Uniwersytet Medyczny w Białymstoku. Don Sebastiano i cuda - nowy kapelan w szpitalu USK.
  • Ostatnia zmiana 15.10.2020 przez Medyk Białostocki

    Don Sebastiano i cuda - nowy kapelan w szpitalu USK

    Od 1 września w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym Szpitalu Klinicznym jest nowy kapelan - ks. dr Sebastian Kondzior. Białostoczanin. Przez ostatnie pięć lat pracował w Poliklinice Tor Vergata w Rzymie.

    To szpital uniwersytecki, jeden z najnowszych i największych w stolicy Włoch. Ksiądz Sebastian miał w szpitalu mieszkanie i przez 24 godziny na dobę był do dyspozycji pacjentów i personelu. Szpital położony jest w jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic Rzymu, gdzie nierzadko dochodzi do porachunków mafijnych.

     

    Katarzyna Malinowska-Olczyk: Zaczniemy naszą rozmowę trochę nietypowo. Włochy kojarzą nam się z mafią. Czy ksiądz miał z nią styczność?

    Ks. dr Sebastian Kondzior: - Szpital, w którym pracowałem był w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Rzymu: Tor Bella Monaca to świat mafii, narkotyków, przestępstw. Siłą rzeczy miałem więc styczność ze środowiskiem mafijnym. Kiedyś do szpitala trafił syn szefa mafii. Jego ojciec został skazany na dożywocie, a szefostwo przeszło na tego właśnie syna. Ten syn był niewygodny dla innej mafii, która chciała przejąć wpływy narkotykowe w Rzymie. I na tym młodym mafiosie wykonano egzekucję, został dwukrotnie postrzelony w głowę. Trafił do naszego szpitala. Szybko przyjechała mama, a po chwili przywieziono z więzienia ojca. Ojciec był w kajdankach, miał skute nogi, ubrany był w pomarańczowy uniform dla najbardziej niebezpiecznych przestępców. Rodzicie stracili panowanie nad sobą, wpadli w histerię i personel zadzwonił po mnie, bym pomógł opanować sytuację. Kiedy mama mnie zobaczyła na korytarzu, spojrzała i powiedziała: wszyscy księża to homoseksualiści. Ja jej na to: a mi się podobają kobietki. Zszokowałem ją i tą odpowiedzią wybiłem ze schematu myślowego. Kobieta się uspokoiła. Powiedziałem, kim jestem i zaproponowałem, żebyśmy razem weszli na oddział intensywnej terapii, gdzie leżał ich syn. Jako kapelan, ale też członek zespołu szpitalnego, miałem uprawnienia, by wchodzić na sale pacjentów, na OIT, czy też na blok operacyjny. Weszliśmy do syna. Mama wzięła go za rękę, pogłaskała. Staliśmy w ciszy przez pół godziny. W takich chwilach nie ma słów, by ukoić ból, rozpacz i rozdarte serce matki. Niezależnie z jakiego świata się pochodzi, to emocje, uczucia są zawsze takie same. W kolejnych dniach stwierdzono śmierć mózgową syna. I ta matka poprosiła mnie, bym był obecny podczas odłączania urządzeń. Personel poprosiła też, że to ona chce odłączyć syna. Podeszliśmy do łóżka, ona wzięła wtyczkę od tych wszystkich urządzeń podtrzymujących życie i powiedziała: „ja ciebie na ten świat wydałam, i ja Ciebie z tego świata zabieram.” I wyciągnęła wtyczkę. Widzę ten obraz do dziś.  

    Czy były takie sytuacje, że ksiądz bał się tego świata mafijnego?

    - Były różne sytuacje. Dwa lata temu do szpitala trafił młody dealer należący do mafii. Próbował uciekać przed policjantami, bo w samochodzie miał narkotyki. Uciekając wjechał na obwodnicę Rzymu i zaczął jechać pod prąd. Zderzył się z trzema samochodami. Karetka zabrała go do naszej polikliniki, trafił na salę reanimacyjną. Próbowano go resuscytować, ale niestety pacjent zmarł. O tym, że trafił do naszej kliniki, szybko dowiedziało się środowisko przestępcze i jego rodzina. Pod szpitalem zaczął się gromadzić tłum. Pracownicy szpitala, mając już wcześniejsze doświadczenia, wiedzieli, że może dojść do rozrób. Personel obawiał się, że jeśli poda informacje o tym, że chłopak nie żyje, rozwścieczony tłum może roznieść pogotowie działające w szpitalu. Padłyby oskarżenia, że medycy nie zrobili wszystkiego, by uratować tego chłopaka. Przez 90 minut zwlekaliśmy z przekazaniem informacji o śmierci. Dopiero kiedy pod szpital podjechało 13 radiowozów, a policjanci zabezpieczyli wejście, wtedy razem z lekarzem prowadzącym poinformowałem rodziców, że ich syn nie żyje. Rodzice zareagowali krzykiem, rozpaczą. Znajomi i rodzina, którzy byli na zewnątrz, nie mogli już odreagować na szpitalu swojej złości.

    A czy były takie zdarzenia, których medycy nie umieli wytłumaczyć? Czy zdarzały się „cuda”?

    - Tak, kilkakrotnie. Przed rokiem, 12 marca doszło do wypadku samochodowego. Złodziej ukradł samochód i uciekając zderzył się czołowo z innym autem. Samochodem tym jechała para narzeczonych - dwudziestolatków i ojciec chłopaka. Chłopak i ojciec siedzieli z przodu i im właściwie nic poważnego się nie stało. Cała siła uderzenia poszła na tylną część auta, gdzie siedziała dziewczyna. Doznała bardzo poważnego urazu głowy, doszło do uszkodzenia czaszki i mózgu. Ten wypadek był blisko szpitala, więc przewieziono ją do nas. Zaraz po wypadku zadzwonił do mnie proboszcz z parafii tej dziewczyny. Okazało się, że pochodzi z bardzo religijnej rodziny. Poprosił mnie o pomoc, żebym dowiedział się, co się z nią dzieje i pomógł rodzicom skontaktować się z lekarzami. Poszedłem na pogotowie ratunkowe, spotkałem się z tym proboszczem, który już tam był. Okazało się, że dziewczyna jest na tomografii i za chwilę trafi na blok operacyjny. Widok był przerażający. Dziewczyna miała roztrzaskaną głowę, pełno było krwi. Razem z proboszczem i jej rodzicami poszliśmy do poczekalni pod blokiem operacyjnym. Oprócz urazów głowy miała złamaną rękę, nogę. Szpital przed erą koronawirusa był bardzo otwarty dla rodzin pacjentów. Za chwilę w szpitalu pojawili członkowie rodziny, znajomi. Momentalnie poczekalnia wypełniła się tłumem ludzi. Rodzice nie rozmawiali z nikim, tylko przez 7 godzin stali wpatrzeni w drzwi bloku operacyjnego. Dziewczyna przeżyła operację, ale lekarze ocenili, że jej stan jest krytyczny, a zmiany w mózgu nieodwracalne i nawet, jeśli przeżyje, nigdy nie powróci do samodzielnego funkcjonowania. Po operacji dziewczyna przez 12 dni leżała na intensywnej terapii, jej stan się pogarszał, a mózg zaczął obumierać. Z rodzicami spotkał się zespół transplantacyjny, by przygotować ich do decyzji o ewentualnym pobraniu narządów. Rodzice byli już na to przygotowani. W tych dniach do proboszcza zadzwonił przewodniczący Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji Abp Rino Fisichiella, przyznał, że zajmuje się procesem beatyfikacji papieża Jana Pawła I. Ten papież, którego pontyfikat trwał tylko 30 dni, przez Włochów nazywany jest papa bueno, czyli „Papież dobry”, bo zawsze promieniał dobrocią i radością. Dostojnik watykański przyznał, że do procesu beatyfikacyjnego potrzebny jest cud. I poprosił, by rodzina zaczęła się modlić i prosić o wstawiennictwo Jana Pawła I. I oni zaczęli się modlić wieczorem, a rano dziewczyna otworzyła oczy!!! Lekarze nie potrafili tego wytłumaczyć. Musiała się wszystkiego nauczyć od nowa. Najpierw tylko wodziła oczami. Potem pojawiły się pierwsze ruchy ręką. Miała rurkę tracheotomijną, nie mogła mówić, zaczęła więc pisać na takiej małej tabliczce. Z każdym dniem jej stan się poprawiał. W tym czasie jej rodzice świętowali 25-lecie małżeństwa, więc jeszcze w szpitalnej kaplicy mieliśmy taką miłą uroczystość. Odbyła się Msza św., była tam też ta młoda kobieta, przywieziona już z kliniki neurochirurgii, na którą została przeniesiona z OIT. Teraz dziewczyna, Oriana, jest już samodzielna. Przeszła jeszcze kilka operacji m.in. rekonstrukcji czaszki w Ankonie.

    Ale to nie był jedyny cud?

    - Nie. Do kliniki neurologii trafił też pacjent z zaawansowanym stwardnieniem rozsianym. Był w bardzo złym stanie, jego wizyta miała związek z uśmierzaniem bólu. Podczas pobytu w szpitalu przyznał się, że jego największym marzeniem jest zalegalizowanie związku małżeńskiego w kościele. On żył z partnerką od 15 lat, miał troje dzieci: 12, 8 i 3-letnie. Planował, że we wrześniu weźmie ślub. Niestety choroba się zaostrzyła i w maju w ciężkim stanie trafił do szpitala. Lekarze stwierdzili, że jego stan się pogarsza, nie ma żadnych szans na poprawę, a po szpitalu miał być skierowany na ostatnie dni do hospicjum. Skontaktowali się ze mną pracownicy tej kliniki. Powiedziałem im, że nie ma żadnego problemu, to oni mają mi tylko powiedzieć, kiedy będą w stanie na tyle poprawić jego stan, bym mógł mu udzielić sakramentu małżeństwa. Problem był taki, że do zawarcia małżeństwa pacjent musi świadomie wyrazić swoją zgodę. A ten pacjent był na silnych lekach przeciwbólowych, aż do takiego stanu, że tracił świadomość. Lekarze zapewnili mnie jednak, że na czas ślubu podadzą mu takie leki, żeby nie cierpiał, ale żeby też był przytomny. Wtedy wspólnie z pracownikami socjalnymi zaczęliśmy się przygotowywać do tego ślubu. Chcieliśmy, by ta chwila była dla niego niezapomniana. Przystroiliśmy kaplicę, zorganizowaliśmy chór. Kaplica jest mała, zmieści się tam maksymalnie 60 osób. Znalazł się jednak projektor i Msza św. była transmitowana na telebimie, tak by poza kaplicą obejrzeć ją mogła rodzina i pracownicy szpitala. Zorganizowaliśmy poczęstunek w barze. Osoby pracujące na oddziale ubrały mężczyznę w garnitur i na wózku przywiozły do kaplicy, gdzie w białej sukni czekała jego partnerka. Kaplica była pełna ludzi, było widać wielką radość wszystkich. Po uroczystości ten pacjent został wypisany do domu. Odmówił opieki w hospicjum, powiedział, że ostatnie dni swego życia chce spędzić z najbliższymi. I wtedy wydarzył się cud. Stan pacjenta się poprawił, żyje do dziś i w znacznie lepszej kondycji. Jest samodzielny. Neurolodzy nie potrafili wytłumaczyć tego, co się stało.

    Chciałabym z księdzem porozmawiać o ostatnich miesiącach. Poliklinika Tor Vergata stała się szpitalem covidowym. Czy to był trudny czas?

    - Poliklinika została przekwalifikowana dla chorych na koronawirusa. Dla zakażonych było 200 łóżek na zwykłych oddziałach i 20 na intensywnej terapii. Wprowadzone zostały procedury oraz zakaz odwiedzin. Na poszczególne kliniki mogły wchodzić tylko te osoby, które były tam zatrudnione. Ja, jako kapelan, mogłem wchodzić wszędzie. Oczywiście musiałem stosować wszystkie procedury, nakładać kombinezon lub specjalny fartuch, maski, gogle itd. Nakładałem też aparat, który pomagał mi się komunikować. Najczęściej przebywałem na intensywnej terapii, by udzielać namaszczenia chorych. Jednak wspierałem nie tylko pacjentów, ale też personel. Oni musieli też przeorganizować swoje życie. Zdarzało się, że mieszkali w wyizolowanych mieszkaniach, nie widywali się z rodzinami. A ci, którzy mieszkali z rodzinami, mieli opracowane procedury, które też utrudniały im życie.

    U nas wiele osób nie wierzy w koronawirusa. Czy ksiądz widział ludzi umierających na koronawirusa?

    - Oczywiście. W tym czasie: od marca do maja pożegnałem 180 pacjentów, którzy zmarli w szpitali. Były takie dni, kiedy dziennie odchodziło sześć, siedem a nawet osiem osób. Byłem stałym bywalcem naszej kostnicy. Dzwonili stamtąd i mówili, dziś zmarł ktoś o 9, inny o 9.30, kolejny o 11.

    Po co Ksiądz chodził do kostnicy?

    - Po to, by udzielić ostatniej posługi chrześcijańskiej. W tym czasie kościół włoski zakazał odprawiania wszystkich Mszy świętych, w tym także pogrzebowych. I te momenty w kostnicy, to często było jedyne spotkanie z księdzem przed pochówkiem. Mogłem odmówić modlitwę nad ciałem. Wyznaczeni członkowie rodziny również mogli w tym uczestniczyć, ale często było tak, że rodzina była na kwarantannie i nie mogła. Razem z zakładami pogrzebowymi umawialiśmy się i robiliśmy streaming, czyli modlitwę online. Pracownik pogrzebowy stawał w rogu kaplicy pogrzebowej, trzymał telefon, a ja się modliłem. Ważna była modlitwa, ale też ten przekaz, który płynął do rodziny. Chodziło o to, by pomóc uporać się z tym bólem, stratą, żeby przekazać wiarę w życie pozaziemskie z Chrystusem, tak żeby ludzie nie pozostali tylko z tą traumą śmierci. To była bardzo trudna lekcja. Na koronawirusa zachorował też 53-letni główny ochroniarz Giuseppe Conte,  premiera Włoch Giuseppe Conte. Trafił do nas na intensywną terapię. Zadzwoniła do mnie jego siostra, poprosiła o sakrament namaszczenia chorych. Po dwóch dniach ten mężczyzna zmarł. Nie było pogrzebów, więc do kaplicy przybyła rodzina mężczyzny: żona, dwójka dzieci, siostra oraz przedstawiciel parlamentu. Całe nabożeństwo było transmitowane online. Wiem, że również przedstawiciele parlamentu to oglądali. Wtedy chyba do szerszego grona dotarło, jak trudne jest to, kiedy najbliżsi nie mogą pożegnać swoich rodzin. Chwilę później wprowadzono pierwsze złagodzenie obostrzeń - pozwolono odprawiać Msze święte pogrzebowe. Rząd zrozumiał, że ten zakaz był bardzo nieludzki.

    Czy ludzie, którzy wtedy umierali, to były tylko osoby starsze, schorowane?

    - Najmłodszym pacjentem, który zmarł, był 35-letni sportowiec. Chwile wcześniej pojechał z kolegami z pracy do Hiszpanii. Kiedy wrócił, poczuł się źle. Miał gorączkę, utratę smaku i węchu. Myślał, że to zwykła grypa, więc nie poszedł do lekarza. Do szpitala trafił w stanie bardzo ciężkim, od razu na OIT. I nie przeżył. Pacjenci chorzy na tego wirusa mieli problemy z oddychaniem. Mówili mi, że czuli na piersiach taki ciężar, jakby jechał po nich pociąg. Próbowali wciągnąć powietrze, a nie dawali rady.

    A jeszcze wracając do początków. Od kiedy ksiądz wiedział, że chce być księdzem?

    - To zależy, kogo pytamy. Jeśli pytam sam siebie, to wiem, że ta myśl już była na początku szkoły średniej. Kiedy jednak po zakończeniu formacji seminaryjnej, zapraszałem nauczycieli ze szkoły podstawowej na swoje święcenia i poszedłem do wychowawczyni w klasie IV-VIII to usłyszałem: „Sebastian ty już w szkole podstawowej mówiłeś, że będziesz księdzem”. Uwierzyłem. Tak mogło być. Potem poszedłem do wychowawczyni z klasy I-III. I ona również mi powiedziała, że zawsze mówiłem, że będę księdzem. W to już nie mogłem uwierzyć. Ale ona mi przytoczyła pewne wydarzenia z mojego życia. Być może już wtedy w sposób nieświadomy o tym mówiłem.

    A skąd się wzięła „przygoda” ze szpitalem?

    - Już w seminarium przez trzy lata jako kleryk odwiedzałem szpital MSWiA. Formacja seminaryjna ma coś takiego, jak formacja ludzka. Można posługiwać wśród chorych, czyli albo odwiedzać chorych w ich domu albo odwiedzać szpitale. I ja trafiłem do szpitala. Potem po ukończeniu seminarium zostałem skierowany na trzy lata do parafii w Grabówce. Stamtąd zostałem wysłany na studia doktoranckie do Rzymu: na teologię moralną i bioetykę. I właśnie w Rzymie dostałem propozycję pracy jako kapelan. Ksiądz, Polak, który kończył studia i wracał do kraju, do rodzimej diecezji gdańskiej, zaproponował mi, żebym pracował po nim jako kapelan. Bez wahania się zgodziłem. To był sierpień 2014 roku. Poszedłem do szpitala Sandro Pertini. Pracowałem tam przez 4 miesiące. Później spotkałem kapelana z Polikliniki Tor Vergata, który poszukiwał współpracownika. To duży szpital uniwersytecki, ze studentami, z mocno rozwiniętym wolontariatem. To mnie skusiło. Pracę tam zacząłem 1 stycznia 2015 i pracowałem aż do końca sierpnia 2020.

    Jak wygląda praca kapelana we Włoszech? Wiem, że trochę inaczej niż w Polsce.

    - Kapelan jest stałym mieszkańcem szpitala. Ma swoje mieszkanie w szpitalu. Wszystko jest określone w umowie zawartej pomiędzy Kurią Rzymską, a włoskim Ministerstwem Zdrowia. Jeżeli szpital posiada punkt ratunkowy, to obowiązkiem szpitala jest zapewnienie miejsca kapelanowi. Na każde 300 łóżek powinien pracować jeden kapelan. W Klinice Tor Vergata było 600 łóżek, więc musiało być zatrudnionych 2 kapelanów. Nie ukrywam, że to mieszkanie w szpitalu, to bardzo dobre rozwiązanie, pod warunkiem, że ma się serce do tej pracy. I to nie chodzi tylko o pomoc pacjentom, ale też personelowi.

    Ale czy to nie było tak, że będąc na miejscu, ksiądz musiał pracować 24 godziny na dobę?

    - Niekiedy tak było. Pamiętam taką sytuację. Podczas jednego z wezwań poproszono mnie, żebym przyszedł do kliniki hematologii i transplantacji szpiku. Jeden z pacjentów wymagał namaszczenia chorych. Stamtąd poszedłem do pokoju socjalnego, żeby porozmawiać z personelem. To było już około 23. I ktoś mnie zapytał, czy teraz już wracam do swojego mieszkania i idę spać. Odpowiedziałem: nie wiem. Bo czasem w nocy było dużo wezwań, a czasem był spokój i można było spać. Zdarzało się jednak, że kończyłem swoją posługę o 4-5 rano. A o 7.30 musiałem już być w kaplicy szpitalnej w celu sprawowania porannej Mszy św. Przez te pięć lat nigdy nie wiedziałem, o której pójdę spać. Wiedziałem jedno, że o 7.30 muszę być przy ołtarzu. Po Mszy św., od godziny 8 rozpoczynałem zajęcia na oddziale, gdzie oddawano krew. Ludzie potrzebują zachęty, żeby być dawcami i regularnie oddawać krew. Wspólnie z szefem tej stacji krwiodawstwa, wymyśliliśmy program, żeby zachęcić do oddawania krwi w naszym szpitalu. Każdy dawca, który oddawał krew otrzymywał od kapelana voucher do Muzeum Watykańskiego. Ten voucher upoważniał do wejścia bez kolejki, a proszę pamiętać, że tam zawsze są 2-3-godzinne kolejki. Ponadto była specjalna cena dla dawców, normalnie bilet kosztował 17 euro, a dawcy mogli wejść za 4 euro. I mogli wejść z osobą towarzyszącą. Ten program bardzo się sprawdził. W centrum krwiodawstwa pracowałem do 12. Choć czasem były telefony, kiedy coś się działo i chodziłem też na inne oddziały i to nie tylko do pacjentów. Były też telefony od personelu, który potrzebował pomocy.

    Msza św. była codziennie?

    - Msze św. od poniedziałku do soboty były o godz. 7.30. Była też w sobotę o 17.30 dodatkowa Msza św. dla tych, którzy nie mogli być na Mszy św. w niedzielę. Z kolei w niedzielę Msza św. Była o godzinie 10. Ta godzina 7.30 w tygodniu była dopasowana do potrzeb personelu. Dyżur kończył się o 8 rano, więc zarówno ci, co kończyli pracę, jak i ją zaczynali, mogli przyjść na nabożeństwo, które trwało 20-25 minut.

    Czy Włochy to nadal taki mocno katolicki kraj? Czy pojawiają się pęknięcia na tym gładkim obliczu?

    - Jest różnie. Ludzie mają różne nastawienie, może nie tyle co do wiary, ale co do księży. Ja, jako Polak, miałem trochę łatwiej. Jan Paweł II był takim ukochanym przez Włochów papieżem. Kiedy przyznawałem się, że jestem z Polski, zazwyczaj spotykałem się z sympatią. Miałem jednak też takie sytuacje, kiedy spotykałem się z osobami niewierzącymi lub takimi, które miały złe wspomnienia ze spotkania z osobami duchownymi. Pamiętam, jak jeszcze w tym pierwszym szpitalu zaszedłem do kliniki kardiologii. Sala była sześcioosobowa. Przedstawiłem się, że jestem kapelanem i zapytałem, czy ktoś potrzebuje mojej posługi. Jeden z pacjentów wyskoczył do mnie: Ja jestem ateistą, dlaczego narzucana jest mi tu wiara katolicka? Po co ksiądz przychodzi tu i pyta? To jest szpital świecki, nie życzę sobie księdza. Odwrócił się tyłem do mnie. Nie udało mu się jednak mnie sprowokować. Ze spokojem zapytałem obecnych w sali pacjentów, jak przebiega ich leczenie, czy potrzebują wsparcia duchowego, a może pomocy wolontariuszy? Dwa dni później idę korytarzem i widzę tego pacjenta. Przechodzę obok a on do mnie: czy może się ksiądz na chwile przytrzymać? I mówi: chciałbym księdzu przedstawić moją rodzinę: to moje dzieci, moja żona. I zwraca się do swoich najbliższych: ten ksiądz jest wyjątkowy. Ja go potraktowałem bardzo niegrzecznie. Ale jego sposób podejścia do mnie i do innych pacjentów bardzo mnie zaskoczył. Proszę księdza jest mi bardzo głupio, przepraszam.

    Już ostatnie pytanie. Czy jest coś, co chciałby ksiądz przenieść ze szpitala włoskiego do Polski?

    - Moją otwartość.

     

    Rozmawiała Katarzyna Malinowska-Olczyk

  • 70 LAT UMB            Logotyp Młody Medyk.