• Ostatnia zmiana 16.04.2013 przez Medyk Białostocki

    Medycyna i fortepian

    Najpiękniejsze lata życia spędził w Białymstoku. Tu studiował i pracował, a także śpiewał w chórze Akademii Medycznej. Tu rodziły się jego dzieci. I choć dr Antoni Sydor wyjechał 32 lata temu do Tarnowa, nie zapomina o swojej Alma Mater.

    Życie związało go z Białymstokiem, można rzec, przypadkiem. Rodzice dr Antoniego Sydora pochodzili z Sokala i ze Lwowa. Jednak jeszcze przed zakończeniem wojny przyjechali do Przeworska. I tam w 1945 roku urodził się pan Antoni. W Przeworsku skończył szkoły. Na miejsce studiowania wybrał Białystok. Tu mieszkał z rodziną jego wuj (Józef Senetelski, wieloletni dyrektor III LO).

    Studia na Akademii Medycznej, choć przypadły na trudne komunistyczne czasy były - jak twierdzi - najlepszym okresem jego życia. Dr Sydor pamięta wydarzenia marcowe, czystki na uczelniach. Mało brakowało, a on również „wyleciałby” ze studiów. Wszystko z powodu chóru, do którego zapisał się w 1964 roku (wówczas chór wznowił swoją działalność).

    - Śpiewaliśmy utwory religijne i tzw. muzykę dawną - opowiada. - I z tego powodu, to nasze śpiewanie było źle widziane przez władze. W pewnym momencie zapadła decyzja o usunięciu naszego dyrygenta pana Józefa Sieberta, jednocześnie organisty w kościele Św. Wojciecha. Byłem wówczas prezesem chóru. Z koleżanką chórzystką, która była córką jednego z sekretarzy partii, poszedłem do I sekretarza wojewódzkiego z prośbą o interwencję. Okazało się, że moja wizyta sprawiła, że o mały włos, nie wyleciałem ze studiów. Gdyby nie to, że dobrze sobie radziłem, pewnie by mnie usunięto z uczelni. Rektor Ludwik Komczyński wezwał mnie do siebie i zapytał, co ja najlepszego robię. Czy ty wiesz, na jakiej ziemi żyjesz? - zapytał. Powiedziałem: na polskiej ziemi. On na to: głupiś ty. Pomimo że w chórze AMB byłem 17 lat, do wyjazdu w 1981 roku nie dane mi już było zaśpiewać w którymkolwiek z białostockich kościołów. A tam jest przecież także najlepsza akustyka. Takie to były czasy! 

    Notatki na fortepianie

    By utrzymać się na studiach dr Sydor musiał pracować. Ojciec, jedyny żywiciel rodziny, z pensji urzędnika (był kierownikiem wydziału rolnictwa w Powiatowej Radzie Narodowej) niewiele mógł mu pomóc. I tu przydała się umiejętność gry na fortepianie (w Przeworsku ukończył 7-letnią szkołę muzyczną, a potem przez kolejne trzy lata pobierał prywatne lekcje u absolwentki konserwatorium lwowskiego). Wieczorami przygrywał w kabarecie „Kontrasty”, który działał w klubie „ConieCo”. Grał na kursach tańca. W soboty i niedziele - w zespołach studenckich, m.in. jazzowym zespole Ambia, a także akompaniował na słynnych wówczas wieczorkach: „U Henryczka”, które raz na miesiąc odbywały się w klubie „ConieCo”.

    - Później zaproponowano mi pracę na pół etatu w Ognisku Baletowym przy ul. Kilińskiego -wspomina. - Muszę powiedzieć, że ciekawie wyglądała moja studencka nauka. Miałem kolegę Jacka Gąsiora, który regularnie chodził i bardzo dokładnie notował na wykładach. On mi dawał swoje notatki, ja je kładłem na pulpit fortepianu czy pianina i grając uczyłem się medycyny. Nawet mi to nieźle szło. Jedynie egzaminu z medycyny sądowej u pani prof. Marii Byrdy nie zdałem w pierwszym terminie, pozostałe przedmioty zaliczałem z dobrym wynikiem i za pierwszym podejściem.

    Początkowo mieszkał w akademiku, potem na stancji przy ul. Białej. Pokój wynajmował razem z pochodzącym z Płocka Lechem Chyczewskim, obecnie profesorem UMB. Pamięta, że zaprzyjaźnili się ze starszą panią, która im ten pokój wynajmowała:

    - To była wyjątkowa osoba. Po jakimś czasie zaproponowała nam, byśmy mówili do niej Babciu. Była dla nas jak matka, opiekowała się, podkarmiała, pomagała, jak mogła.

    Na studiach poznał też - pochodzącą z Ostrowi Mazowieckiej - swoją żonę Urszulę (również studiowała na Akademii Medycznej, ale dwa lata niżej, a potem zarówno w Białymstoku, jak i Tarnowie, pracowała jako laryngolog). Po uzyskaniu dyplomu lekarza rektor Komczyński zaproponował mu staż, a potem studium doktoranckie w Zakładzie Patomorfologii. Promotorem doktoratu z onkologii doświadczalnej był prof. Henryk Nowak, ówczesny kierownik zakładu. Dr Sydor prowadził też zajęcia z histopatologii i wykonywał sekcje zwłok.

    Już jako pracownik zakładu dostał swoje pierwsze mieszkanie przy ul. Mieszka I. Cały czas działał też w chórze: był korepetytorem chóru, prowadził zajęcia.

    W 1974 roku z Zakładu Patomorfologii przeniósł się do Kliniki Kardiologii. U prof. Andrzeja Kalicińskiego nauczył się medycyny klinicznej, podejścia do pacjenta.

    - Pomimo starań nie mogłem się tam jednak w pełni rozwijać naukowo - uważa.

    Do Tarnowa na ordynatora

    To było m.in. powodem, że zdecydował się z całą rodziną wyjechać z Białegostoku. Na decyzję, oprócz braku perspektyw na dalszy rozwój naukowy, wpływ miała także sytuacja rodzinna.

    - Przeniosłem się ze względu na starszych już wiekiem rodziców, którymi chciałem się opiekować - mówi dr Sydor. - Ponadto mój najmłodszy brat miał chorobę Downa i wymagał opieki, nadzoru i wsparcia. Także ze strony lekarskiej. A Przeworsk jest położony ponad 400 km od Białegostoku.

    W 1981 roku wygrał konkurs na ordynatora oddziału chorób wewnętrznych w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Tarnowie. Miał za zadanie zorganizować dializoterapię. I zrobił to. Najpierw stworzył ośrodek dializ w starym, potem nowym szpitalu (ośrodki te na dziewięć i 13 stanowisk dalej funkcjonują). Już pracując w Tarnowie zrobił specjalizację z nefrologii.

    - Gdy wyjeżdżałem na studia ojciec powiedział: żyj tak, abyś pozostawił po sobie trwały ślad. To się spełniło właśnie w Tarnowie - wspomina.

    Nadal jest ordynatorem (35-łóżkowego oddziału i 13-stanowiskowego ośrodka dializ) w Szpitalu Wojewódzkim im. Św. Łukasza w Tarnowie. Pełni tę funkcję nieprzerwanie od 32 lat (wygrywał wszystkie konkursy, które odbywały się co sześć lat). Przez te lata wykształcił wielu specjalistów z chorób wewnętrznych, opublikował ponad 40 prac naukowych. W 1986 roku był na półrocznym stypendium w Klinice Nefrologii Uniwersytetu w Lund w Szwecji, a cztery lata później na trzymiesięcznym szkoleniu z zakresu nefrologii i ultrasonografii w Iowa Methodist Medical Center w Des Moines w USA. Od ponad 20 lat jest też prezesem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego w Tarnowie, które zrzesza ponad 1000 członków. Był założycielem i przez kilkanaście lat prezesem Fundacji Szpitali Tarnowskich, która zajmowała się gromadzeniem środków na zakup nowoczesnej aparatury. Działał w izbie lekarskiej. Organizował Krajowe Kongresy Ekologiczne EKO-MED w Tarnowie.  Od kilkunastu lat prowadzi wykłady z patologii na wydziałach pielęgniarstwa i fizjoterapii w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Tarnowie. Przez prawie 30 lat był też lekarzem biskupów tarnowskich.

    Nadal, jak przyznaje, drugą jego największą pasją po medycynie jest muzyka. Każdego dnia stara się znaleźć choć chwilę, by pograć na pianinie. Zdarza się mu też występować na scenie. Rok temu zagrał na Koncercie Galowym Lekarzy w teatrze muzycznym Roma w Warszawie. Z kolei w grudniu w tarnowskim teatrze grał m.in. mazurki Chopina podczas trzech koncertów charytatywnych, z których dochód został przeznaczony na budowę miejscowego hospicjum. Był pomysłodawcą i współorganizatorem tych koncertów, w których wykonawcami byli lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci z tarnowskich placówek służby zdrowia.

    Za swoją działalność lekarską dr Sydor został wyróżniony medalem Gloria Medicinae (jest on co roku przyznawany przez Polskie Towarzystwo Lekarskie dziesięciu lekarzom w Polsce). I to odznaczenie dr Sydor ceni sobie najbardziej. Podkreśla jednak, że choć cieszy się ze swojej pracy, to z tego, co udało mu się w Tarnowie, najważniejsza jest rodzina: żona (która była dla niego zawsze wielkim wsparciem) i trójka dzieci. Równie ważne jest kontynuowanie polskich tradycji i wiara, bez której trudno by mu było znaleźć sens życia.

    - Już nie mogę się doczekać, kiedy mój dom zapełni się w święta dziećmi i wnukami - mówił podczas naszej rozmowy przed świętami.

    Dzieci poza domem

    Cała trójka mieszka poza Tarnowem. Najstarszy syn Paweł jest kompozytorem. Na studia muzyczne dostał się aż do trzech uczelni: Akademii Muzycznej w Krakowie oraz dwóch uczelni w Stanach Zjednoczonych: Drake University w stanie Iowa oraz Oberlin Conservatory of Music w stanie Ohio. Wybrał tę ostatnią. Studiował tam fortepian, kompozycję oraz dyrygenturę. Następnie rozpoczął studia w najbardziej elitarnej i prestiżowej The Juilliard School of Music w Nowym Jorku (co roku o jedno miejsce ubiega się tam ok.160-180 kandydatów z całego świata). Uczył się w klasie kompozycji Johna Corigliano (wybitny amerykański kompozytor, w Polsce bardziej znany z muzyki do filmu „Purpurowe skrzypce”). W Stanach ożenił się z rodowitą Amerykanką. Po dziesięciu latach pobytu w USA wrócił do Polski. Mieszka, pracuje i komponuje (ostatnio np. muzykę do filmu „Popiełuszko”) w Julianowie pod Warszawą. Żona jest dyrektorem polskiego oddziału międzynarodowej korporacji. Mają trzy córki. Najstarsza Maria również studiuje już na Akademii Muzycznej.

    Młodszy syn Wojciech jest lekarzem, absolwentem Akademii Medycznej w Krakowie. Po studiach rozpoczął pracę u prof. Andrzeja Szczeklika i do dziś pracuje w Klinice Alergii i Immunologii Collegium Medicum UJ. Jest doktorem medycyny i specjalistą alergologii i immunologii. Ma czworo dzieci (trzy córki i syna).

    Najmłodsza córka pana Antoniego Joanna jest aktorką, absolwentką PWST w Krakowie (grała m.in. w serialu „M jak miłość” rolę Teresy, dziewczyny Pawła Zduńskiego). Teraz w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie studiuje architekturę wnętrz. Mieszka w Warszawie. Ma dwóch synów.

    - Moja najstarsza wnuczka ma 21 lat, a najmłodsza - półtora roku. W sumie mam dziewięcioro wnucząt i właśnie z nich jestem najbardziej dumny - uśmiecha się dr Sydor.

    Katarzyna Malinowska-Olczyk

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.