez UB, wszyscy byli w strachu. Dopiero pod koniec dnia odkryto, że leży na łóżku jakiś gość bez marynarki w cywilnym ubraniu…

    Rozmawiała Katarzyna Malinowska-Olczyk

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.