• Ostatnia zmiana 17.08.2017 przez Medyk Białostocki

    Prof. Lech Chyczewski żegna się z Medykiem

    Po 15 latach jako redaktor naczelny Medyka Białostockiego prof. Lech Chyczewski ustąpił z funkcji. Zastąpi go Marcin Tomkiel, rzecznik prasowy UMB. Tę funkcję także jeszcze niedawno pełnił prof. Chyczewski. To dobry moment na rozmowę nowego i starszego pokolenia dziennikarzy.

     

    Marcin Tomkiel: Naszą rozmowę zacznę od podziękowań i gratulacji. Bycie redaktorem naczelnym uniwersyteckiej gazety przez 15 lat to ogromny obowiązek, wymagający kreatywności, odporności na krytykę, ale także konsolidowanie społeczności akademickiej i pokazywanie potencjału Uczelni światu. Mam nadzieję, że czujesz osobistą satysfakcję  ? 

     

    Na obecny wygląd Medyka Białostockiego największy wpływ miało NATO i linie lotnicze LOT 

    Prof. Lech Chyczewski: - Wiele uczelni próbuje wydawać swoją gazetę. Często jest tak, że po kilku numerach te upadaj, albo są sztucznie utrzymywane i zalegają w magazynach. Mam wielką satysfakcję z pracy w „Medyku”. Podam przykład, pewnego razu wychodziłem późnym wieczorem z mojego zakładu, podbiegł do mnie portier, chwycił za rękę i pocałował… Skonfundowałem się. Powiedział mi: „chciałem Panu podziękować za „Medyka”, bo pracuję w tej firmie już kilkanaście lat i dopiero teraz wiem co się w tej Uczelni dzieje i w jakiej firmie ja pracuję”. Takie reakcje dodają nowych sił. To znaczy, że to pismo było potrzebne, jest i będzie potrzebne. Ma ugruntowaną pozycję, ludzie są przyzwyczajeni , że się ukazuje i czekają. Jest po prostu zakorzenione. W zasadzie w „Medyku” nic się nie zmienia. Nowy naczelny jest profesjonalistą, ludzie którzy do tej pory redagowali gazetę pozostają, więc jest to tylko bardzo łagodna zmiana na stanowisku redaktora naczelnego.

    Dziękuję bardzo za miłe słowa.

    - Ja się nie czuję ojcem tego pisma, bo ma ono swoją historię sięgającą roku 1956. To był okres kiedy w Polsce Władysław Gomułka dochodził do władzy. Wtedy gazeta była całkowicie redagowana przez studentów. Robili to bardzo profesjonalnie i w dojrzały sposób. Niestety ukazały się tylko trzy numery. Polecam sięgnąć do tych pism [są w zbiorach Biblioteki UMb – red.]. Ciekawym pomysłem mogłyby być przedruki tamtych wydań we współczesnych wydaniach „Medyka”.

    Co było największym wyzwaniem w pracy redakcji? Wiem, że zaczynaliście redagować „Medyka Białostockiego” w oparciu o olbrzymi entuzjazm, ale bez pieniędzy.

     Praca w „Medyku” dała mi olbrzymie i niewymierne korzyści. Dzięki temu byłem świadkiem i uczestnikiem wielu zdarzeń, o których bym zwyczajnie nawet nie wiedział. Po drugie stałem się miłośnikiem historii. Wcześniej nigdy jej nie lubiłem

    - Po tym jak w latach 50-tych wstrzymano prace redakcji, w 2000 r. prof. Krzysztof Worowski podjął próbę reaktywacji pisma. To były kwartalniki, wydawane i tytułowane tak jak pory roku. Czasopismo było bardzo starannie redagowane, a każda literka była wręcz wycyzelowana. Głównie pisano o historii naszej Uczelni. Jednak ta formuła nie spodobała się czytelnikom i po niespełna dwóch latach znowu była groźba zamknięcia redakcji. Wtedy ja dostałem propozycję zostania „naczelnym”.  W tamtym czasie poleciałem z prof. Jackiem Niklińskim do Brukseli, na spotkanie z przedstawicielami NATO, aby rozmawiać na temat wspólnych warsztatów. Prof. Nikliński w samolocie wziął do ręki gazetę „LOT-u” i zaczął mnie pytać, dlaczego „Medyk” nie wygląda podobnie? I w sumie wtedy zapadła decyzja, że trzeba zmienić formułę pisma. Już nie kwartalnik, a miesięcznik. Gazeta miała mieć poręczny format, być cieńsza, ale zawierać więcej informacji niż wcześniej.

    Pamiętam, że praca przy pierwszych sześciu numerach to było przede wszystkim poszukiwanie pieniędzy na druk. Mieliśmy takie specjalne puszki na datki zamontowane przy stojakach z gazetami. Była tam informacja, że pismo jest za darmo, ale jeśli ktoś wrzuci dwa złote, to będzie nam miło. Drukarz był mężem jednej z naszych pracownic, więc dzięki jej wstawiennictwu i naszym prośbom, drukowaliśmy „Medyka” po kosztach.

    Medyk miał jeszcze jedną ważną cechę – jedną część redagowali pracownicy, drugą studenci. Na tym mi zawsze zależało, żeby „Medyk” stał niejako na dwóch nogach. Miał być taki przepływ informacji – student będzie wiedział co się dzieje na Uczelni i pracownik będzie wiedział co się dzieje, a jednocześnie każda ze stron będzie mogła wyrazić swoje bolączki. To też trudny temat. Ciężko jest wypracować taki model pisma, aby oprócz tego jego „dworskości”, zawrzeć w nim konstruktywną krytykę. A ona jest potrzebna, nawet władzom Uczelni.

    Jak odbierana jest krytyka ?

    - Jeśli krytyka była zasadna, to nie zdarzało się, że ktoś miał do mnie pretensje.

    Medyk Białostocki spełnia swoją funkcję konsolidowania uczelnianej społeczności już nie tylko w Białymstoku, ale także za granicami Polski.

    - Wersja elektroniczna gazety sprawia, że gdziekolwiek się przebywa za granicą, to za pośrednictwem strony internetowej „Medyka”, czy jego facebooka, można być na bieżąco w sprawach Uczelni. To bardzo ważne, ponieważ nasi absolwenci rozrzuceni są po całym świecie. Ten rodzaj komunikacji z nimi i więzi powinien się utrzymywać. Rozmawiałem niedawno z prof. Markiem Konarzewskim, który kilka lat temu był radcą ds. nauki w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie. To m.in. z jego inicjatywy powstało w USA stowarzyszenie naszych absolwentów. Jego zdaniem to świetna inwestycja dla UMB. Co prawda nie przyniesie profitów od razu, ale w dłuższym czasie, to się jednak będzie opłacało. „Medyk” też w tej kwestii ma swoje zadania do wykonania. Opisując losy naszych absolwentów, pokazując ich dokonania, sprawiamy, że oni nadal są częścią naszej Uczelni. Mogą się z nią dalej identyfikować. UMB zaś zyskało doskonałą promocję, gdyż nasi dawni studenci to często bardzo uznane postacie w amerykańskim środowisku medycznym. Ta więź buduje Uczelnię. Dla przykładu podam, że pomysł na hymn UMB zrodził się właśnie podczas zjazdu absolwentów [najbliższy zjazd odbędzie się w Nashville w październiku – red.]. 

    W ostatnich latach media, a szczególnie prasa bardzo się zmieniły. Tabloidyzacja i pogoń za sensacją stały się powszechne. Wszystkim się wydaje, że gazeta uniwersytecka powinna być bardziej „naukowa”.

    - „Medyk” nie powinien być pismem naukowym. Nie powinien też dryfować w kierunku tabloidu. To powinna być gazeta, która rzetelnie informuje o wydarzeniach w Uczelni, ale także poddaje pomysły, które by ją budowały i rozwijały. Na pewno troszkę „dworskości” musi być, bo trzeba eksponować osiągnięcia. Trzeba też uważać, aby nie przekroczyć granicy śmieszności i nie rozdmuchiwać rzeczy miałkich, mało ważnych.

    W swojej pracy starałem się pamiętać, że uczelnia to nie tylko nauczyciele akademiccy, ale też ciężko pracujący pion administracji, technicy, czy szpitale. Trzeba dostrzegać pracujących tam ludzi. Opisywać ich. Wiadomo, że u nas się dużo się nie zarabia, ale można starać się budować entuzjazm w naszym środowisku. Dzięki temu ludzie zaczynają się identyfikować z tą instytucją. To jest ta najważniejsza rzecz, którą można zrobić poprzez tę gazetę.

    Chciałbym, aby Medyk Białostocki stał się pomostem łączącym świat nauki ze światem przedsiębiorców, pokazywania potencjału uczelni i efektywnego wykorzystania szansy jaką stwarza obecna perspektywa UE, czyli zdobywania wspólnych grantów i realizowania projektów.

    - To jest bardzo ważny aspekt, bo świat zmierza w tym kierunku idzie. To się nazywa komercjalizacja nauki. Kiedy zaczynałem swoją pracę, to każdy dłubał coś w laboratorium i był bardzo szczęśliwy. Liczyły się tylko badania, które nie zawsze miały przełożenie na praktykę, a przy najmniej to nie było wtedy priorytetem. W tej chwili wszystko jest inaczej. Potrzebny jest spektakularny sukces, który od razu zamienia się w produkt handlowy. To jest dobre i złe. Jesteśmy właśnie świadkami umierania nauk podstawowych. One są bazą dla dalszych badań aplikacyjnych. Niedostrzeganie tego nie jest dobre. Jednak żyjemy w takim świecie, że żąda się od nas naukowców badań, które przełożą się na nowy lek, terapię, na coś co będzie zarabiać pieniądze.

    W ostatnich latach przy zaangażowaniu wielu osób, pod Twoim kierunkiem, ukazała się m.in. monografia uczelni. Szacunek dla tradycji i jej opisywanie cechują dojrzałe instytucje. Jakie jeszcze wydarzenia powinny zostać zauważone?

    - Takich pól, które „Medyk” powinien podsumować, jest jeszcze bardzo dużo. Na pewno olbrzymim osiągnięciem są nowe uczelniane budynki, które powstały w ostatnim czasie. Uważam, że są kluczowe w rozwoju Uczelni. To zauważył jeszcze rektor Górski. Mówił: rozwijamy się, ale za tym nie nadąża baza. Teraz to się zmienia. Warto zajrzeć do tych nowych budynków, zobaczyć co w nich jest i ocenić tę zmianę. W 2008 roku w „Medyku” zamieściliśmy mapę uczelnianych obiektów. W tym momencie przybyło ich tak dużo, że można by tę mapę uzupełnić, a dodatkowo wyeksponować co się w tych gmachach robi, jakie Zakłady się mieszczą itd. To bardzo przydatna informacja, zwłaszcza dla młodych studentów.

    Oprócz opisywania ludzi UMB, chciałbym także na łamach Medyka Białostockiego zajrzeć w ich pozazawodowe życie, ujawnić pasje, prywatne zainteresowania…

     

    - W naszym Uniwersytecie jest wielu bardzo ciekawych ludzi. Jeden zajmuje się astronomią, drugi maluje, trzeci wiersze pisze, fotografuje itd. Od czasu do czasu warto pokazać tych ludzi. Mieliśmy również taki cykl, gdzie prof. Adam Dobroński opisywał poszczególne miasta regionu. Zawsze uważałem, że to pismo powinno wyjść na zewnątrz, nie tylko zamykać się w tej obwarowanej twierdzy jaką jest pałac. Żyjemy w tak ciekawym i pięknym regionie. Pamiętam jak prof. Lebensztejn napisał nam cykl artykułów o ptakach. Jest on ekspertem w tej dziedzinie. Obserwuje te zwierzęta, śledzi i fotografuje. To było bardzo ciekawe. Oczywiście nie jest łatwo namówić ludzi, żeby się odkryli…Ci którzy są ciekawi, często chowają swoje pozazawodowe pasje. Takie artykuły ocieplają wizerunek Uczelni.

    Czym była dla Ciebie praca jako naczelny Medyka Białostockiego?

    - Praca w „Medyku” dała mi olbrzymie i niewymierne korzyści. Dzięki temu byłem świadkiem i uczestnikiem wielu zdarzeń, o których bym zwyczajnie nawet nie wiedział. Po drugie stałem się miłośnikiem historii. Wcześniej nigdy jej nie lubiłem. Nie uczyłem się jej, nie rozumiałem jej. Ba, nawet nie uważałem jej za naukę. Biologia, chemia, matematyka to były prawdziwe przedmioty. W szkole dostawałem z niej piątki, tylko dlatego żeby świadectwo wyglądało dobrze. Natomiast jak się wziąłem za „Medyka” to pokochałem historię. Uważam, że bez szacunku dla historii, braku chęci jej poznania, to człowiek jest niedokształcony. Jest półinteligentem. To jest mój główny profit z tej pracy. Dzięki „Medykowi” z półinteligenta stałem się inteligentem [śmiech – red.].

    Cieszę, się też z tego, że pismo trafiało także do osób spoza Uczelni. Arcybiskup Edward Ozorowski, kiedy się spotykaliśmy, zawsze witał mnie z „Medykiem Białostockim” w ręku.

    Rozmawiał Marcin Tomkiel, redaktor naczelny Medyka Białostockiego

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.