• Ostatnia zmiana 06.11.2014 przez Medyk Białostocki

    Wspomnienie o prof. Tadeuszu Kielanowskim

    Mój Rektor Profesor Tadeusz Kielanowski – rozpoczęła swój artykuł prof. Ida Kinalska, doctor honoris causa UMB i absolwent uczelni z 1959 r.

    O Profesorze usłyszałam po raz pierwszy będąc jeszcze uczennicą Liceum Ogólnokształcącego nr 2 w Białymstoku. Był rok 1950 i całe miasto żyło faktem powstania wyższej uczelni medycznej w naszym mieście. Młodzież, która właśnie była w wieku poszukiwania swojego miejsca w życiu, a wśród wielu i ja, wiązała z tym faktem wielkie nadzieje. Czuliśmy wszyscy powołanie do zaszczytnego zawodu lekarza. Ogromną ciekawość wzbudzał rektor. Krążyły o nim legendy. Był młody, bardzo przystojny, znany w świecie naukowym jako wybitny uczony i do tego kawaler. Nic dziwnego, że miał wielkie powodzenie u płci przeciwnej i podobno niezliczoną liczbę wielbicielek.

    Pierwszy raz zobaczyłam rektora w pociągu z Warszawy do Białegostoku. Od razu domyśliłam się, że to on. Nie zwracał na nikogo uwagi i czytał książkę po francusku. Miał w sobie coś tak miłego, że gdy po dwóch latach zdawałam egzamin na studia, wydawało mi się, że to mój dobry znajomy. Do egzaminu przystępowałam z poczuciem niezawinionej winy i z przekonaniem, że nigdy nie będę studentką. Miałam bowiem na sumieniu straszne dwa grzechy: dzieciństwo spędzone na Syberii i ojca w armii Andersa, który po skończonej wojnie nie wrócił do Polski i na stałe zamieszkał w Anglii. Do tego nie byłam zorganizowana. Miałam jednak w rękawie potężny atut. Rada pedagogiczna liceum za dobre wyniki w nauce przyznała mi dyplom upoważniający do studiów bez egzaminów, na dowolnie wybranej uczelni. Gdy spokojna pojechałam na wakacje, otrzymałam telegram by wracać. Okazało się, że Zarząd Wojewódzki ZMP nie zatwierdził mojego dyplomu. Musiałam zdawać. Nie miałam czasu, by powtórzyć materiał. Dostałam arkusz papieru z numerem 52 i podążałam z koleżankami bocznymi schodami do auli, by jak najszybciej dostać się do wcześniej upatrzonego stolika. Szłyśmy gęsiego koło ściany, przepuszczając nacierających kandydatów. Było ciemno i nagle pod moimi nogami skończył się grunt i poleciałam w ciemność po schodach. Gdy się ocknęłam, byłam cała potłuczona, w pajęczynach, w kurzu. Z głowy, łokci i kolan sączyła się krew. Nie czułam bólu, tylko rozpacz, że już na pewno nie zdam egzaminu. Koledzy ze starszych lat pomogli mi doprowadzić się do porządku, zabandażowali głowę, zalepili łokcie, kolana i zaprowadzili szlochającą i zrozpaczoną do moich koleżanek.

    Tematy egzaminacyjne były dla nas łatwe. Miałyśmy na napisanie cztery godziny. Pierwszą godzinę płakałyśmy, potem opanował nas histeryczny śmiech i wtedy do naszego stolika podszedł Rektor. Myślałyśmy, że nas skarci, ale gdy zobaczył mnie całą w zakrwawionych bandażach, okazało się, że już słyszał o moim wypadku i zaproponował mi pisanie przy stole prezydialnym. Podziękowałam, ale na tę propozycję nie wyraziłam naturalnie zgody. I z determinacją zabrałam się za pisanie pracy z biologii. Następnie był egzamin z chemii i z wiedzy o Polsce współczesnej.

    Wszyscy z niepokojem czekaliśmy na wyniki i wywieszenie list. Pewnego razu, gdy staliśmy przed rektoratem, usłyszeliśmy przez megafon głos, że osoba zdająca egzaminy z numerem 52 ma się zgłosić do rektoratu. To był mój numer i tego już dla mnie było za wiele. Drżąca i blada ze strachu, przygotowana na najgorsze, poszłam. Nagle ujrzałam uśmiechniętą twarz już mojego Rektora. Powiedział do mnie: „to ty dziecko” i dalej: gratuluję ci „najlepsza praca z biologii”. Nie muszę pisać, jaka byłam szczęśliwa. Od tego momentu zaczęła się nasza przyjaźń i moja fascynacja tym wspaniałym i życzliwym człowiekiem.

    Pragnę dodać, że moje relacje z Rektorem nie były jakieś nadzwyczajne. Prawie wszyscy uważali, że to oni są w tej wyjątkowej sytuacji i że to właśnie ich rektor lubi najbardziej. Bo człowiek ten miał rzadko spotykany dar, sposób bycia i wszystkim się wydawało, że są nadzwyczajni. Studenci go uwielbiali i on im tę miłość odwzajemniał. Gdy rozmawiał z grupką studentów każdemu się wydawało, że rozmawia tylko z nim

    Profesor znał wszystkich studentów. Zwracał się do nich po imieniu. Wiedział, kto z kim chodzi. Interesował się wszystkim problemami: sercowymi, trudnościami w nauce, zaległościami, czy też zaniedbaniami. Wszędzie był z nami: w parku na spacerze, w klubie MPIK, gdzie spotykał się z nami na kawie. Dyskutowaliśmy o wszystkim: o wydarzeniach sportowych, nowych filmach, wydarzeniach kulturalnych, nagrodach naukowych. Opowiadał nam o swoich studiach i wyjazdach zagranicznych. Brał udział w każdej naszej potańcówce, choć sam stronił od tańczenia.

    Prof. Kielanowski ożenił się z naszą szkolną koleżanką, znacznie od niego młodszą i piękną Zosią. Gdy urodził się im syn Maciek, był on jakby naszą maskotką. Śliczny blondasek całymi dniami bawił się w piaskownicy pod okiem mamy i z nieodłącznym pięknym psem Erosem. Wkrótce do nich dołączył przybłęda, kundelek Malczyk. Stanowili oni barwną i bardzo sympatyczną grupę na terenie parku pałacowego. Byli też atrakcją dla studentów, którzy uwielbiali małego Maciusia i jego towarzystwo. U państwa Kielanowskich każdy pies był na prawach bliskiego członka rodziny.

    Pamiętam też oficjalne wystąpienia naszego rektora. Wszystkie jego przemówienia były celne, zawierały najważniejsze informacje i były przede wszystkim krótkie. Zachwycało to nas, studentów, i urządzaliśmy mu kilkunastominutowe owacje na stojąco. Wszyscy mieliśmy od braw spuchnięte dłonie.

    Każdy student czuł, że Rektor to jego najbliższy przyjaciel, któremu można było powierzyć swoje kłopoty i który nigdy nie zawiódł. Każdy mu coś zawdzięczał. A jego obecności czuliśmy się coś warci i dowartościowani. Czuliśmy, że ma dla nas otwarty kredyt a my uważaliśmy by go nie zawieść.

    Mieliśmy doskonałego nauczyciela WF, który rozbudził w nas miłość do spotów zimowych i stworzył sekcję narciarstwa, biegowego. Mimo, że Białystok nie miał tradycji narciarskich nasza sekcja zaczęła odnosić ogólnopolskie sukcesy. Zakwalifikowaliśmy się do mistrzostw Polski. Byłam członkiem tej drużyny, szczęśliwa, że będę brała udział w tak prestiżowych zawodach. Ale pech sprawił, że w przeddzień wyjazdu ciężko zachorowałam.

    Wszyscy pojechali, a ja z wysoką gorączką wylądowałam w szpitalu zakaźnym na koedukacyjnym oddziale obserwacyjnym. Spędziłam tam ponad dwa tygodnie. Myślę, że starsi koledzy dobrze pamiętają ten szpital na ul. Sosnowej koło cerkwi w Białymstoku. Charakterystyczną jego cechą było to, że nie było odwiedzin i moja mama godzinami czekała na jakiekolwiek informacje o moim stanie zdrowia.

    Pewnego dnia Rektor dowiedział się, że to matka ciężko chorej studentki czekająca bezskutecznie na informacje. Natychmiast zareagował, poprosił lekarza, który wyczerpująco mamę poinformował i następnie prosił, by lekarz dzwonił do niego z raportem codziennie do rektoratu, a potem sekretarka informowała moją mamę. Minęło tyle lat, a ja nigdy nie zapomnę jego troski i zainteresowania skromną studentką drugiego roku. Ale mój Rektor taki właśnie był.

    Gdy byłam po trzecim roku studiów, wyjechał z Białegostoku do Gdańska i byliśmy pewni, że o nas nie zapomni. Dał temu niejednokrotnie wyraz, przyjeżdżając do Białegostoku na kongresy i posiedzenia poświęcone etyce lekarskiej. Słyszeliśmy, jak wspaniale odnalazł się w Gdańsku. Angażował się w coraz to nowe zadania. Ale zawsze z sentymentem wspominał Białystok. Jego studenci też pamiętają swojego Rektora.

     

    Ida Kinalska

  • Baner miejsc na twoją reklamę.      Logotyp 60 lat UMB.      Logotyp Młody Medyk.