• Ostatnia zmiana 12.10.2020 przez Medyk Białostocki

    Dzień dobry, chyba mam koronawirusa

    Dwie kliniki choród zakaźnych UMB to pierwsza linia walki z SARS-COV2 w Białymstoku. Szef jednej z nich prof. Robert Flisiak stał się ważnym głosem środowiska medycznego w walce o rozwagę i rozsądek w kampanii przeciw pandemii w Polsce.

    Odwiedzamy Klinikę Chorób Zakaźnych i Hepatologii UMB. Znajduje się na terenie dawnego szpitala zakaźnego w Dojlidach (dziś to szpital USK). To tu trafiają pacjenci, którzy potrzebują pomocy w walce z wirusem. Zakażeni lub z podejrzeniem jego zakażenia.

    Jeszcze do niedawna bramy wjazdowej szpitala strzegli żołnierze z Wojsk Obrony Terytorialnej. Chcieliśmy odwiedzić klinikę przed wakacjami, ale zasugerowano nam, że to nie jest najlepszy moment. Wszystko dlatego, że trafiały tam rzesze wystraszonych i zdezorientowanych pacjentów. Na Dojlidy odsyłano ludzi, którymi nikt nie chciał zająć się w przychodniach rodzinnych lub innych placówkach służby zdrowia. Wystarczyło, że mieli podwyższoną gorączkę, albo kaszel, by od razu dostali łatkę „covid”.

    Prawie spokojnie

    Co prawda w większości przypadków nie potwierdzano takich rozpoznań, niemniej każda z osób traktowana była jako potencjalny zakażony. To oznaczało, że personel kliniki musiał zachować szczególne środki ostrożności. To była wyniszczająca praca na najwyższych obrotach. Zmęczenie fizyczne i nawarstwiające się zmęczenie psychiczne. Kilkudziesięciu pacjentów dziennie. Każdorazowo, by przebadać taką osobę, trzeba się przebrać w stroje ochronne. Ogromna presja i strach, czy wszystko jest jak trzeba. I ciągłe myślenie: czy jestem bezpieczny? A do tego początkowe braki w sprzęcie ochronnym. To odcisnęło na ludziach z kliniki swoje piętno.

    - Jest już spokojniej. Zapraszam - usłyszeliśmy od prof. Flisiaka, kiedy zadzwoniliśmy do niego w połowie września.

    Przy bramie wjazdowej nie ma już wojska. Po budynkach szpitalnych można się poruszać samodzielnie. Wszędzie wiszą plakaty z informacjami o dezynfekcji rąk, środkach ochrony osobistej i zachowaniu dystansu społecznego.

    - Ludzie już spokojniej podchodzą do koronawirusa. Nie biegną do nas, bo mają gorączkę czy jakieś inne niepokojące ich objawy. To się też przekłada na spokojniejszą naszą pracę. Sami też wiemy o wiele więcej o tym wirusie niż w marcu - tłumaczy profesor.

    Idziemy na oddział.

    Najpierw jednak środki ostrożności. Muszę się przebrać w specjalny fartuch, maseczkę, rękawiczki i ochraniacze na buty. Lekarzowi czy pielęgniarce ich założenie zajmuje około minuty, mnie ze trzy razy dłużej, a i to z pomocą pani pielęgniarki.

    Nawet w tak prostej czynności, jak przebieranie się w stroje ochronne, personel kliniki opracował własny system. Jedno z pomieszczeń zaadaptowano na taką „specjalną szatnię”. Na pierwszy rzut oka wewnątrz leżą ogromne sterty różnych środków ochronnych.

    - To tylko tak wygląda, jakby to był bałagan - tłumaczy prof. Tadeusz Łapiński. - Od prawej są kombinezony ochronne, ochraniacze na obuwie, obok maseczki, gogle, przyłbice, ewentualnie kaptury ochronne i rękawiczki. Zakładasz dany element i przechodzisz krok dalej, by wziąć coś kolejnego. To bardzo przyspiesza ubieranie się.  

    Klinika

    Po klinice oprowadzają mnie profesorowie Flisiak i Łapiński.

    - Na pierwszy rzut oka zmian nie widać, ale musieliśmy się dostosować do sytuacji - mówi ten drugi.

    Mata dezynfekcyjna przed drzwiami do sali chorych oznacza, że w jej wnętrzu znajduje się zakażony pacjent. Szybki rzut oka na korytarz kliniki: kilka mat leży pod drzwiami.

    Pod sufitami i przy dyżurkach zamontowano specjalne filtry powietrza, które dodatkowo wyposażone są w specjalne lampy sterylizujące powietrze. Urządzenia pracują bez przerwy.

    Akurat trafił pacjent z podejrzeniem zakażania covidem. Jedna z pielęgniarek błyskawicznie przebiera się w kombinezon ochronny i ochraniacze na buty. Pierwszą parę rękawiczek skleja taśmą z kombinezonem. To gwarancja szczelnego połączenia. Mimo to potem nakłada jeszcze dodatkową parę rękawiczek. Do tego gogle, maseczka i przyłbica. Zamiast przyłbicy, jeśli chce, może też nałożyć specjalny kaptur. Podobne do tych w filmie „Epidemia” z Dustinem Hoffmanem.

    Mam na sobie połowę mniej środków ochronnych, a jest mi niesamowicie gorąco.

    Prof. Łapiński: - Może chce pan przetestować nasze pomarańczowe kombinezony ochronne…

    Wiem, że to żart. To kombinezony wykorzystywane w sytuacjach skażeń biologicznych. Są wykonane z grubej gumy. W takich kombinezonach początkowo pracowano w laboratorium UMB, które badało próbki od pacjentów podejrzewanych o zakażenie covidem. Są tak szczelne, a przez to jest w nich tak gorąco, że niewiele osób dało radę pracować w nich dłużej niż 20 minut.

    Profesor wyciąga komórkę i pokazuje swoje zdjęcia w podobnym kombinezonie, tylko że w żółtym kolorze.

    Do pacjenta z podejrzeniem covidu nie podchodzimy. Pielęgniarka idzie tam sama.

    Na chwilę odwiedzamy pielęgniarki wprowadzające dane pacjentów do systemów komputerowych. Jako że pracują w strefie zagrożenia, też są ubrane w kombinezony ochronne.

    Na korytarzu mijamy panią z dokumentami pod pachą.

    - To jedna z najważniejszych osób w klinice - tłumaczy prof. Flisiak. - To nasza sekretarka medyczna. To ona odpowiada z kontakt telefoniczny z naszymi pacjentami

    - To pewnie ma urwanie głowy? Wszyscy skarżą się, że nie sposób dodzwonić się do sanepidu, nie mówiąc już o tym, by czegoś się tam dowiedzieć - pytam.

    - A właśnie nie. Mamy dobry kontakt z pacjentami, w dwie strony.

    Sterylność

    Idziemy do izolatorium. Jest przeznaczone dla pacjentów najcięższym stanie. Wchodzi się tam przez specjalne śluzy. Pacjent jest obserwowany przez pielęgniarkę z dyżurki, przez szybę. Na szczęście to pomieszczenie nie musiało jeszcze gościć żadnego pacjenta.

    - To najbardziej sterylne miejsce w Białymstoku - śmieje się prof. Flisiak.

    Na korytarzu obok mijamy pomieszczenie zaklejone folią i biało-czerwoną taśmą. Na drzwiach przyklejona kartka - „Fumigacja”.

    - To nasz nowy sposób dezynfekcji pomieszczeń. Używamy specjalnego urządzenia, które oczyszcza nam wnętrze takich sal jonami srebra. Jest sterowane zdalnie. Przeciętnie proces ten trwa około godziny. Przed włączeniem urządzenia trzeba uszczelnić pomieszczenie, to dlatego pozaklejane są okna czy drzwi. Wcześniej sami dezynfekowaliśmy sale i potem robiliśmy wymazy, czy wszystko jest czyste jak trzeba. Ta nowa metoda jest dużo szybsza - tłumaczy prof. Łapiński.

    Na koniec jeszcze pamiątkowa fotografia zespołu. Mam dosłownie minutę, bo wszyscy są mocno zajęci. Klinika przygotowuje się na przyjmowanie reszty pacjentów „zakaźnych”. Jak mówią lekarze, Covid-19 nie zlikwidował żadnej z chorób. Za to konsekwencje przerwanych terapii i braku możliwości konsultacji ze specjalistami w największym stopniu będą ponosić pacjenci chorujący na choroby inne niż koronawirus.

    Niwspełna dwa tygodnie po wizycie w klinice w Polsce gwałtownie zaczęły wzrastać statystyki nowych zakażeń koronawirusem. 

    Wojciech Więcko

  • 70 LAT UMB            Logotyp Młody Medyk.