• Ostatnia zmiana 27.01.2016 przez Medyk Białostocki

    Wszystkie drogi prowadzą do Nashville

    Teresa Żyglewska, jako pierwsza na uczelni, skończyła analitykę i wydział lekarski indywidualnym tokiem studiów. Mieszkała w sześciu stanach USA, zdała kilka specjalizacji. Swoje miejsce na ziemi znalazła na przedmieściach Nashville, gdzie prowadzi prywatną klinikę neurologiczną.

    Medycyny można się nauczyć, lekarzem trzeba się urodzić - uważa Teresa Żyglewska, nasza absolwentka, od 26 lat mieszkająca w USA. Jej życie i kolejne życiowe decyzje świadczą o tym, że urodziła się po to, by leczyć i pomagać ludziom. W rozmowie wielokrotnie podkreśla, że lekarzem chciała być „od zawsze”, że kocha ten zawód. I tę empatię wyczuwają jej pacjenci.

    - Muszę przyznać, że mnie lubią - stwierdza. - Bywa, że rysują dla mnie obrazy czy… dziergają serwetki. Do mojej kliniki ciągle ustawiają się kolejki chętnych. Ale ja żartobliwie powtarzam, że to pewnie przez mój akcent - uśmiecha się. - Bo choć już od 26 lat mieszkam w USA, nie wyzbyłam się polskiego akcentu.

    Z Zimnoch w wielki Świat

    Medycyny można się nauczyć, lekarzem trzeba się urodzić - uważa Teresa Żyglewska, nasza absolwentka, od 26 lat mieszkająca w USA.

    Jednak zanim znalazła się tam, gdzie jest teraz, przeszła długą drogę. Urodziła się w Zimnochach, w małej miejscowości oddalonej od Białegostoku o 23 kilometry, niedaleko Turośni Kościelnej. I, jak podkreśla, jest dumna z tego, skąd pochodzi.

    - Dla mnie Zimnochy to najpiękniejsze miejsce na świecie. Teraz mieszkam na przedmieściach Nashville, wcześniej mieszkałam w pięciu innych stanach, ale nadal Zimnochy są najbliższe memu sercu. Moi rodzice w domu kładli nacisk na ciężką pracę i sumienność. I to były filary mojego rozwoju, które pozwoliły mi dojść tu, gdzie teraz jestem - podkreśla.

    Rodzice Teresy (z domu Czaczkowskiej) pracowali na roli. Ojciec był najstarszym synem. Jego matka zmarła tuż przed wojną, a dwaj bracia zginęli w czasie wojny. I mimo że był bardzo zdolny, nie mógł się uczyć, musiał zostać na roli.

    - Byłam jedyną córką w rodzinie - mówi Teresa. - A tata kiedyś powiedział mi tak: córko, wszystko to, co mam - lasy, łąki, pola - jest nasze, potem będzie twoje. Ale ty dziecko ucz się, ja takich możliwości nie miałem.

    Teresa najpierw skończyła podstawówkę w Czaczkach Małych, potem trafiła do I LO w Białymstoku, do klasy biologiczno-chemicznej. Przez całą szkołę miała najlepsze wyniki.

    - Wiedziałam, że dzięki temu będę mogła pójść na dowolne studia bez egzaminów. Oczywiście chciałam iść na medycynę. Jednak w ostatniej chwili okazało się, że chłopak z innej klasy, syn prominentów, ma raptem ciut lepsze oceny niż ja i to on może wybrać sobie dowolną uczelnię w Białymstoku - wspomina. - A ja z drugiego miejsca mogę iść na medycynę, ale do Lublina. A wtedy mój tata był już poważnie chory i to właściwie ja z mamą prowadziłyśmy gospodarstwo. Nie mogłam wyjechać. W tej sytuacji wybrałam analitykę. Był wtedy przyjmowany dopiero drugi rocznik.

    Dwa kierunki w osiem lat

    Już w czasie studiów Teresa znalazła zapis w regulaminie studiów, który dał jej nadzieję. Okazało się, że jeśli ktoś miał bardzo dobre oceny na jednym kierunku, mógł równolegle studiować też na drugim. Do tego potrzebna była jednak zgoda władz uczelni. Ówczesny dziekan Wydziału Farmacji z Oddziałem Analityki Medycznej, prof. Władysław Gałasiński wyraził tę zgodę jako pierwszy. Po długich staraniach zgodzili się inni. Teresa musiała jednak udowodnić, że da radę.

    - Było bardzo ciężko, bo nie dość, że miałam mnóstwo zajęć na obu kierunkach, to również dużo obowiązków w domu - podkreśla. - Pierwszy rok był szczególnie trudny, bo wtedy tata był w szpitalu, w Białymstoku, na kardiologii, a mama z zapaleniem płuc leżała w szpitalu Łapach. Teraz to sama nie wiem, skąd miałam na to wszystko siły. Uczyłam się w pociągu.

    Studia na analityce trwają pięć lat, a na wydziale lekarskim sześć. Teresie oba kierunki udało się zrobić nie w 11 lat, a w osiem. Medycynę zaczęła studiować, kiedy była na II roku analityki. Analitykę skończyła w swoim czasie - w 1983 roku obroniła magisterium, a w 1986 roku ukończyła wydział lekarski. Oba kierunki z czerwonymi dyplomami! W tamtych czasach było to coś wyjątkowego. Nawet ówczesna gazeta „Razem” napisała o niezwykle zdolnej studentce:

    - Do dziś pamiętam ten tytuł: „Nie odejdę daleko”. Siedzę na fotelu, w białym fartuchu, ze słuchawkami. Zdjęcie było zrobione w akademiku, gdzie w czasie studiów mieszkałam. Życie potoczyło się jednak tak przewrotnie, że wyjechałam bardzo daleko. 

    Kiedy skończyła analitykę, a studiowała jeszcze na wydziale lekarskim, zaczęła pracować jako asystentka u prof. Zofii Pietruskiej w Zakładzie Immunopatologii. Jednak nie odnalazła się w pracy naukowej, bardziej pociągnęła ją medycyna kliniczna.

    - Poczułam to na praktykach pielęgniarskich. To wtedy obudziła się we mnie ta miłość do łóżka chorego. Lubiłam tę atmosferę szpitalną i nie wyobrażałam sobie innej pracy - konstatuje.

    Pracowała w kole naukowym i po skończeniu studiów zrobiła doktorat oraz specjalizację z interny w Klinice Hematologii. Jak jednak podkreśla, same predyspozycje, smykałka do medycyny, umiejętność analitycznego myślenia i rozpoznawania chorób nie wystarczą. Równie ważna jest rola mistrza, który wprowadzi w arkana zawodu i pokieruje dalej. Jej mistrzami byli prof. Michał Bielawiec i prof. Janusz Kłoczko.

    Miłość znalazła we Wrocławiu

    Kiedy jeszcze studiowała medycynę, ale już pracowała, znalazła też czas na miłość. Swojego przyszłego męża Pawła poznała na konferencji studenckiej we Wrocławiu. Był maj 1984 roku. Kwitły magnolie...

    - Pamiętam, że przygotowywałam się do jakiegoś wystąpienia. Jakiś człowiek zapytał, czy może usiąść obok. Weszliśmy na salę, a on znów pyta, czy może przy mnie usiąść. To był Paweł - uśmiecha się. - Nie zwróciłam na niego szczególnej uwagi. Byłam wtedy w żałobie po śmierci ojca. Wszyscy poszli się bawić na Dni Wrocławia, ja jedna zostałam w hotelu. Paweł razem z moim kolegą z roku, z którym przyjechałam do Wrocławia, poszli też na jakąś dyskotekę. Szybko jednak wrócili. Co ty będziesz sama siedziała - usłyszałam. Potem wróciłam do domu. Po jakimś czasie dostałam kartkę z pytaniem: czy mogę przyjechać zobaczyć Białystok? Przyjechał i tak to się zaczęło.

    Paweł Żyglewski pochodził z Włocławka. Przez pięć lat utrzymywali znajomość. Teresa skończyła wydział lekarski, Paweł inżynierię chemiczną na Akademii Techniczno-Rolniczej w Bydgoszczy. Pobrali się w 1989 roku:

    - Paweł prowadził we Włocławku swój prywatny interes, miał mieszkanie z telefonem. A wtedy to było coś. Chciał, żebym przeprowadziła się do Włocławka. Ale jak to zrobić? - zastanawiałam się. Ja, jedynaczka, zostawię mamę samą na rodowych włościach? A na dodatek ta wymarzona praca na hematologii... Udało się, po znajomości, załatwić mieszkanie, telefon. Paweł sprzedał wszystko i to on przeniósł się do Białegostoku.

    Podróż za wielką wodę

    Przyszedł 1991 rok. Przełomowy w życiu Teresy.

    Jej mama urodziła się w Stanach Zjednoczonych w Minnesocie, miała amerykańskie obywatelstwo i paszport.

    - Któregoś dnia przyszedł do niej kuzyn i powiedział: ciocia wszyscy jadą do Ameryki. A ty masz te papiery, obywatelstwo, paszport. Masz też jedną córkę, zrób jej papiery. Może jej się to w życiu przyda - opowiada. - No i mama złożyła papiery w ambasadzie. Po dwóch latach załatwiania formalności okazało się, że ja, aby móc otrzymać te dokumenty, muszę w ciągu czterech miesięcy wyjechać do Stanów. Tylko, dokąd jechać i po co? Mama rozpłakała się. Żałowała, że złożyła te papiery, nie spodziewała się, że to będzie się wiązało z koniecznością wyjazdu.

    Wtedy miał miejsce niesamowity zbieg wydarzeń. Szef dr Żyglewskiej, prof. Bielawiec we wrześniu pojechał na konferencję hematologiczną do Turcji:

    - Wrócił i oznajmił: Teresa załatwiłem ci pracę. Okazało się, że podczas tej konferencji profesor (akurat wychodząc z łazienki) natknął się na prof. Kennetha Wu. Zaczął z nim rozmowę, powiedział, że ma bardzo dobrą asystentkę, z dokumentami i pozwoleniem na pracę. I ten profesor napisał na swojej wizytówce, że od 1 listopada oferuje mi pracę jako „postdoctoral fellowship” w „hemostasis laboratory”.

    30 października dr Żyglewska razem z mężem poleciała do Stanów. A 1 listopada zaczęła pracę na Texas University w Houston.

    Trudne dobrego początki

    Okazało się, że angielski nauczany w Polsce jest niewystarczający. Teksańczycy mówili z niezrozumiałym akcentem.

    - Pracowałam dniami i nocami, by pokazać, że rekomendacje wystawione przez szefa były autentyczne - twierdzi Teresa. - I jakoś się udało. Pierwsza moja publikacja ukazała się już w kwietniu. Jednak mąż, po dwóch latach pracy, tak mi powiedział: w twoim laboratorium pracują w większości Chińczycy, a oni nie mają papierów, więc muszą tu pracować. A ty masz studia, wszystkie pozwolenia. Szukaj innej pracy. Mój szef był niezadowolony, bo za pensję technika miał doktora, który pisał mu prace i przygotowywał publikacje.

    Dr Żyglewska znalazła pracę w prywatnej klinice neurologii, gdzie zajmowała się badaniem przewodnictwa nerwowego. Ówczesny szef zachęcił ją, by zdawała egzaminy nostryfikacyjne, które są bardzo trudne. Wymagają doskonałej znajomości języka, umiejętności szybkiego czytania i rozwiązywania testów. Teresa zaczęła przygotowywać się do egzaminów. Część z nich zdała, zanim urodziła się pierwsza córka Anna. Mieszkali w Houston, ale nie lubiła tego miasta, bo było tam zbyt duszno i zbyt gorąco. Mąż pracował w firmie chemicznej. I kiedy dostał propozycję pracy w Arkansas, postanowili się przenieść.

    - Poczekaliśmy, jak urodziła się druga córka, Anita, ja zrezygnowałam z pracy i przenieśliśmy się do Arkansas - opowiada. - Mieszkała już wtedy z nami moja mama, która pomagała nam w opiece nad dziewczynkami. Ja kosiłam trawę, gotowałam obiady i przygotowywałam się do kolejnej części egzaminu nostryfikacyjnego.

    Świetnie zdała egzaminy i z doskonałym wynikiem dostała się na rezydenturę. Mogła wybierać miejsce na specjalizację z neurologii, podania rozesłała więc po całym kraju. Wybrała Medical College of Wisconsin w Milwaukee.

    - Zrobiłam to z prostej przyczyny: wiązało się to tylko z jedną przeprowadzką - tłumaczy. - Tam w jednym miejscu mogłam odbyć zarówno staż, jak też trzy lata specjalizacji z neurologii. Potem zdecydowałam się zrobić kolejne specjalizacje: z klinicznej neurofizjologii i z medycyny snu. By mi to umożliwić, mąż zrezygnował z pracy, córki ze szkoły i przenieśliśmy się do Zachodniej Wirginii, gdzie był bardzo dobry uniwersytet.

    Po specjalizacji zaczęła pracować w wielospecjalistycznej klinice, w szpitalu. Razem z mężem doszli jednak do wniosku, że muszą znaleźć swoje miejsce w USA, by osiąść tam na stałe:

    - Przez sześć miesięcy jeździliśmy po Ameryce, by wybrać miejsce, gdzie chcemy zamieszkać. Wybór padł na okolice Nashville w stanie Tennessee. Wybudowaliśmy tam duży, jednopoziomowy dom, bez schodów, by było wygodnie mojej mamie, która już miała swoje lata.

    Klinika leczenia snu

    Zaczął się trudny okres w życiu Teresy. Mama słabła, niedołężniała i chorowała. Mąż nieustannie podróżował po całej Ameryce. Dziewczynki miały całe mnóstwo pozalekcyjnych zajęć.

    - A ja pracowałam bardzo dużo w wielospecjalistycznej klinice - stwierdza. - Ciągle gdzieś biegłam. Pamiętam - kiedyś wpadam do domu, dzieci usypiają na podłodze, mama leży chora, Paweł dzwoni, że samolot się spóźni. Doszliśmy z mężem do wniosku, że musimy coś zrobić z naszym życiem, bo tak dalej się nie da.  Postanowiłam zorganizować prywatną klinikę, a mojego męża zrobić jej menadżerem.

    Jedenaście lat temu wybudowali prywatną klinikę „Sleep Clinic by Dr Z”. Mieści się zaledwie dwie mile od domu. Teresa jest tam jedynym lekarzem. W ramach kliniki działa przychodnia neurologiczna, są też dwa łóżka, na których kilka razy w tygodniu bada się u pacjentów sen i leczy bezdech senny. Przyjmowani są też pacjenci z różnymi chorobami neurologicznymi: chorzy na padaczkę, po zatorach, z bólami pleców i szyi czy cieśnią nadgarstka. Klinika cieszy się dobrą renomą, wcześniej były kilkumiesięczne kolejki, teraz maksymalnie na wizytę czeka się osiem tygodni.

    Jak jednak podkreśla Dr Żyglewska, mało brakowało, a klinika by zbankrutowała.

    - Medycyna i biznes to dwa różne światy - tłumaczy. - Kiedy tylko nasza klinika ruszyła, bardzo pragnęłam, żeby nam się udało. Pracowałam bardzo dużo, bo bałam się, czy się utrzymamy. Ale niewiele brakowało, a zbankrutowalibyśmy i to przez moje dobre serce. Przyjmowałam wszystkich, nie patrząc, jakie mają ubezpieczenie. Paweł widział to inaczej. Przekonywał: ty się wykończysz, a my nie zarobimy. Doszło do takiej sytuacji, że zaczęło brakować pieniędzy, przez cztery miesiące pracowaliśmy bez pensji. Nie rozumiałam, jak mogę nie przyjąć jakiegoś pacjenta. Jednak musiałam zmienić podejście. Okazało się, że Paweł miał rację. Zaczęliśmy odrzucać pacjentów z ubezpieczeniami od firm, które nie płacą i pilnować kosztów. I zaczęliśmy wychodzić na swoje.

    Żyglewscy mają dwie córki. Starsza Anna myślała o zawodzie lekarza.

    - Jednak po śmierci babci (trzy lata temu), kiedy dostrzegła, że nie zawsze można choremu pomóc, zniechęciła się do medycyny - przyznaje Teresa. - Skończyła biochemię, zrobiła też szkolenia z biznesu. Teraz pracuje z nami, by się przekonać, czy leczenie ją jednak pociąga, czy nie. Ja wolałabym, żeby wybrała medycynę i przejęła po mnie cały ten biznes.

    Młodsza Anita jest na pierwszym roku studiów.  Ma zajęcia z anatomii, psychologii. Teresa ma nadzieję, że ona również pójdzie w jej ślady i wybierze medycynę:

    - Ale cóż ja mogę? Tylko zachęcać i tłumaczyć. Medycyna to piękny zawód, ale wymagający sporo pracy i niemało poświęcenia.

    Katarzyna Malinowska-Olczyk

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.