• Ostatnia zmiana 24.01.2019 przez Medyk Białostocki

    Miss na SOR: bez korony i obcasów

    Przedstawiamy: I wicemiss Podlasia, II wicemiss Polski, miss Wirtualnej Polski, miss Polski Widzów Polsatu, studentka magisterskich studiów pielęgniarskich na WNoZ oraz pielęgniarka pracująca na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku. Wzrost 178. Uśmiech modelki, naturalność i uroda. Skromna, delikatna i wrażliwa dziewczyna. Joanna Babynko.

    Na wywiad umówiliśmy się kilka dni po konkursie Miss Polski, który odbył się 9 grudnia w Krynicy Zdroju. Na miejsce wybraliśmy… pokój szefowej pielęgniarek SOR w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym. Joanna Babynko miała akurat przerwę w pracy. Rozmowa odbyła się bez korony i wysokich obcasów.

     

    Katarzyna Malinowska-Olczyk i Wojciech Więcko: Jest dopiero kilka dni po wyborach Miss Polski, a Pani już w pracy i to na „pierwszej linii frontu”, czyli na SOR-ze…

    Joanno Babynko: - Już trzy dni po konkursie byłam w pracy. Jestem zatrudniona na etacie i musze normalnie swoje godziny przepracować. To nie problem, lubię swoją pracę, przychodzę tu z chęcią i uśmiechem na twarzy.

    Studiuje Pani dziennie, pracuje na SOR-ze. A teraz dojdą jeszcze obowiązki „miss”. Da się to połączyć?

    - Mam nadzieję. Najbardziej obawiam się o studia. Jeśli chodzi o bycie „miss” zdaje sobie sprawę, że wiąże się to z pewnymi obowiązkami, pokazami, wyjazdami czy pokazywaniem się na różnych galach. Nie znam jeszcze szczegółów, ale wiem, że przybędzie mi dodatkowych zajęć. W momencie kiedy zdobyłam tytuł, zaczęłam należeć do agencji „Miss Polski” i na bieżąco dostaję teraz różne propozycje, z których powinnam korzystać. Mam już zaplanowany wyjazd do Sopotu, potem finał konkursu Mister Polski, na którym też muszę być. Do tego dochodzą zobowiązania wobec sponsorów. Dzisiaj po pracy mam zdjęcia, jutro casting, w niedzielę wywiad. To są przyjemne rzeczy, ale zabierają czas. Doba ma tylko 24 godziny i będę musiała to wszystko dobrze poukładać. Zresztą ja całe życie cierpię na brak czasu (śmiech). Życie jest tak wspaniałe, tyle fajnych rzeczy można robić, więc cały czas dokładam sobie zajęć.

    Jak to się stało, że wystartowała Pani w konkursie piękności?

    - Koleżanki mnie namówiły. Wcześniej pracowałam w przychodni dziecięcej i dziewczyny, z którymi pracowałam, zachęcały mnie. Mówiły: ty musisz iść na konkurs miss. Ja na to, że w ogóle się do tego nie nadaję, to nie jest mój świat. Rok temu w grudniu, na święta, jedna z nich zaczęła do mnie pisać. Jej siostra startowała w konkursie Miss Nastolatek. Przekonywały mnie obie, że to superprzygoda. Ja nigdy wcześniej nie próbowałam sił w takim konkursie. To było moje pierwsze zgłoszenie.

    Te konkursy z jednej strony - to trochę taka bajka: wielka gala, szyk, piękne stroje. Z drugiej strony mają też wielu krytyków, którzy źle wyrażają się o startujących w nich dziewczynach. Nie bała się Pani takiej „łatki”?  

    - Ja nigdy się nie interesowałam konkursami piękności, nigdy ich nie oglądałam, nie zastanawiałam się. Po prostu poszłam spróbować. Nie do końca wiedziałam, jak to wszystko będzie wyglądać. Ja właściwie zgłosiłam się tylko na wybory Miss Podlasia. Nie liczyłam na to, co będzie dalej. Było tam bardzo przyjemnie, można powiedzieć, że panowała rodzinna atmosfera. I w tym naszym regionalnym konkursie zostałam I wicemiss. I potem wszystko samo się potoczyło. Był ćwierćfinał w Łodzi, potem półfinał w Kozienicach i znalazłam się wśród dziewczyn, które miały wystąpić na finale w Krynicy. Tam zostałam II wicemiss. Nie wiem, co ludzie myślą o mnie. Staram się nie przejmować tym, co mówią inni. Moi najbliżsi wiedzą, jaką jestem osobą. Czy jest tylko wygląd, czy coś więcej.

    Podoba się Pani ten świat pięknych strojów, błysków fleszy, reflektorów, stylistów, publiczności…

    - To zupełnie inny świat i jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłam. Ja, na co dzień chodzę bez makijażu. Nigdy się nie malowałam i lubię siebie taką, jaką jestem. A podczas tych wyborów przeniosłam się w inny wymiar. Poczułam się tam mega kobieco. Byłam pięknie ubrania, uczesana, z makijażem. Przyznam, że czułam olbrzymią tremę, szczególnie na próbie generalnej. Jak miałam robiony makijaż, zrobiłam to, co zazwyczaj na zawodach (Pani Joanna trenuje karate - red.) - czyli nałożyłam słuchawki na uszy i się wyłączyłam. Czułam się tak, jakbym za chwilę miała wyjść na matę. To mnie zmotywowało. W karate też wychodzę na matę sama, oceniają mnie sędziowie i publiczność. Tylko stroje są trochę inne i nie ma szpilek (śmiech). Bo muszę przyznać, że po tygodniu przygotowań i potem po występie w finale, stopy mam pokaleczone i obolałe.

    Najbliżsi dopingowali Panią?

    - Tak, do Krynicy przyjechali bliscy: rodzice, siostra, brat z narzeczoną, kuzyn i mój chłopak oraz mój przyjaciel z Krakowa. Jak wyszłam na scenę i zobaczyłam moich rodziców, którzy siedzieli w jednym z pierwszych rzędów, to potwornie się zestresowałam. Stałam naprzeciwko, a oni zaczęli się do mnie uśmiechać, machać do mnie, przesyłać całusy. To było jeszcze przed rozpoczęciem transmisji. To mnie rozluźniło, trema zeszła. I potem już poszło...

    Była zazdrość wśród kandydatek?

    - Jak w każdym konkursie, taka zdrowa rywalizacja. Tu nie chodzi o podcinanie obcasów, czy cięcie sukienek (śmiech). Na naszym ostatnim zgrupowaniu było bardzo fajnie. Zżyłyśmy się z dziewczynami. Nie było żadnych przykrych sytuacji. Wszystkie się nawzajem motywowały, jak się przebierałyśmy, to sobie nawzajem pomagałyśmy. Jak przeszłam do finałowej „10”, to podbiegły do mnie te dziewczyny, które się nie zakwalifikowały, i zaczęły mi gratulować.

    Do tej pory już żyła Pani bardzo aktywnie. Szkoła, studia, ale też sport - karate. Zdobyła Pani wicemistrzostwo Europy drużynowo i trzecie miejsce indywidualnie. Skąd to karate w Pani życiu? Rodzeństwo Pani dokuczało?

    - Pochodzę z Sokółki. Była nas w domu trójka, ja jestem najmłodsza. Jak to dzieciaki, czasami ktoś kogoś szturchnął. Sportem zaraził mnie mój tata, który trenował karate. Jeździł do klubu do Białegostoku. Na początku to była zabawa. Potem zaczęłam jeździć na zawody - stratowałam w konkurencji kata (pokazy techniki). A później wolałam walczyć w konkurencji kumite (pojedynki z przeciwnikiem). Trenowałam w Białostockim Klubie Karate. Dojeżdżałam tam z tatą. Zajęć było dużo, ale na wszystko znajdowałam czas. Zresztą ja tak mam, że jak mam za dużo wolnego czasu, to się gubię. Jak mam cały dzień dokładnie zaplanowany, wszystko zrobię i jeszcze mam czas, żeby przeczytać książkę, czy z kimś się spotkać.

    Skąd wzięło się pielęgniarstwo? Rodzice mają coś wspólnego z medycyną?

    - Nie. Tata jest kolejarzem, mama krawcową, ale już nie pracuje zawodowo, zajmuje się domem. Skąd pielęgniarstwo? Jak byłam małą dziewczynką, to chciałam być pielęgniarką. A kiedy zaczęłam trenować karate, to tylko była jedna myśl: studia na AWF. Myślałam o byciu trenerem i założeniu własnej szkółki. Nic więcej nie wchodziło w grę. Pod koniec liceum złamałam rękę, potem miałam gips na nodze, później naderwałam mięsień. Długo nie mogłam trenować. Pomyślałam sobie, że AWF jest fajny, ale co zrobię, jak przytrafi mi się kolejna kontuzja? Zaczęłam rozmawiać z rodzicami. Radzili mi, żebym wybrała inne studia, zdobyła konkretny zawód, a uprawnienia trenerskie zrobiła sobie dodatkowo. Dlatego wtedy zaczęłam myśleć o ratownictwie medycznym lub fizjoterapii. To mama podpowiedziała, żeby wybrać pielęgniarstwo. Początkowo nie byłam przekonana do tego pomysłu. Zmieniłam zdanie, kiedy z klasą pojechałam do Białegostoku na dni otwarte UMB. Porozmawiałam ze studentami, którzy zaczęli mi odradzać ratownictwo, a zachęcać do pielęgniarstwa. Sugerowali, że pielęgniarstwo daje więcej możliwości. Można pracować w szpitalu, w poradni, ale też w POZ. Można też otworzyć coś na własną rękę. A ratownikowi zostaje praca na SOR lub w karetce i koniec. To miało sens. Studia tylko potwierdziły, że dobrze wybrałam. To jest to, co chcę robić w życiu. Cieszę się, że jestem pielęgniarką. Ta praca daje mi ogromną satysfakcję. Lubię kontakt z ludźmi, lubię jak coś się dzieje.

    A słyszy Pani czasami, że kiedy zastrzyk robi taka ładna pielęgniarka, to mniej boli…

    - Zdarza się. Czasem nie wiem, gdzie oczy podziać, takie słyszę pochwały. Nawet miłość mi wyznawano. Pani Asiu, pani Asiu - słyszę. Biegnę, a pacjent mówi: Pani wie, że panią kocham… Albo woła mnie inny. Podchodzę, bo myślę, że coś się dzieje. A on na to: ja chciałem tylko sobie na panią popatrzeć. Może to zabawne, ale czuje się zakłopotana w takich sytuacjach.

    Praca na SOR-ze jest bardzo trudna. To walka o życie i różne dramaty, bardzo obciążające psychicznie miejsce.

    - To prawda. Ale jeszcze gorzej było na oddziałach dziecięcych, gdzie miałam praktyki. Jak wracałam do domu, to nie nadawałam się już do niczego. Bardzo przeżywałam te sytuacje z pracy, nieraz płakać mi się chciało. Tutaj na SOR-ze też zdarzają się takie trudne sytuacje, które mnie wypalają wewnętrznie. Czasem jak widzę starsze osoby w takim strasznym stanie, opuszczone, zaniedbane… Nie wiem, jak można bliskich doprowadzić do takiego stanu, tak ich traktować, zostawiać samych sobie. A potem przyjeżdża rodzina, oburza się i wykrzykuje, co myśmy zrobiliśmy z ich dziadkiem czy babcią. A przecież wielkie odleżyny nie powstają w ciągu jednego dnia pobytu na SOR-ze.

    Za pięć lat chciałaby Pani dalej pracować na SOR-ze? Gdzie Pani widzi siebie?

    - Zawodowo czuję się dobrze tu, gdzie teraz jestem. Chciałabym dalej pracować jako pielęgniarka na SOR-ze, bo tu jestem szczęśliwa. Przychodzę do pracy z chęcią, mam olbrzymią satysfakcję, z tego co robię. Mamy tutaj super zgraną ekipę, w większości są to młodzi ludzie. A jeśli chodzi o modeling, nie ukrywam, że też chciałabym spróbować swoich sił. W planach mam też założenie rodziny.

    Pani serce jest już zajęte?

    - Tak, mam chłopaka. Pracował na SOR-ze w USK przez 4 lata. Przez trzy miesiące pracowaliśmy razem, teraz on przeniósł się do innego szpitala. Jest ratownikiem, ale też skończył pielęgniarstwo. Znamy się ze studiów.

    Ale za mąż, póki co, nie może Pani wyjść?

    - Nie mogę wyjść za maż, ani mieć dzieci - aż do końca grudnia 2020 roku. Jeżeli bym złamała te zakazy, mam zapisane kary. Ale to nie jest problem, jestem młoda. Zresztą zawsze mówiłam, że ja to późno wyjdę za mąż (śmiech).

    Jak Pani dba o siebie na co dzień? Widzimy w pracy zero makijażu?

    - Na co dzień się nie maluję. Wolę chodzić bez makijażu. Zresztą uważam, że w dzisiejszych czasach dziewczyny za dużo się malują. To nie jest potrzebne.

    Jak Pani dba o siebie? Jakaś specjalna dieta?

    - Jem wszystko, ale w rozsądnych ilościach. Jak mam na coś ochotę, to albo to sobie robię, albo kupuję.

    Pizza, lody, słodycze…

    - Wszystko, ale z rozsądkiem. Najbardziej lubię owoce i warzywa. Wprost je uwielbiam i jem dużo. I myślę, że to ma znaczenie. Piję też dużo wody. Można powiedzieć, że piję non stop. Myślę, że około 3-4 litry dziennie. A kiedy idę na trening, to wypijam kolejną butelkę. Rodzice zresztą propagowali zdrowy tryb życia. Mama zwracała dużą uwagę na to, co jemy. Mamy swój ogród, mama uprawia warzywa, owoce mamy z własnego sadu. Sama robi wędliny, co tydzień piecze chleb. To dużo daje, bo to jedzenie jest zupełnie inne niż to ze sklepu. Zdarza się, że czasem zjem coś niezdrowego, albo na dyżurze zamówimy pizzę. By mieć dobrą figurę nie trzeba się głodzić, trzeba jeść - tylko zdrowo. Nie tak dawno na obozie sportowym tłumaczyłam takiemu młodemu chłopakowi, że popełnia błąd - bo chce schudnąć, więc się głodzi. Nasz organizm jest taki mądry, że jak jemy regularnie, to on nie musi wtedy odkładać zapasów jedzenia, bo wie, że w określonym czasie te jedzenie dostanie. Mówiłam mu, że jak będzie jadł raz dziennie to organizm będzie chciał odłożyć zapasy i będzie przybierał na wadze, a nie tracił kilogramy. Uważam też, że jeśli mamy ochotę na jakieś owoce, to widocznie organizm ich potrzebuje. Jak chce mięsa, tzn. że mięsa potrzebuje. To jest gdzieś w podświadomości - organizm dyktuje to, co jest dla nas najlepsze. Nie wyglądam jak modelka, zresztą uważam, że większość modelek jest zbyt chuda. A ja nie chciałabym mniej ważyć. Podczas przygotowań do finału w Kozienicach schudłam, bo… miałam tam regularne posiłki. Schudłam ponad 3 kilo i źle się z tym czułam i źle wyglądałam. Ja chcę wyglądać jak kobieta, a nie jak wieszak.

    Bycie miss wiąże się też z dalekimi podróżami. Nie przeraża to Pani?

    - Nie. Konkursów piękności jest dużo i przypuszczam, że gdzieś pojadę reprezentować Polskę. Ale to nie problem. Uwielbiam jeździć, zwiedzać nowe miejsca za granicą i w Polsce. Staram się zawsze odłożyć parę groszy i wyjechać na wakacje. I nie musi być to koniec świata. W te wakacje pojechałam niedaleko, bo na Mazury, i byłam mega szczęśliwa. Jest tam tak pięknie.

    Ale są takie miejsca, które szczególnie się Pani marzą…

    - Tak - to Japonia i Chiny. Bardzo bym też chciała pojechać do Australii. To takie dalekie marzenia. Ale trzeba marzyć, bo jeżeli się marzy, to się potem spełnia. Trzeba zawsze dążyć do celu.

    Rozmawiali: Katarzyna Malinowska-Olczyk i Wojciech Więcko

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.