• Ostatnia zmiana 21.12.2018 przez Medyk Białostocki

    Nim gwiazdka zaświeci

    Człek im starszy, tym częściej powraca do dawnych wspomnień. Opowiadałem niedawno wnuczce, jak oszukiwaliśmy choinkę. Wisiały na niej bombki, zrobione przez nas łańcuchy z kolorowych papierów i inne jeszcze cacka-samoróbki, jabłuszka (może glogerówki?), stały świeczki, a wszystko upiększone było płatkami waty. No i wisiały cukierki, na widok których świerzbiały palce i śliniły się wargi. Razem z siostrą - narażając się na męki piekielne - wyjmowaliśmy to, co słodkie, a potem misternie formowaliśmy papierki, by mama się nie zorientowała, że ma w domu małych oszustów. Choinka nie protestowała, było jej lżej. Wnuczka z trudem doczekała końca dziadkowego bajania i stwierdziła przytomnie, że w biedronce leżą bardzo ładne cukierki, ale jak się ich zje za dużo, to trzeba pójść do dentystki. Każdy z Państwa ma świąteczne wspomnienia, zgodne z metryką, więc przerywam mazowiecko-podlasko-suwalskie opowiastki i zapraszam dziś na Kresy.

    Magia kresowa

    Jednak i ten wątek zacznę od dykteryjki. Jechałem dawno temu pociągiem z Małkini do Białegostoku, miasta mi wówczas jeszcze słabo znanego. W przedziale wszyscy się już polubili (pociąg jechał z Warszawy), zjedli, co mieli, i gaworzyli wesoło. Na powitanie ktoś zapytał: - A kawaler to gdzie się wybrał, musi w odwiedziny? Odpowiedziałem chojracko, że jadę na Kresy, budząc radosne pomruki. Wtedy padło kolejne pytanie - A literalnie, to w jakie strony? - Do Białegostoku! Czar prysł, wąsaty staruszek mocno się poddenerwował: - Nieładnie takie szutki wyczyniać. Kresy to się nachodziły pod Smoleńskiem. Ot, wstyd, że tego teraz nie uczą.

    Wstyd, że i dziś wiedza o Kresach jest niepełna, więcej w niej mitów niż prawdy. Najpierw w XVII wieku była to linia wojskowego pogranicza na Ukrainie od Kozaczyzny i Tatarów. Potem nazwa kresy rozciągnęła się na całe wschodnie pogranicze i oznaczała najdalej wysunięte w tę stronę świata ziemie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Po części tajemne, ubogacone naturą, zamieszkałe przez różne nacje i ludzi różnych wyznań, o osobliwym stylu bycia, dzielnych i zaradnych, dobrotliwych, co potwierdzała ich mowa. Po rozbiorach były to ziemie zabrane, wcielone do Cesarstwa Rosyjskiego, na południu zaś ogarnięte przez Austrię, a więc skrzywdzone, cierpiące, mistyczne. Uwiecznione przez poetów i pisarzy, gloryfikowane i godne współczucia, zarazem symbol dawnej wielkości Polski i jako takie pisane z dużej litery. Nie chciano wiedzieć, że to jednak ziemie na ogół biedne, opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym, z narastającymi konfliktami społecznymi. Cieszyło cudne Wilno, wspominano z lubością mickiewiczowski Nowogródek i legendarny Krzemieniec wpleciony w biografię Słowackiego, ale milczeniem pomijano na przykład Polesie zatopione w bagnach Prypeci.

    Bożonarodzeniowe Wilno

    Panuje przekonanie, że już w XVI stuleciu znano na Wileńszczyźnie szopki zwane betlejemkami. Chłopcy chodzili z nimi od domu do domu, śpiewali kolędy przyjmując w podzięce różne łakomki. Z czasem betlejemki zastąpiono chodzeniem z gwiazdą, teatrum z udziałem Herolda, diabła, Żyda i śmierci z kosą. A szopki ze żłóbkami pojawiły się w kościołach, gdzie Maleńki mniej marzł. Obchodzono je tłumnie, bo każda świątynia i każda szopka była inna. Wileńskie kościoły, piękne, owiane historią! Pod Górą Zamkową czeka na wiernych dumna Katedra z grobami książąt litewskich i królów polskich. W pobliżu, na dziedzińcu uniwersyteckim usadowił się kościół św. Jana z radośnie bijącymi dzwonami, a nieco tylko dalej  późnobarokowy, dominikański Świętego Ducha, obecnie najbardziej polski z obrazem „Jezu ufam Tobie”. Można, a nawet trzeba pójść do miniaturowo-gotyckiej św. Anny, którą zachwycił się Napoleon. Stąd blisko już do św. Kazimierza z mitrą książęcą na wieży i do najbardziej barokowego kościoła św. Teresy. Tak dochodzimy do perły wileńskich świątyń - kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej, Matki Miłosierdzia. A za Mostem Zielonym czeka św. Jakub i św. Filip, nie sposób też nie zachwycić się po raz kolejny przebogatą świątynią świętych Piotra i Pawła na Antokolu. I tak można wyliczać bez końca, bo Wilno miało sto wież świątyń różnych wyznań. Na szczęście posiadamy również w Białymstoku dobry przykład białego baroku wileńskiego - kościół Zmartwychwstania Pańskiego na Wysokim Stoczku, replikę świątyni z Berezwecza.

    Zaproszenie na Wigilię

    Stanisław Mianowski na wspomnienie wigilii wileńskich napisał: „W tej chwili odzywały się w człowieku te lepsze strony jego duszy. Atmosfera robiła się ciepła, serdeczna, czego tak mało jest w codziennym życiu”. Wigilia przypominała o Tych, co odeszli do Pana, była wołaniem o pokój i pobudzała do wzajemnej życzliwości, przysparzała nadziei, bo skoro narodził się Jezus, to będzie przecież lepiej. Zaczynała się oczywiście od łamania się opłatkiem i od wzajemnego winszowania. Wśród potraw obowiązkowo powinna być kucja (kutia), a „…kucja zjadłszy to szmat wróżbów próbowali” (Winciut, czyli Stanisław Bielikowicz). Księża krzywili się na wróżenie mówiąc, że to pogańskie zwyczaje. Po prawdzie, to i miłe bywają wróżby, a wierzyć w nie niekoniecznie trzeba.

    Miało Wilno i swoje ulubione kolędy oraz pastorałki, dochodziły nowe z aktualnymi treściami, na ten przykład z prośbami osób zesłanych, żołnierzy Armii Krajowej. Przymusowym repatriantom szkliły się oczy na wspomnienie wileńskich klimatów. „A cóż ja zrobię z mym polskim sercem/ Zrośniętym z Litwą?/ Mamże je podciąć kosą czy sierpem,/ Aby nie kwitło?...”. Smutek choć nieco łagodziły podarki, bo można było za grosze nabyć „szmat różnych łałmyków dla kużdego inakszych”.

    Wigilia jest wyjątkowa, ale i uniwersalna, cieszmy się tym dniem gdziekolwiek nas los skieruje. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia życzy

    profesor senior (taki tytuł przypadł mi w udziale)

    Adam Czesław Dobroński   

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.