• Ostatnia zmiana 31.05.2017 przez Medyk Białostocki

    Legia znowu zgubiła punkty

    Jestem wielkim fanem polskiego dziennikarstwa sportowego. Nie całego dziennikarstwa sportowego, ale właśnie polskiego. Jest to bowiem ewenement na skalę światową, niespotykany nigdzie indziej przykład dziennikarstwa zaangażowanego, jawnie walczącego po jednej ze stron.

     

    Jak brzmią tytuły gazet sportowych, kiedy Jagiellonia wygrywa kolejny mecz i jest samodzielnym liderem ekstraklasy? „Legia znowu zgubiła punkty

    Mniejsza o to, że nie można spodziewać się rzeczowego komentarza podczas meczów polskiej reprezentacji, bo to jeszcze jakoś tam można zrozumieć. Nerwy, emocje, współprowadzący Tomasz Hajto mówiący po raz trzechsetny „i jak ja to mówię Turbogrosik”, tudzież „nie wywróć się na chlebie własnym, którym żyjesz, jak to mówią”, i najtwardszy komentator może zgubić obiektywizm.

    Ale owo polskie dziennikarstwo sportowe jest równie obiektywne również w przypadku piłki klubowej. Jak brzmią tytuły gazet sportowych, kiedy Jagiellonia wygrywa kolejny mecz i jest samodzielnym liderem ekstraklasy? „Legia znowu zgubiła punkty”. Co się dzieje, kiedy beniaminek z małej wioski straszy najbardziej uznane firmy w polskiej piłce i rozkłada na łopatki kluby z miast, w których niejedna ulica liczy więcej mieszkańców niż Nieciecza? Ano: „Lech ciągle nie otrząsnął się z kryzysu”. Niejednokrotnie pan redaktor bez większego skrępowania napisze, że powrót Legii na czołówkę tabeli ekstraklasy to „powrót normalności”. Bo, jak wiadomo, normalność to Legia na tronie mistrzowskim. Ewentualnie Lech, albo do niedawana Wisła Kraków, ale wtedy znowu „Lech wykorzystał potknięcie Legii”.

    Trener Jagiellonii chwali sobie tę manierę dziennikarską, bo zdejmuje z jego podopiecznych presję, co być może da Białemustokowi mistrzostwo. Wprawdzie droga do tego jest jeszcze daleka i wyboista, ale ewidentnie władze klubu doszły do wniosku, że jeśli nie teraz, to już pewnie nigdy. Złamano do niedawna świętą zasadę wyprzedawania wyróżniających się zawodników, dokupiono niezłego gracza ofensywnego, ustabilizowano skład. I, jak się okazuje, wystarcza to do liderowania w tabeli. Nie świadczy to najlepiej o poziomie naszej ligi, ale to akurat nie jest problem Jagiellonii, tylko owych „gigantów” z budżetami kilkunastokrotnie większymi od budżetu Jagi.

    Niestety, wraz z końcem rundy zasadniczej i rozpoczęciem zmagań w grupie mistrzowskiej zjawisko pt. „punkty punktami, ale Legia musi mieć mistrza, bo tylko ona ma szansę na grę w Lidze Mistrzów” ogarnie być może nie tylko warszawskich redaktorów, ale i - oby nie - sędziów. Kiedy nie tak dawno sędzia, którego nazwiska z litości nie wspomnę darował Legii w meczu z Jagą karnego z kapelusza w ostatniej sekundzie doliczonego (8 minut!) czasu gry i to po tym, jak wcześniej puścił grę, a zawodnik „wiecznego mistrza” w sytuacji sam na sam nie był w stanie pokonać bramkarza, redaktorzy na chwilę tylko przyznali, że coś z tym karnym było nie tak. Ale po czasie pamiętają już tylko pomeczową wypowiedź Probierza o whisky. I tak rok po roku, dekada po dekadzie. Kolejne pokolenia redaktorów udowadniają, że obiektywizm, czy choćby pozory bezstronności, to jakieś lewackie wymysły, bo i tak wszyscy wiemy, kto ma być mistrzem.

    Naprawdę marzę o tym, żeby przeczytać ich komentarz po tym, jak nasza duma eksportowa kolejny raz dała się komuś wyprzedzić w walce o pierwsze miejsce. Najlepiej, gdyby tym wyprzedzającym była Jagiellonia, ale nie będę wybrzydzał.

    Adam Hermanowicz

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.