• Ostatnia zmiana 25.03.2013 przez Medyk Białostocki

    Pojechali po naukę

    W Stanach dobry nauczyciel, to taki, który potrafi dużo nauczyć i umie zaszczepić pasję do medycyny – o swoich wrażeniach z kilkuletniego pobytu w USA opowiadają Eliza i Krzysztof Pierko z Chicago

    Z moimi bohaterami, najmłodszymi absolwentami Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, mieszkającymi w Stanach, rozmawiam przez skype’a. Jest niedziela. Są w swoim wynajętym apartamencie, z okien którego widać jezioro Michigan. Oboje uśmiechnięci, zadowoleni. Jak zapewniają szczęśliwi. Do Stanów wyjechali świadomie, w poszukiwaniu lepszego, ciekawszego życia.

    - Stany Zjednoczone zawsze mnie fascynowały z różnych powodów i czułem, że tu bardziej będę mógł się rozwijać – przyznaje Krzysztof. – A ja chciałem się uczyć i poszerzać horyzonty. W Polsce lekarze podczas specjalizacji z różnych powodów zmuszeni sa do wykonywania „papierkowej roboty”. Tutaj nauka wygląda inaczej. Każdy dzień zaczyna się od „morning report”, gdzie omawiane są przypadki pacjentów przyjętych poprzedniego dnia. To nie tylko dyskusja na temat dolegliwości pacjenta i propozycji, jak go leczyć, ale również nauka logicznego i krytycznego myślenia w oparciu o najnowsza ewidencje medyczna (EBV – „evidence based medicine”). Oprócz tego liczne prelekcje, konferencje z różnych dziedzin medycyny i kluby dyskusyjne („journal clubs”) – przynajmniej dziesięć godzin dodatkowej edukacji tygodniowo.

    W Stanach dobry nauczyciel, to ten który dużo może nauczyć i zaszczepić pasję do medycyny. Już od pierwszych dni rezydent jest odpowiedzialny nie tylko za swoja edukacje, ale również edukacje studentów. W tym akademickim rozwoju pomaga bardzo rozbudowany system ewaluacji. Studenci oceniają rezydentów i adiunkta, rezydenci swoich kolegów, studentów i adiunkta, a adiunkt ocenia wszystkich. Taka ocena odbywa się co miesiąc i jest anonimowa.

    - I ci, którzy są dobrymi nauczycielami, dostają za to nagrody – dodaje Krzysztof. - Przez to wszyscy chętnie uczą i dzielą się swoją wiedzą. Tutaj nie ma strachu, że jak dobrze nauczę rezydenta, i ten rezydent będzie lepszy niż ja, to stracę pracę.

    Krzysztof w lipcu skończył już specjalizację z chorób wewnętrznych. Jego żona dopiero kończy rezydenturę. Na razie nie planują wracać do Polski, choć nie ukrywają, że ciągnie ich do kraju i każdy dłuższy urlop spędzają w ojczyźnie.

    - Mamy nadzieje, że w Polsce też dojdzie do tego, że to pacjent i jego dobro będzie najważniejsze. To będzie czas żeby wrócić – mówi Eliza.

    Wyleczyć albo uśmiercić

    Krzysztof Stany poznał dobrze już kilka lat temu – przyjeżdżał tu na każde wakacje do rodziny w Bostonie. Eliza pierwszy raz przyjechała już jako narzeczona Krzysztofa w 2005 roku. Pobrali się na stażu w 2007 roku i wtedy na poważnie zaczęli zastanawiać się nad wyjazdem. Pracowali w szpitalu i uczyli się do egzaminów nostryfikacyjnych. Informacji o tym, jak przygotować się do nich, szukali na forach internetowych. Najbliżej egzamin nostryfikacyjny można było zdawać w Wilnie i przystąpili do niego w styczniu 2008 roku. Drugi – sprawdzający wiedzę kliniczną – zdawali w Berlinie. By zdać trzeci i czwarty, musieli pojechać do Stanów. W Filadelfii, na egzaminie praktycznym musieli zebrać wywiad i zbadać 13 pacjentów. Oceniano ich profesjonalizm, wiedzę kliniczną i znajomość języka. Najtrudniejszy, ostatni dwudniowy egzamin zdawali w Bostonie. Składał się z pytań testowych (łącznie prawie 500) i przypadków klinicznych wybieranych przez komputer.

    - To było coś w rodzaju gry komputerowej – opowiada Krzysztof. - Trzeba było zaproponować diagnostykę i leczenie, można było pacjenta wyleczyć lub uśmiercić.

    Ogromnym wsparciem  okazał się zapoznany przypadkiem naukowiec z Harvardu – prof. Mark Poznanski (dziadkowie jego wyjechali z Białegostoku w latach 20-tych XX wieku). Przy jego pomocy Eliza zaczęła pracę naukową na Harvardzie przy opracowywaniu szczepionki przeciw HIV. W tym czasie Krzysztof robił praktyki obserwacyjne w Massachusetts General Hospital w Bostonie, a jednocześnie przygotowywał się do rozmów kwalifikacyjnych na rezydenturę (postanowili, że on pierwszy zacznie specjalizację, a Eliza dopiero rok później). W grudniu 2008 roku Krzyśkowi, od razu po wstępnej rozmowie kwalifikacyjnej do Cook County Hospital w Chicago, zaproponowano rezydenturę, która rozpoczął w lipcu 2009 roku.

    Szalone tempo

    Eliza i Krzysztof byli na jednym roku. Jak mówią „zaiskrzyło” miedzy nimi po egzaminie z farmakologii. Zgodnie z tradycją, jaka była na ich roku, poszli całą paczką „oblać” egzamin w Odeonie. Wyszli już we dwoje.

    Początki okazały się bardzo trudne.

    - Miałem wiedzę medyczną, ale nie wiedziałem jak ją wdrożyć w życie – wspomina Krzysztof. – Znajomość podręczników to nie wszystko. Dużo uwagi poświęca się najnowszym trendom medycznym i informacjom pochodzącym z badań i projektów naukowych.

    Problemem był też język.

    - Okazało się, że pomimo tego, że uczyliśmy się angielskiego, czym innym była nauka, a czym innym używanie tego języka w codziennym życiu - opowiada. - Musieliśmy się nauczyć medycyny po angielsku, w czym do pewnego stopnia pomogła znajomość łaciny.

    Krzysztof pracuje w jednym w najstarszych szpitali w Stanach (pracuje tu też Waldemar Nikliński, bohater jednego z poprzednich odcinków cyklu). Większość rezydentów, to obcokrajowcy, szczególnie dużo osób pochodzi z Indii. Wielu lekarzy jest już po specjalizacjach, które zrobili w swoich ojczystych krajach.

    - Poziom ich wiedzy klinicznej i prowadzonych dyskusji, był bardzo wysoki, wręcz deprymujący - przyznaje.

    Szokowała też intensywność pracy.

    - Były takie miesiące, że jako młodszy rezydent pracowałem około 90- 100 godzin tygodniowo, nie licząc nocnych dyżurów. Zdarzało się, że o północy byłem w domu, a o godzinie 4 rano wstawałem, by na 5 znów iść do szpitala. Kiedyś użyłem krokomierza. Okazało się, że dziennie robiłem około ośmiu kilometrów!

    Eliza zaczęła swoja rezydenturę rok później w Saint Joseph Hospital w Chicago. Pomimo, że znała system pracy w amerykańskim szpitalu, początki nie były łatwe.

    - Każdy rezydent pierwszego roku ma pod opieką 8-9 pacjentów, i co czwarty dzień przyjmuje pięciu nowych. Każdego z nich trzeba zobaczyć, zlecić badania, leki i napisać notatkę.– wylicza Eliza. - Każdego dnia trzeba wykonać dziesiątki telefonów. Do tego codziennie są 2-3 godziny zajęć teoretycznych. Na początku trudno mi było wyrobić się w czasie z tym wszystkim. Amerykańscy studenci są bardziej przygotowani praktycznie. Już na trzecim roku studiów dostają pacjentów (jednego albo dwóch) i prowadzą ich „od A do Z”.

    Przyznają, że kilka miesięcy zajęło im wdrożenie w ten system.

    - Po jakimś czasie wiedzieliśmy, na co poświecić więcej czasu, na co mniej, by móc się z tym wszystkim wyrobić – mówią zgodnie.

    Szef rezydentów

    Kiedy w czerwcu ub. roku Krzysiek kończył rezydenturę, wygrał konkurs na funkcje szefa rezydentów (Chief Medical Resident - w Polsce nie ma odpowiednika tej pozycji). Na co dzień pod opieką ma 50 rezydentów ( a na dyżurach nawet 150).

    - Te stanowisko to zaszczyt i wyróżnienie – mówi dumna z męża Eliza. – Kandydatów na to stanowisko zgłaszają zarówno rezydenci jak i adiunkci. Po szeregu rozmów kwalifikacyjnych z dyrektorami programu i szefem szpitala jest głosowanie. Krzysiek był najlepszy w ocenie jednych i drugich.

    - Jestem „łącznikiem” pomiędzy rezydentami, a szefostwem - tłumaczy Krzysztof. - Jest to pozycja akademicka, ale i administracyjna. Jestem menadżerem, a jednocześnie nauczycielem. Muszę prowadzić konferencje, przygotowywać raporty z najtrudniejszych przypadków, uczyć rezydentów i studentów . Uczestniczę w rekrutacji, prowadzę rozmowy z kandydatami.

    Wie już, że od 1 lipca będzie zatrudniony jako lekarz internista w Cook County Hospital, oraz jako nauczyciel akademicki (clinical instructor – odpowiednik adiunkta) na współpracującym ze szpitalem Rush University. Będzie też lekarzem proceduralistą – odpowiedzialnym za wykonywanie różnych zabiegów medycznych : nakłuć opłucnej, otrzewnej, nakłuć lędźwiowych, biopsji czy dojść centralnych (w Polsce robią to jedynie chirurdzy lub anestezjolodzy). W przyszłym roku ma szanse dostać tytuł Associate Professor w Rush University (tytuł profesora nadzwyczajnego).

    Elizie do końca rezydentury zostały cztery miesiące. Potem od lipca w MacNeal Hospital rozpocznie podspecjalizację z medycyny sportowej. Czeka ją dodatkowy rok nauki. Przyznaje, że od dziecka uprawiała sport: grała w koszykówkę, biegała, skakała w dal. Ale o medycynie sportowej nigdy nie myślała.

    - W Polsce od trzeciego roku studiów działałam w studenckim kole naukowym działającym przy Klinice Hematologii – wspomina. - Jak przyjechałam do Stanów to też myślałam o specjalizacji z hematologii-onkologii. Na pierwszym roku rezydentury pracowałam jako wolontariusz na maratonie w Chicago i to był początek mojej nowej pasji. Medycyna sportowa łączy to, co w medycynie mnie kręci najbardziej: zdrowe odżywianie, psychologia, interna i układ mięśniowo-kostny. Sama też biegam. Przebiegłam już dwa maratony (w Chicago i w Paryżu) i kilka półmaratonów.

    Pomagają Polakom

    Oboje przyznają, że wielką satysfakcję w ich pracy sprawia im pomaganie Polonii.

    - Będąc na rezydenturze, raz w tygodniu przyjmowałem pacjentów w przychodni i czasem czułem się tak, jakbym nigdy nie wyjeżdżał z Polski. Połowa moich pacjentów to byli Polacy – opowiada Krzysztof.

    Eliza pracuje w półprywatnym szpitalem. Tam Polacy prawie nie trafiają (przez trzy lata było może dwóch polskich pacjentów). Raz w tygodniu pracuje w przychodni, w której przyjmowane są osoby nieubezpieczone. Leczą tam wolontariusze (około 400 lekarzy), którzy do dyspozycji mają leki – dary od firm farmaceutycznych. Jak mówi Eliza to są jej „polskie dni”.

    - W każdy czwartek przyjmuje średnio 5-7 polskich pacjentów - opowiada. - Przychodzą i mówią, że u lekarza byli osiem albo dziesięć lat temu, kiedy byli w Polsce. Często nie znają języka, nie mają pracy ani ubezpieczenia. Zgłaszają się z bardzo poważnymi chorobami: zaawansowaną cukrzycą czy rozwiniętym nadciśnieniem. Są szczęśliwi, że mogą w ojczystym języku wytłumaczyć, co im dolega.

    Państwo Pierko przyznają, że ostatnio sytuacja Polaków z powodu kryzysu bardzo się pogorszyła.

    - Co drugi, trzeci polski pacjent w mojej przychodni ma depresję – mówi Eliza. - Mają ogromny poziom lęku, często z tego powodu, że są nielegalnie, nie znają języka. Boją się ruszyć poza polską dzielnicę. Boją się, ze ktoś ich o cos zapyta, i nie zrozumieją. Albo zabłądzą.

    - A jak nawet pracują i zarabiają, to wszystkie pieniądze inwestują w Polsce – mówi Krzysztof. – Tam budują domy czy kupują samochody. A w Stanach żyją oszczędzając na wszystkim. Problem w tym, że potem są tak chorzy, że nie mogą już wrócić. Przyznam, że namówiłem kilku starszych Polaków do powrotu do kraju, żeby zdążyli nacieszyć się życiem.

    Paczki z Polski

    Nie ukrywają, że im na początku też było ciężko finansowo. Rezydentura jest traktowana, jako przedłużenie studiów i dalsza nauka. Lekarz robiący specjalizację zarabia około cztery razy mniej, niż młody lekarz na normalnym etacie.  Szczególnie ciężki był pierwszy rok, gdy Krzysztof był na rezydenturze, a Eliza zdobywała doświadczenie pracując na wolontariacie.

    - Rodzina chciała nam z Polski przysyłać jedzenie – wspominają ze śmiechem. -

    Ale my i tak mamy dobrze, bo nie mamy długów za szkołę medyczną.

    Jak mówią, teraz z dwóch pensji rezydentów są w stanie spokojnie przeżyć. Mają pieniądze by pójść na koncert, festiwal czy kilka razy w miesiącu do restauracji. Nieliczne wolne dni starają się spędzać aktywnie. Latem Krzysiek jeździ rowerem, Eliza biega. Zimą robią wypady w góry, by pozjeżdżać na snowboardzie. Mieszkają w wynajętym apartamencie w centrum Chicago. Na razie nie planują kupować własnego lokum, bo nie wiedzą, jak potoczą się ich dalsze losy.

    Jak mówią widzą zarówno dobre jak i złe strony życia w Stanach.

    - Firmy ubezpieczeniowe i ubezpieczenie zdrowotne są koszmarem – przyznaje Eliza. - Często zdarza się, że jak ktoś nie ma dobrego ubezpieczenia, to musi zaciągać mega kredyty na leczenie.

    Przyznają jednak zgodnie, że łatwiej się żyje w USA. A sytuacja lekarzy jest stabilniejsza i bardziej rozwojowa.

    - Taka struktura oddziału, gdzie jest ordynator stojący na czubku piramidy, a potem są wszyscy pod nim, to system hamujący rozwój – uważa Krzysztof. – Tu nie ma ordynatorów. Są szefowie internistów czy specjalistów, ale oni nie mają wpływu na dalszy rozwój poszczególnych lekarzy. Każdy działa indywidualnie, sam decyduje o tym, jak chce się rozwijać i co chce robić ze swoją karierą.

    Otwartość i rozmowa

    Podkreślają, że jeśli chodzi o leki czy diagnostykę, Polska nie odstaje od Stanów. Również, jeśli chodzi o poziom kształcenia studentów medycyny z przedmiotów teoretycznych. Problem tkwi w relacjach między ludźmi, brakiem otwartości, a także z pewnymi schematami, które pokutują.

    W USA pacjentem opiekuje się zespół składający się z adiunkta, dwóch starszych rezydentów, dwóch młodszych rezydentów i zazwyczaj kilku studentów. Wkład intelektualny i zdanie każdego z członków zespołu jest brany pod uwagę. Jest swoboda wypowiedzi, otwartość i miejsce na dyskusje. Niejednokrotnie słyszy się stwierdzenie z ust adiunkta – „Wow. Dziś nauczyłem się od Was czegoś nowego. Dziękuje.”

    Podkreślają jednak, że pod jednym względem mają przewagę nad kolegami w pracy - w Polsce studenci lepiej uczeni są podejścia do pacjenta, a w szczególności do badania fizykalnego.

    - Amerykańscy rezydenci nadużywają badań diagnostycznych, nie umieją badać pacjenta fizykalnie. Brakuje im techniki – mówi Eliza.

    - Do dziś wspominam prof. Wiktora Łaszewicza z Kliniki Gastroenterologii. – dodaje Krzysztof. - Według mnie jest jednym z najlepszych lekarzy, jeśli chodzi o profesjonalizm, kontakt z pacjentem i badanie fizykalne.  Kiedyś na zajęciach powiedział: ”medycyna to sztuka, my jesteśmy artystami i powinniśmy się zachowywać jak artyści”. I ja za jego rada staram się być artystą i uczyć innych tego szlachetnego fachu.

    Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.