• Ostatnia zmiana 31.01.2013 przez Medyk Białostocki

    To miał być tylko wyjazd na wakacje

    Dr Małgorzata Kinalska do Stanów pojechała na wakacje. Pewnego dnia obudziła się i usłyszała, że w Polsce wprowadzono stan wojenny. - Poczułam, jak gruba żelazna brama zamknęła się przede mną z trzaskiem - wspomina

    Tuż po zakończeniu studiów na Akademii Medycznej w Białymstoku pojechała na wakacje do Stanów. Byli tam jej bracia, którzy wyjechali na tzw. ”saksy”. Przed wylotem poradzili jej, by przyjechała z pustymi walizkami, bo w Ameryce jest tyle fajnych rzeczy do kupienia. Rodzice dali jej jakieś pieniądze, ale natychmiast wydała je na podróże: do Kalifornii i na Zachodnie Wybrzeże. W Houston poznała chłopaka, swojego przyszłego męża, i dla niego swój pobyt przedłużyła. Jak mówi, nie wie, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby ktoś nie podjął za nią decyzji. Pewnego ranka obudziła się bowiem i z telewizji dowiedziała się, że nie może wrócić do Polski - wprowadzono tam stan wojenny.

    - To dla mnie zabrzmiało strasznie - opowiada. - Nie miałam powrotu. Nie miałam też pieniędzy, ubrań, ani notatek ze studiów. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Ameryka mi się nie podobała. Texas wyglądał jak trzeci świat. W Houston było kilka wieżowców w Downtown, a pozostała część to budy. Było mi też za gorąco. Jak szłam ulicą, to szukałam sklepów z klimatyzacją, żeby się ochłodzić, nie byłam w stanie oddychać.

    Jak mówi, naiwnie myślała, że skoro ma dyplom studiów, pójdzie na rozmowę i dostanie pracę. Znajomi sprowadzili ją na ziemię.

    - Dowiedziałam się jak ciężko jest nostryfikować dyplom lekarza i ile czeka mnie zachodu, by móc pracować w zawodzie. Niektórym zajęło to nawet dziesięć lat - opowiada.

    Pediatria z przypadku

    Dr Kinalska zaczęła szykować się do egzaminu w sesji wiosennej. Przepisała notatki od koleżanki i poszła z marszu na egzamin. I go zdała! Potem rozpoczęła starania o rezydenturę. Mąż pracował w Houston, była więc ograniczona wyborem miejsca nauki. Już miała „zaklepane” miejsce, kiedy niespodziewanie dostała telefon z prestiżowej University of Texas Medical School. Zaproponowano jej specjalizację z pediatrii. Ucieszyła się, ale zaraz potem doznała pierwszego szoku.

    - O ile AMB wspaniale przygotowała mnie do egzaminów teoretycznych, to praktyki nie miałam żadnej - wspomina. - Codziennie przeżywałam wielki szok i stres, codziennie przychodziłam do domu i mówiłam, że rzucam to, bo to nie dla mnie. Studenci w Ameryce robią to, co u nas stażyści. Biorą udział w obchodach, razem z rezydentami prowadzą pacjentów. A je nie wiedziałam nawet jak po angielsku wypisać historię choroby. Ponadto wiadomo, że jak przychodzi nowa osoba, to na nią zwala się tą cała czarną robotę, której nikt nie chce.

    Pierwszą jej pacjentką była Cristel. Jej historia choroby była gruba jak dwie książki do anatomii Bochenka.

    - Była wcześniakiem i nikt nie wiedział, co jej jest - opowiada. - Hematolodzy podejrzewali, że to jakiś niezwykle rzadki przypadek onkologiczny. Leczyliśmy ją wieloma chemiotykami, a ona cały czas miała nawracające sepsy. Potem dostałam pacjentkę z bardzo nietypowymi objawami, o której nikt nic nie wiedział. Kolega zachował jej krew i kiedy ją zbadał po kilku latach okazało się, że był to pierwszy przypadek AIDS.

    Z rezydentury szczególnie zapamiętała dyżury na izbie przyjęć. Często latała helikopterem do różnych pacjentów. O tym, do jakiego przypadku leci, dowiadywała się, kiedy helikopter unosił się nad ziemię. I choć była to niezła szkoła życia, wspomina to z sentymentem.

    - Piloci latający na tych śmigłowcach opowiadali niesamowite historie, większość z nich walczyła w Wietnamie - mówi.

    Wyjeżdżając do USA dobrze znała język. Miała jednak problem, jak swoją polską wiedzę medyczną przetłumaczyć na angielski.

    - Jak patrzyłam na swoje notatki z Polski, to wszystko wiedziałam – tłumaczy. - Ale jak chciałam to powiedzieć po angielsku, nie potrafiłam. Znałam każde słowo oddzielnie, ale nie byłam w stanie przeprowadzić wywodu myślowego. Musiałam wytworzyć synapsy językowe na ten sam temat i nauczyć się myśleć po angielsku.

    Po trzech latach zrobiła specjalizację. I polubiła pediatrię, choć na studiach w Polsce nie podobała się jej.

    - W Polsce pediatria była traktowana, jako przetłumaczenie interny - wyjaśnia. – Dopiero w Ameryce odkryłam, że jest to zupełnie oddzielna jednostka, pełna medycyny inwazyjnej i specjalistycznej. Musiałam nauczyć się robić punkcję lędźwiową, odmę płuc, czy badać poziom tlenu wkłuwając się do tętnicy wcześniaka.

    Przypadki z książki

    Była w ciąży z córką, kiedy zaczęła pracować w wielobranżowej przychodni. Miała dużo pacjentów. Współpracowała ze specjalistami, których mogła prosić o konsultację. Co ważne, sama też mogła regulować ile godzin chce pracować. Po jakimś czasie postanowiła jednak razem z kolegą otworzyć własną praktykę. Ich przychodnia była w bardzo dobrym miejscu.

    - Ten mój kolega był bardzo oddany ludziom, leczył najbiedniejszych, tych, którzy nie mieli ubezpieczenia – opowiada. – W tej pracy zetknęłam się z przypadkami, o których wcześniej mogłam przeczytać tylko w książkach medycznych. Trafił np. do mnie płód z agenezją połowy ciała – czyli tylko z tułowiem. Takie przypadki są przy nieleczonej cukrzycy, kiedy nie pracuje łożysko i rozwija się tylko górna część ciała. Widziałam też różne genetyczne schorzenia: np. wielogłowie. Leczyłam dzieci z rodzin patologicznych. Pamiętam sytuację: przychodzi sam dzieciak, pytam gdzie jego mama. On na to jakby nic: a zabili ją wczoraj na ulicy. Poznałam realność Ameryki tej biednej. Bo z jednej strony miałam Amerykę dbającą do przesady o dziecko: rodziców, którzy mi dyktują, co mogę dać ich dziecku, a czego nie, gdzie mogę dotknąć przy badaniu, a gdzie nie. A z drugiej strony tę Amerykę porzuconą i zapomnianą, gdzie strzelają na ulicach, a dzieci mają dzieci.

    Praca

    Po kilku latach takiej pracy dr Kinalska powiedziała: dość. Przeszła do normalnej praktyki Texas Children Integretade System: w skład, którego wchodzi szpital Texas Children Hospital (największy szpital dziecięcy w Ameryce) oraz kilka zespołów pediatrycznych. Są to prywatne kliniki, które się ze sobą połączyły, by bronić się przed firmami ubezpieczeniowymi. Po fuzji mają wspólny zarząd. Dr Kinalska działa w jednej z rad (Menager Care). Odpowiedzialna jest za pilnowanie i przeglądanie kontraktów z różnymi firmami ubezpieczeniowymi.

    - Na przykład teraz chcieli nam płacić za bycie dobrymi lekarzami - opowiada. - A według nich dobrym lekarzem jesteś jak oszczędzasz na badaniach radiologicznych czy wysyłasz do taniego laboratorium! Na to nie mogliśmy się zgodzić.

    W najbliższym czasie jej przychodnia ma się przeprowadzić do nowoczesnego budynku, w którym będą świetnie wyposażone gabinety. Pracuje w międzynarodowym zespole: laborantki są z Filipin, pielęgniarki z Meksyku, office menager jest Arabką, chrześcijanką z Jerozolimy. Z kolei lekarze to prawie sami Amerykanie. Jedynym lekarzem z Europy oprócz dr Kinalskiej jest Alex, Serb urodzony w Belgradzie. Trafiają do nich pacjenci z całego świata.

    - Houston to biznes olejowy i wszystko funkcjonuje tu podobnie jak w armii. Pracownicy są przenoszeni z miejsca na miejsce, a razem z nimi ich rodziny – opowiada dr Kinalska. - Mam pacjentów z Kazachstanu, Afryki, Irlandii, bardzo dużo z Australii, Nowej Zelandii, Południowej Afryki, z Arabii. Alex mówi po francusku, my wszyscy, w tym ja również, po hiszpańsku. Musiałam się nauczyć tego języka, bo jak prosiłam tłumacza, to całą wizytę traciłam na przeprowadzenie wywiadu i uzyskanie odpowiedzi tak czy nie. Nawet swój rosyjski odnowiłam. Skąd by ten pacjent nie był, to się dogadamy. Uwielbiam swój zawód nie tylko dlatego, że mogę leczyć, ale że mam kontakt z ludźmi z całego świata, z różnych kultur, wykonujących różne zawody.

    Rodzina

    Mąż skończył geografię na Uniwersytecie Wrocławskim i przez kilka lat pracował w Stanach jako analityk geofizyczny. Odkrył jednak swoją prawdziwą pasję: podróżowanie, pisanie reportaży z tych podróży i fotografowanie. Od kilku lat z tego żyje. Jego zdjęcia można m.in. oglądać w przewodnikach Lonely Planet (www.witoldphotography.com).

    Dr Kinalska ma dwoje dzieci urodzonych prawie tego samego dnia w grudniu: Izabelę i Adama. Córka ma 26 lat. Skończyła sprawy zagraniczne, mówi czteroma językami. Objechała pół świata. Teraz pracuje w firmie Dell Computer w Austin jako specjalista HR. Syn Adam ma 23 lata. Przez dwa lata na Uniwersytecie w Teksasie studiował patrolling engineering. Ale po powrocie z pierwszego stażu na platformie wiertniczej porzucił studia. Potem studiował biologię – w dwa lata zrobił czteroletni program. Wybrał stomatologię w Dental School University of Texas, najnowocześniejszej szkole w USA. By się tam dostać musiał pokonać 1500 kandydatów. Teraz jest na pierwszym roku. Nie chce w przyszłości być zwykłym dentystą, tylko chirurgiem szczękowym.

    - Dobrze sobie radzi z przedmiotów praktycznych – cieszy się Pani Małgorzata. - Jest bardzo dobry manualnie, ma to po swoim dziadku dr Ryszardzie Kinalskim. I w sumie cieszę się, że pozwalałam mu grać w gry komputerowe, bo ma doskonale wyćwiczone palce.

    Polska ze wspomnień

    Do Polski przyjeżdża niezbyt regularnie. Ostatni raz była półtora roku temu, kiedy jej mama prof. Ida Kinalska otrzymała tytuł doctora Honoris Causa Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Być może odwiedzi Białystok w tym roku.

    - Polskę uwielbiam, to dla mnie jedyny kraj, z którym się identyfikuje - mówi. - Pierwszy raz do Polski przyjechałam po pięciu latach. To była dramatyczna podróż, bo już nie było tej mojej ojczyzny ze wspomnień, z czasów komunizmu. Zmieniły się ulice, budynki, wszystko wyładniało. Ale jest we mnie taka malutka nostalgia do tych szarych czasów, do tej Polski, którą pamiętam.

    Katarzyna Malinowska-Olczyk

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.