• Ostatnia zmiana 24.09.2015 przez Medyk Białostocki

    Wyleczenie z nałogu

    Rzecz będzie o sposobie, w jaki żona odzwyczaiła męża od chlejstwa alkoholowego. Historyjka to prawdziwa, z roku 1938. Opowiadali ją sobie mieszkańcy Białegostoku, dobrze zapamiętała owo zdarzenie mieszkanka domu przy ul. Fabrycznej. Dzięki niej można ją było odtworzyć, choć z koniecznością znacznego uzupełnienia narracji.

    Na ślad rewelacyjnej metody wpadł Marek Jankowski, za co jestem mu wdzięczny. I z góry uprzedzam, że jest to sensacja z kategorii ogórkowych.

    Prolog

    Życzliwi ludzie wnieśli w progi domu pijanego do nieprzytomności rzeźnika. Nie rugał się, nie krzyczał, za nóż nie chwytał. Wiadomym było, że przez co najmniej kilka godzin trwać będzie w letargu

    W roli głównych bohaterów wystąpią właściciele sklepu mięsnego ze wspomnianej ulicy. Była to zacna, bezdzietna rodzina wyznania ewangelickiego, pomna przykazań Bożych. Może jednak za bardzo w ich domu dzień podobny był do dnia, za rzadko zdarzały się im chwile beztroskiej radości. I pewnie z powodu tej „małej stabilizacji” tylko we dwoje, on zaczął pić nie przebierając w gatunkach wódeczności. Zrazu dla poprawy nastroju, potem by pozbyć się złych myśli i powracających koszmarków, na koniec ustawicznie. Kochająca żona bardzo przeżywała upadek moralny męża, z boleścią w sercu odpierała wszelkie nagabywania klientów w tym temacie, a martwiły ją i oznaki pogarszania się budżetu rodzinnego. Kiedyś więc srodze zeźlona krzyknęła ślubnemu opojowi, że jak tak dalej potrwa, to pochowa go żywcem.

    Nie wiadomo, czy on usłyszał tę groźbę i ją zrozumiał. Pewne, że brak reakcji podupadłej „głowy domu” ośmielił połowicę i ta przystąpiła z determinacją do działania. Szukała rozwiązania niekonwencjonalnego, a gdy je znalazła, odbyła konsultacje z zaufanymi kumoszkami. Te, po początkowych oporach, postanowiły wesprzeć panią rzeźnikową, zestawiono wykaz niezbędnych rekwizytów. Wypadało już tylko czekać na pomyślny dla sprawy obrót ciał niebieskich i trybików ziemskich.

    Akt I

    Nadszedł stosowny dzień, była to sobota. Życzliwi ludzie wnieśli w progi domu pijanego do nieprzytomności rzeźnika. Nie rugał się, nie krzyczał, za nóż nie chwytał. Wiadomym było, że przez co najmniej kilka godzin trwać będzie w letargu posapując i bredząc, oderwany kompletnie od rzeczywistości. Żona skrzyknęła zaprzysiężonych, ci stawili się w komplecie.

    Dwóch młodszych sąsiadów ruszyło z wózkiem solidnej, własnej produkcji do niezbyt odległego zakładu stolarsko-trumiennego. Tam nabyli za 100 złotych - tyle kosztowała przed wojną byle jaka krowina - pierwszorzędną „jesionkę”. Z solidnego drewna, z połyskiem, co to mogła wzbudzić zazdrość nawet u najzdrowszych. Klienci wyjaśnili właścicielowi firmy, że robią zakup nieco na zapas, ale wyrok już zapadł, czarna godzina dla obłożenie chorego zbliża się nieubłagalnie. Z kolei sąsiadka wyprawiła się do zaprzyjaźnionego kościelnego, by uzgodnić wypożyczenie okazałych lichtarzy. Nie bardzo wiadomo, jakich użyła argumentów, ale dorożka z lichtarzami i kupionym po drodze wieńcem zajechała na Fabryczną, dryndziarz przyjął zapłatę i przykładnie zdjął czapkę z głowy oddając cześć zmarłemu.

    Na środku pokoju gościnnego ustawiono na taboretach trumnę, obok lichtarze ze świecami, na stole ułożono wieniec jak żywy i woniejący lasem, zasłonięto zgodnie z tradycją lustro. Chorągwi przed domem nie wystawiono, bo to byłoby zbyteczne świętokradztwo. „Zmarłego” z pewnymi trudnościami ubrano w garnitur, założono trzewiki i „truchło” legło na twardym posłaniu. Wszystko poszło jak z płatka, kolektyw rozszedł się na antrakt do swych domów.

    Akt II. Finał

    Ponownie wezwani żałobnicy stawili się przed oblicze śmiertelnie poważnej żony rzeźnika. Aktorzy usiedli z namaszczeniem na wskazane miejsca po obu stronach domowego katafalku, kobiety z jednej strony, a mężczyźni z drugiej. Wszyscy ze zbiedzonymi minami, panie w woalkach zakrywających twarze wyglądały nie tylko godnie, ale i nieco tajemniczo. Pomodlono się wstępnie, modlitw nigdy zadość, zwłaszcza gdy trzeba zwalczyć grzech ciężki. Czuć było narastające napięcie. Pijany nieświadom niczego wiercił się w trumnie, próbował bezskutecznie poprawić warunki spoczywania.

    Z Bogiem! Na to hasło dane przez „wdowę” zapalono świece, wieniec ułożono przy nogach rzeźnika, ktoś dodał kwiatki zerwane z własnego ogródka. Panie zaczęły zawodzić pieśń żałobną. Aliści po kilku zwrotkach, wbrew oczekiwaniom, śpiący nie przejawił wyraźniejszych odznak życia, wtedy jeden z żałobnych aktorów wstał i pokołysał trumną. „Zmarły” wybudzał się wolno, posykując, bo też wygody nie miał żadnej. Przejrzał z trudem na zapluszczone jedno oko. Zamknął je, znów otworzył z objawami wracającej świadomości, a potem szybko łypnął i drugim okiem. Zawył chrapliwie, jako raniony zwierz białowieszczański, rozerwał gwałtownym wyrzutem rąk różaniec, chwycił za brzegi trumny i wysypał się na dywan. Razem z nim spadł i wieniec, przechylił się niebezpiecznie lichtarz. Były denat poderwał się szybko jak na swój stan, chwiejnymi skokami pokicał ku drzwiom, ledwie w nie trafił. Na tym akcja się wypaliła, finał wypadł nadzwyczajnie.

    Epilog

    Odzyskany do życia rzeźnik zniknął na amen, mijały dni, a jego ani widu, ani słuchu. Już żonkę złe myśli zaczęły nachodzić, w okno tęsknie wyglądała, a usłużnych sąsiadów dopadały wyrzuty sumienia. Tym silniejsze, że wieść o pogrzebie na niby rozeszła się po okolicy, z każdym dniem coraz barwniej opowiadana. Mówiono nawet, że w sztuce o rzeźniku wystąpił łobuziak lokalny, przebrany za kostuchę z najprawdziwszą kosą.

    Wreszcie - co za radość - wrócił pan domu, do tego na własnych nogach, krokiem pewnym, choć na twarzy wielce zmizerowany i okrutnie zarośnięty. Powitanie małżonków było ckliwe, nie zabrakło łez, tym razem szczęścia!

    I jak w bajce wszyscy byli od tego dnia zadowoleni z niezwykłej terapii: mąż jako bywszy już pijanica, żona bezmiernie kochająca i trzymająca kasę interesu mięsno-wędliniarskiego, klienci, no i aktorzy z sąsiedztwa, choć przypadło im odegrać role drugoplanowe. Trumnę niedoszła wdowa sprzedała przy nadarzającej się okazji jako rekwizyt zbyteczny za jedyne 20 złotych, bo szczęśliwi grosza nie liczą. I tylko Józefowa z sąsiedniej ulicy, co potajemkę prowadziła z gorzałą i śledzikiem na zakąskę, straciła na dochodach. Cóż, trudno o powszechną szczęśliwość nawet w pogodnym mieście Białymstoku!

    Pozostaje pytanie, czy godzi się takie ramotki drukować w poważnym czasopiśmie, nawet w numerze wakacyjnym? Może po dodaniu jeszcze jednego przesłania? Oto ono - czasem dobre efekty w leczeniu nałogów może dać pomysł niekonwencjonalny!

     

    Adam Czesław Dobroński

     

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.