• Ostatnia zmiana 15.03.2016 przez Medyk Białostocki

    Inteligentnie bez tytułu

    Ślęczę nad odczytywaniem fotokopii z materiałów przechowywanych w Instytucie Polskim i Muzeum Sikorskiego w Londynie. Żmudna robota, przedłuża się, ale co pewien czas trafia się perełka źródłowa. Często powraca pytanie - czy tak mogło rzeczywiście być?

    Zapomniałem dodać, że są to setki relacji żołnierzy gen. Andersa spisane w 1942 roku, tuż po wyjściu ze Związku Sowieckiego.

    Anders - Sikorski

    Obecnie o gen. Władysławie Sikorskim wspomina się na ogół tylko raz w roku, 4 lipca, w rocznicę śmierci Naczelnego Wodza oraz premiera Rządu Polskiego w Londynie. Przycichł nawet spór wokół przyczyn tej tragedii. Liberator II LB nr AL. 523 po 16 sekundach od startu z bazy w Gibraltarze wpadł do morza. Ta katastrofa w przekonaniu niektórych rodaków to zbrodniczy zamach. A jeśli tak, to za czyją sprawą (wątek rosyjski też się pojawia)? Wiele kontrowersji budzi zachowanie się pierwszego pilota, Czecha Eduarda Prchala. Mniej mówi się o drugim pilocie Williamie S. Herringu, którego ciała nie znaleziono. A dlaczego za sterami nie zasiedli piloci polscy, poprzednicy Tadeusza Wrony („Lataj jak orzeł, ląduj jak Wrona”)? I tak można mnożyć pytania.

    O gen. Władysławie Andersie dowódcy II Korpusu Polskiego, i Naczelnym Wodzu PSZ pisze się dużo. To on dowodził legendarną bitwą o zdobycie Monte Cassino, był jednym z najbardziej znanych liderów polskiej powojennej emigracji politycznej. Sprawa odrębna to zmienne relacje między obu generałami, nabrzmiewający spór na linii sikorszczycy - piłsudczycy. Do podtrzymywania dobrej pamięci o Andersie przyczyniła się znacząco jego druga żona Irena Renata (pierwsza żona miała imiona Irena Maria), a po niej rolę tę przejęła pani minister i niechybnie senator - córka Anna Maria (córka Andersa z pierwszego małżeństwa miała imię Anna).

    Przepraszam, wciągnęło mnie w szczególiki. Wiele wspomnianych przeze mnie zapisów sybiraków polskich - późniejszych lotników zawiera płomienne podziękowania pod adresem W. Sikorskiego, ich i setek tysięcy wybawiciela. Potem pisano o Sikorskim już głównie jako o sprawcy niefortunnej umowy z Sowietami, która doprowadziła do utraty przez Polskę ziem kresowych. A on już nie mógł się bronić.   

    Miara wytrzymałości człowieka

    Oszczędzę Państwu przeraźliwych opisów tortur, jakie enkawudziści (także płci żeńskiej) stosowali wobec więźniów. Zestawiłem ich ponad 25 i wciąż ten wykaz się powiększa. Pozornie niewinnie wyglądało na przykład zawiązywanie przesłuchiwanego w kożuch barani i sadzanie na kilka godzin przy rozgrzanym piecyku. A dla odmiany innej ofierze mocno zawiązano nogawki u kaleson, wlano do wewnątrz wodę i wyciągnięto za drzwi, by zamarzał na kilkudziesięciostopniowym mrozie.

    Dla uwiarygodnienia dodam tylko fragment tekstu z dziś czytanej relacji Jerzego Radziuka, urodzonego w 1915 roku w Wilnie, więzionego także w Białymstoku. „W czasie śledztwa NKWD byłem katowany, stosowano następujące metody: bicie do utraty przytomności, przez 3-4 dni nie dawali możliwości snu, w czasie przesłuchań trwających 18-20 godzin trzymali w pozycji stojącej i nie pozwalali załatwiać potrzeb fizjologicznych. Przez 48 godzin siedziałem z człowiekiem umysłowo chorym. Kulminacyjnym punktem śledztwa była następująca metoda: zapowiedziano mi, że o godz. 20 zostanę rozstrzelany, zabrano mnie z celi i wywieziono ciężarówką do lasu za miasto, gdzie kazali kopać grób. Gdy wykopałem jamkę, w której by się nie zmieścił nawet pies, ustawiono mnie tyłem i zawiązano oczy. Tak stałem pewien czas, aż podszedł do mnie enkawudzista, rozwiązał oczy (…). Gdy odmówiłem wszelkich zeznań, zbito mnie i odwieziono do więzienia”.

    Inteligenci

    W łagrach najszybciej tracili siły i zdrowie osoby pracujące przed wojną „za biurkiem”, ludzie wolnych zawodów. Nie radzili sobie w tajdze w śniegu po pas, na mokradłach i w kopalniach, śpiąc w ubraniu na gołych deskach prycz. W więzieniach cierpieli mocniej od innych z racji prymitywnych warunków. Jeden z nich napisał, że co drugi dzień odlewał nieco wody z kolacyjnej, wydzielonej skąpo porcji kipiatoku (wrzątku), by przemyć sobie przynajmniej oczy. Wszędzie, także w kołchozach w Kazachstanie, dokuczał im okrutnie wszechobecny nihilizm moralny i prostactwo, robactwo, i inne jeszcze plagi. Wszyscy cierpieli głód, ale jedni wcześniej przełamywali się do jedzenia łepków zgniłych śledzi. Wszyscy byli narażeni na choroby, ale niektórzy nabyli jeszcze w Polsce większej odporności fizycznej.

    W miarę upływu czasu, kiedy udało się przetrzymać szok, ci „umysłowi” zaczynali nadrabiać słabe punkty pomyślunkiem, sprytem, lepszym rozpoznawaniem „wroga”, skłonnością do konsolidacji. To temat do odrębnych badań, ale miło czytać wyznania zawarte w relacjach, że inteligencja (termin to de facto umowny), choć słaba ciałem, wspierała pozostałych dobrym słowem: radą, wzruszającą opowieścią, budującym przykładem, przypominaniem o wartościach, dla których trzeba trwać. Tak dla wspólnego dobra.

    PS. Felieton wymaga ponoć facecji. Zatem podam osobisty dowód na przewagę inteligentów. Wybrałem się dawno temu na konferencję naukową pociągiem do Grodna w otoczeniu turystów - handlarzy. Po stronie białoruskiej wsiadła ekipa pograniczników i celników, zaczął się giewałt. Pociąg „wjechał w perony”, drzwi jednak nie otworzono i kontrola trwała nadal (obecnie odbywa się wewnątrz dworca), choć było już po północy. Nagle słyszę gromki głos - uczonyj wychadi! Jednak docenili „umysłowego”.

    Adam Czesław Dobroński

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.