• Ostatnia zmiana 29.01.2016 przez Medyk Białostocki

    Jerzy Sarosiek. Zwycięzca - wywiad

    To najważniejszy moment w moim życiu - mówił prof. Jerzy Sarosiek, kiedy pół godziny przed uroczystością rozmawialiśmy z nim w gabinecie rektora UMB.

    Nie bójcie się kwestionować hipotez przedstawianych przez swoich profesorów. Ktokolwiek przychodzi z nową koncepcją, to nie krytykujmy jej, ale trzeba to sprawdzić. Ma rację albo nie. Nawet wśród tych nieprawdopodobnych sytuacji można będzie znaleźć rację

    Małżonka profesora i inni członkowie jego rodziny siedzieli już w pierwszym rzędzie na Auli Magna. Sam gość główny w rektoracie przebierał się w czarną togę z czerwonymi lamówkami (kolor Wydziału Lekarskiego, którego jest absolwentem). Uśmiechnięty, bez przerwy odbierający gratulacje. Na uroczystość przyjechali nawet jego dawni koledzy ze szkoły w Sokółce. Niektórych widział po raz pierwszy od czasów szkolnych. Z innymi stale utrzymuje kontakt.

    Profesor chwilami mówi z prędkością karabinu maszynowego.

     

    Wojciech Więcko: Ma Pan tremę przed uroczystością?

    Prof. Jerzy Sarosiek: - Tremę może nie, ale są we mnie ogromne emocje. Głowa, wyobraźnia… to wszystko teraz mocno pracuje. Trochę stresuję się, czy wszystko dobrze wypadnie.

    A samo wyróżnienie? Jak Pan odbiera fakt przyznania honorowego doktoratu?

    - To najważniejszy moment mojego życia. To największy honor i zaszczyt w mojej karierze naukowej. Nigdy nie przypuszczałem, że coś takiego nastąpi. To jest mój szczyt jako naukowca. Piękny akcent. Kiedyś Napoleon Bonaparte powiedział „Victory belongs to the most persevering” [zwycięstwo należy do najbardziej wytrwałych - red.], czyli że zwycięstwo należy do tego, kto pracuje najciężej i nigdy nie przestaje. To jest moje piękne zwycięstwo. Tak sobie myślę, że może od dziś powinienem mieć drugie imię obok Jerzego - Wiktor. Bo ono oznacza zwycięzcę.

    Powtórzę się, ale to wyróżnienie to ogromny honor dla mnie. Dziękuję bardzo Jego Magnificencji Jackowi Niklińskiemu i prof. Lechowi Chyczewskiemu, że dostrzegli moją pracę, mój wkład w naukę, że uznali, iż jest to istotne dla naszej uczelni.

    Pan to dość skromnie przedstawia. Prawda jest jednak taka, że mało brakowało, a mógłbym teraz rozmawiać z laureatem nagrody Nobla…

    - No tak, pracowałem z noblistą przez wiele lat. Czułem wtedy, że ta nauka, którą robiliśmy, wymagała przekraczania granic naszej wyobraźni. Sięgania poza horyzont racji. 30 lat temu, kiedy prof. Barry Marshall [laureat nagrody Nobla z 2005 r. - red.] przyjechał z koncepcją, że bakteria powoduje wrzód żołądka, większość intelektualistów i najlepszych fizjologów mówiła, iż to niemożliwe. W żołądku człowieka - wśród wszystkich żyjących stworzeń na ziemi - jest najsilniejsza przeciwbakteryjna bariera. Zabija wszystko, co wchodzi do żołądka, każdą bakterię. I w tej sytuacji stwierdzić, że bakteria żyje w żołądku i powoduje najpierw jego wrzód, a potem jego nowotwór, to jest to przeciwko racjonalnemu myśleniu. Przeciw teoriom wielkich umysłów tamtych czasów, najsłynniejszych ówczesnych fizjologów i intelektualistów.

    Obserwacje prof. Marshalla, czy moje, spowodowały, że ja w to uwierzyłem. Znaleźliśmy dodatkowe wskaźniki, które istnieją w głębi naszego organizmu, których ci fizjologowie nie znali. Nawet nie potrafiliśmy ich wszystkich wtedy zbadać. To one spowodowały, że najpierw my, a później inni, zaczęli inaczej myśleć. Dzięki temu stwierdziliśmy, że nie mieliśmy racji sądząc, iż kwas żołądkowy zabija wszystkie bakterie w żołądku. To wymagało wielkiej wyobraźni, ale też odwagi. Ta była potrzebna, by zignorować krytykę najlepszych umysłów tamtych czasów i prowadzić badania wierząc, że tam coś musi być.

    Teraz to o Panu, prof. Marshallu i Pana kolegach z dawnego zespołu badawczego, mówi się, że jesteście najlepszymi umysłami naszych czasów.

    - Podobno (śmiech). To też ważna rada dla młodych ludzi: nie bójcie się kwestionować hipotez przedstawianych przez swoich profesorów. Ktokolwiek przychodzi z nową koncepcją, to nie krytykujmy jej, ale trzeba to sprawdzić. Dać szansę, pozwolić takiej osobie to udowodnić. Ma rację albo nie. To jest 50 na 50. Nawet wśród tych nieprawdopodobnych sytuacji można będzie znaleźć rację. To dlatego badania naukowe, chęć osiągnięcia postępu, wymaga zaangażowania tak wielu osób, tak wielu bystrych umysłów. Nauka jest bardzo skomplikowana.

    Ile rzeczy jest jeszcze do odkrycia?

    Kiedyś, na początku mojej naukowej drogi, tak po cichu marzyłem sobie, że może kiedyś będę profesorem. Nie takim wybitnym, ale takim zwyczajnym naukowcem - wykładowcą, z dorobkiem

    - My 30 lat temu mówiliśmy o tej bakterii w żołądku. W tej chwili robimy badania idąc w dół przewodu pokarmowego, do jelit. Stwierdzamy, że w jelitach u człowieka żyje 100 trylionów komórek bakteryjnych. A przecież nasz organizm zbudowany jest ledwie z jednego tryliona komórek. Czyli samych bakterii w przewodzie pokarmowym mamy sto razy więcej. Oczywiście one są mniejsze, ale ich ilość decyduje o tym, co się dzieje w naszym przewodzie pokarmowym, jakie choroby się u nas rozwijają, jaki mamy apetyt, jak trawimy, jaka jest nasza waga. W zasadzie to one decydują o tym, jacy jesteśmy. To nasza armia żołnierzy, która decyduje o naszym życiu. Czy jest nam dobrze, czy może nie.

    Na świecie jest teraz taki trend, że przyjmuje się za dużo antybiotyków. A one „zabijają” to nasze wojsko. Zamiast tego zacznijmy dobrze i zdrowo jeść, nie bierzmy antybiotyków. Pomożemy sobie, pomożemy naszym bakteriom.

    Wróćmy do tematu samej uroczystości. Tuż po niej, w uczelnianej galerii doktorów honoris causa UMB, znajdującej się obok rektoratu, zawiśnie też Pański portret. Miał Pan okazję przyjrzeć się, kto wcześniej został tak samo uhonorowany?

    - Tak, bo wiele z tych osób było w przeszłości moimi nauczycielami. Kiedyś, na początku mojej naukowej drogi, tak po cichu marzyłem sobie, że może kiedyś będę profesorem. Nie takim wybitnym, jak te osoby, ale takim zwyczajnym naukowcem - wykładowcą, z jakimś dorobkiem. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mój portret będzie wisiał obok ich. To dla mnie wielki honor.

    Pan nie wybrał prostej drogi kariery w USA. Mimo habilitacji i znaczących osiągnięć naukowych w kraju, nie nostryfikował Pan dyplomu w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego?

    - Kiedy przed 1986 r. wyjechałem do USA, nie planowałem tam zostać. Chciałem się czegoś nauczyć i wrócić do kraju. Wszystko zmienił wybuch elektrowni w Czarnobylu. W USA pojawiły się głosy, że zagrożenie promieniowaniem może być szalenie niebezpieczne. Że nie wiadomo, jakie to może wywołać szkody. Kto mógł, uciekał z tego obszaru. Mnie udało się sprowadzić do Stanów Zjednoczonych żonę i trójkę dzieci.

    Jak pojawiła się rodzina, to okazało się, że moja dotychczasowa pensja nie wystarcza do utrzymania piątki osób (żona dopiero po trzech latach nostryfikowała swój dyplom lekarski i zaczęła pracę w zawodzie - red.). Musiałem szybko zdecydować się na pracę, która dawała największe zarobki. Dlatego skupiłem się na pracy naukowca. Na nostryfikację dyplomu nie miałem czasu. Teraz, po latach, wiem, że zrobiłem dobrze. W nauce zawsze czułem się najlepiej.

    Co radzi Pan młodym ludziom, którzy teraz rozpoczynają naukę na naszej uczelni, albo lada moment ją skończą?

    - Tylko jedno: po skończeniu tej uczelni, która dziś jest dużo lepsza niż za moich czasów, mogą jechać, gdzie chcą i starać się zostać kim chcą. Na całym świecie. Warunek jest jeden: to, co chcą robić, to musi być ich pasja i miłość. To jest gwarancja sukcesu. Tu na uczelni zdobędą bazę do pracy. Reszta zależy od ich pracy.

    Rozmawiał Wojciech Więcko

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.