• Ostatnia zmiana 17.03.2015 przez Medyk Białostocki

    Wspomnienie o profesorze Andrzeju Kalicińskim

    Każdy u progu swej kariery pragnie mieć kogoś, kogo mógłby nazwać swoim nauczycielem, przyjacielem, który byłby dla niego przykładem.

    Najgorsze było to, że jeśli po obliczeniu powtarzalności metody, czy też odzysku, wynik nie był idealny, wszystko szło do kosza. Taki był mój Mistrz, nie uznawał niedoróbek

    Do którego mógłby się zwrócić ze wszystkimi swoimi problemami, na którego dobrą radę mógłby zawsze liczyć. Mówiąc krótko mieć swojego „Mistrza”. Miałam wielkie szczęście, bo moim „Mistrzem” był Profesor Andrzej Kaliciński.

    Gdy skończyłam studia, z trójką małych dzieci, pomimo wieloletniej pracy na pół etatu w Zakładzie Chemii Ogólnej, nie mogłam znaleźć stałego zatrudnienia. Przyjęłam więc pracę w laboratorium zaproponowaną przez dyrektora Szpitala Wojewódzkiego, docenta Adama Dowgirda. Spędzałam całe dnie przy stole zastawionym setkami probówek wypełnionych surowicą krwi lub moczem, w których oznaczałam aktywność amylazy bądź lipazy, dziś już historycznymi metodami. Laboratorium to szumnie nazywało się „Międzykliniczną Pracownią Naukową”.

    Uczeń legendy

    W tym czasie w I Klinice Chorób Wewnętrznych powstała legendarna pracownia biochemiczna perfekcyjnie i nowocześnie zorganizowana na miarę tamtych czasów, przez nowo przybyłego do Białegostoku z Gdańska dra Andrzeja Kalicińskiego. Był on uczniem najwybitniejszego polskiego biochemika profesora W. Mozołowskiego. W laboratorium tym królowały dr Wanda Proniewska i Ewa Nowak. Były dla mnie niedoścignionym wzorem i podziwiałam je za perfekcyjną pracę.

    Wkrótce mój los zmienił się. Profesor Jakub Chlebowski zaproponował mi pracę w laboratorium II Kliniki Chorób Wewnętrznych, którą przyjęłam z radością. Tymczasem prof. Tulczyński wyjechał do Warszawy, a prof. Chlebowski wówczas już rektor, objął opieką obie kliniki. Moje marzenie się spełniło, zaczęłam pracować pod opieką adiunkta, docenta, wreszcie profesora Kalicińskiego. Pod jego opieką robiłam specjalizację z analityki lekarskiej. Nie było to ani proste, ani łatwe. Musiałam opanować wszystkie działy analityki, uczestniczyć w specjalistycznych kursach, wygłaszać referaty. Ustawiać metody, kalibrować krzywe standardowe, poznawać nową aparaturę i, co najważniejsze, znać i umieć zastosować metody kontroli badań A wszystko to sprawdzał osobiście mój szef specjalizacji.

    Był to pierwszy w dziejach naszej uczelni egzamin specjalizacyjny z analityki lekarskiej. Powołana Komisja Specjalizacyjna (jeszcze dziś budzi moją trwogę) składała się z najlepszych specjalistów miejscowych i krajowych. Pytający nie mieli litości i śmiertelnie poważnie mnie potraktowali. Najtrudniejsze pytania zadał mi mój ukochany kierownik specjalizacji.

    Złap szczura za ogon

    Profesor był także promotorem mojej pracy doktorskiej. Już sam tytuł mówi sam za siebie: „Wpływ kwasicy metabolicznej na metabolizm węglowodanów”. Pracę robiłam na szczurach, których bardzo się bałam. Profesor trochę śmiał się ze mnie. Miałam nieco uciechy, gdy demonstrował mi, jak się bierze szczura za ogon. Szczur się zwinął i ugryzł profesora w palec. Strach został opanowany, gorzej było z wykonaniem zadania. Szczura trzeba było umieścić w klatce metabolicznej, poić i karmić dietą zakwaszającą, badać równowagę kwasowo-zasadową, a po osiągnięciu odpowiednich parametrów dekapitować, zebrać krew, pobrać wycinki tkanek i narządów i oznaczyć w nich kluczowe substancje przemiany węglowodanowej.

    Pracowaliśmy wieczorami, nieraz do późnej nocy. Wszystkie badania łącznie z ustawianiem metod trzeba było wykonać osobiście. Obliczenia statystyczne robiliśmy przy pomocy suwaka logarytmicznego. Nie był to komputer, ale ułatwiał wykonanie obliczeń. Najgorsze było to, że jeśli po obliczeniu powtarzalności metody, czy też odzysku, wynik nie był idealny, wszystko szło do kosza. Taki był mój Mistrz, nie uznawał niedoróbek.

     Jestem wdzięczna mojemu Mistrzowi, że nauczył mnie pracować naukowo, czerpać radość z wykonanej pracy nie spodziewać się żadnych gratyfikacji. Profesor sam mało publikował, ale jego prace były perfekcyjne, pięknie napisane i wnosiły nowe wartości do nauki.

    Lekarz z powołaniem

    Odrębnym zagadnieniem była sprawa podejścia do chorych. To był prawdziwy lekarz z powołania. Najważniejsza sprawa to rozmowa z chorym, czyli wywiad. Był mistrzem badania przedmiotowego. Obchody trwały godzinami, a chorzy go uwielbiali. Nic nie mogło być przeoczone. Chorzy uważali, że leczy słowem. W tym było dużo prawdy. Profesor mało stosował leków. A jeśli musiał, to były to leki o dowiedzionej skuteczności. Uczył nas, że antybiotyk można zastosować na określoną bakterię o dowiedzionej na nią wrażliwości. Profesor lubił trudne wyzwania, dawał trudne tematy referatów i prac naukowych. Znany był z tego, że wszystkim pomagał nie szczędząc swego czasu.

    Wiele w naszym życiu klinicznym było sytuacji zabawnych. Profesor, jako człowiek wybitny, był wybitnie roztargniony. Nieraz to były sytuacje śmieszne, ale nigdy nie przekraczały granic dobrego smaku.

    Pracowałam z profesorem Kalicińskim wiele lat do chwili mojego wyjazdu do Francji, gdzie spędziłam w Paryżu rok jako stypendystka rządu francuskiego, poznając tajniki diabetologii. Gdy wróciłam naszych klinik już nie było. Powstał Instytut Chorób Wewnętrznych i nasze drogi się rozeszły. Ja zajęłam się endokrynologią i diabetologią, a Profesor tworzył podwaliny kardiologii w naszej uczelni.

    Zawsze miałam do niego ogromny szacunek, podziw i wdzięczność. Był wspaniałym, mądrym człowiekiem o wielkiej wiedzy i życzliwości dla ludzi. Był wzorem etyki zawodowej, empatii, moralności. Jestem dumna, że mogłam być jego uczennicą i że mogę Go nazwać moim Mistrzem.

     

    Ida Kinalska

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.