• Ostatnia zmiana 13.11.2020 przez Medyk Białostocki

    Na drugim szczycie Covid-19

    Zaglądamy do uczelnianego laboratorium badającego próbki od pacjentów zarażonych koronawirusem. To tu robi się ok. 65 proc. wszystkich testów na Podlasiu.

    Akademicki Ośrodek Diagnostyki Patomorfologicznej i Genetyczno-Molekularnej w czasach przed pandemią zajmował się głównie diagnostyką onkologiczną. Prawdę mówiąc mało kto wiedział, że taka jednostka w ogóle istnieje. Dziś to jedno z kluczowych miejsc na mapie walki z pandemią. Znajduje się w Collegium Pathologicum.

    Laboratoriom „covidowe” działa już pół roku i od samego początku jest tym głównym w województwie.

     

    Wojciech Więcko: Kiedy rozpoczęła się w druga fala zachorowań?

    Dr hab. Joanna Reszeć, kierownik Akademickiego Ośrodeka Diagnostyki Patomorfologicznej i Genetyczno-Molekularnej: - To ruszyło od września. Wtedy z „wakacyjnych” 300 próbek dziennie stopniowo ta liczba zaczęła narastać. Doszło do 800 próbek na dobę i myśleliśmy, że to już apogeum. Teraz mamy koniec października, a nasz rekord to 1300 próbek przebadanych na dobę. Przy czym jest to już nasz absolutny szczyt wydolności laboratorium. Więcej nie jesteśmy w stanie przyjąć. Nie jesteśmy z gumy…

    Pamiętam naszą wiosenną rozmowę, kiedy laboratorium startowało i było zaprojektowane na 500 próbek dziennie.

    - Tak było. Tylko my przez minione pół roku, naprawdę przygotowaliśmy się na druga falę koronawirusa. Mamy zakupiony nowy, dodatkowy sprzęt i jest więcej osób w zespole. A co ważne, udało się nam ich przeszkolić w tym lżejszym okresie. To szczególnie ważne, bo nie ma takich specjalistów na rynku. Dzięki temu podwoiliśmy naszą wydajność.

    Kto jeszcze prócz Was i sanepidu bada próbki w naszym regionie?

    - Czasami mam wrażenie, że nikt więcej. Brakuje mi oficjalnych danych o mocach przerobowych innych laboratoriów, nawet tego w naszym sanepidzie (z medialnych doniesień wynika, że podczas doby robi się tam ok. 150-200 badań – red.). Wiem, że laboratoria szpitalne poległy na braku odczynników do badań.

    W niedziele 25 października służby prasowe wojewody podały w komunikacje, że w Białymstoku było tylko 5 potwierdzonych przypadków koronawirusa? To prawidłowy wynik?

    - Stawiam na literówkę w komunikacie. Z niedzieli na poniedziałek na 600 prób mieliśmy ok. 200 dodatnich. Teraz na 987 porób dodatnich jest 318.

    To ok. 30 proc. pozytywnych testów! Bardzo dużo!

    - Te 30 proc. utrzymuje się nam od dłuższego czasu. Cały październik oscyluje nam w granicach 25-35 proc. Ilość próbek nie ma znaczenia. W marcu, kiedy to wszystko się zaczynało, a my ruszaliśmy z badaniami, to wyniki były na poziomie ok. 2 proc. A w apogeum mieliśmy ok. 10 proc. Średnio było jednak 2 proc. To jest prawda z tym co mówią epidemiolodzy, że teraz ten wirus jest bardziej zaraźliwy, choć spora część osób lżej przechodzi skutki infekcji.

    A to nie jest tak, że przez te pół roku macie już lepszy sprzęt, czy techniki badawcze?

    - Nie. Techniki badawcze mamy te same. Oczywiście ten wirus się mutuje, ale my badamy dalej te same rejony genowe. Nie sądzę więc, że to są kwestie związane z metodami badawczymi czy zmiennością wirusa. Mam nadzieję, że to wszystko uda się nam wkrótce zbadać. Od początku działania naszego laboratorium biobankujemy materiał od pacjentów z pozytywnym wynikiem. Tych danych mamy już całkiem sporo. Przymierzamy się już do pierwszych projektów naukowych.

    Jak pandemia wygląda z poziomu laboratorium?

    - To co się obecnie dzieje mocno miesza nam szyki. My jesteśmy w głównej mierze laboratorium diagnostyki patomorfologicznej i genetyczno-molekularnej, ale głównie onkologicznej. A teraz jest tak, że większość naszych sił i ludzi angażujemy w laboratorium „covidowe”. Przecież szpitale nadal pracują, bloki operacyjne działają prawie normalnie i my musimy je obsługiwać. Nie możemy zamknąć naszych innych laboratoriów. To bardzo trudny dla nas okres.

    Boi się Pani czegoś?  

    - Boję się o nasz zespół. Żeby nikt nam nie zachorował, nikt nie wypadł na dłużej. Nie zawsze to musi oznaczać koronawirusa. Informacja o tym, że w sanepidzie jest ognisko wirusa może spowodować, że to my będziemy zmuszeni przejąć ciężar wszystkich badań. A my rezerw już nie mamy. Nie da się pracować cały czas na najwyższych obrotach. Ludzie nie będę w nieskończoność pracować ponad siły.  

    W Wielkanoc pracowaliście na przeszło 30-godzinnych dyżurach. A wakacje?

    - Było spokojnie. Mieliśmy wtedy po ok. 300 próbek dziennie do przebadania. To jest taka ilość, że można popracować normalnie. To znaczy, zrobić badania, wypełnić dokumentację i zaraportować wszystko w systemie. I nie trzeba było do tego większego wsparcia. Teraz jest tak, że dwa zespoły diagnostów pracują tylko w laboratorium, tylko żeby zrobić badania. Odrębna ekipa jest do obsługi sekretariatu, a dodatkowe osoby są do obsługi systemów informatycznych do raportowania. Teraz nasz próg „spokojnego dnia” określamy na 800 próbek dziennie.

    Dużo się mówi o brakach na rynku. Faktycznie jest duży problem zakupem sprzętu czy odczynników?

    - Teraz? Ogromny. Podam przykład od nas. Wiosną kupiliśmy dwa automaty do izolacji kwasów nukleinowych. Mieliśmy do nich dość spory zapas testów, ale wiadomo, skończyły się dość szybko. To sprzęt azjatycki. Tylko, że jak pandemia weszła w ostrą fazę, tamte kraje wstrzymały dostawy odczynników do Europy. Nie ma szans czegokolwiek stamtąd sprowadzić. Trzeba było na szybko znaleźć inny sprzęt i to się nam udało. Mieliśmy naprawdę pracowite wakacje. Uzupełnialiśmy nasze zapasy i doposażaliśmy naszą bazę sprzętową. Kupiliśmy nowe aparaty do izolacji kwasów nukleinowych i nowy sprzęt do reakcji RT-PCR. Do tego postaraliśmy się o naprawdę duży zapas odczynników. Zakupy wolimy robić sami, nie oglądamy się na ministerstwo zdrowia. Stworzyliśmy własne ścieżki zaopatrzenia, mamy przez to większą niezależność.

    A jak całość wygląda od strony finansowej? Wiosną NFZ nie refundował całego kosztu badania koronawirusowego. Teraz jest lepiej?

    - Bilansujemy się, ale tak tylko na styk. Gdyby patrzeć na to jedynie w sensie biznesowym, to ta działalność się nie opłaca. Prawda jest jednak taka, że tu chodzi o coś absolutnie najważniejszego w danej chwili dla naszego społeczeństwa. To nasza misja wobec mieszkańców regionu.

    Co może się zdarzyć za miesiąc, a co za trzy?

    - Nie zastanawiam się w tak odległej perspektywie. Planuję jedynie to co będzie jutro, pojutrze, góra za tydzień. Wydaje mi się, że te najbliższe miesiące nie będą spokojne. Boję się listopada i grudnia. To wtedy przypadnie apogeum innych chorób wirusowych. Głównie grypy. Tak pokazują statystyki z minionych lat. To będzie duży problem diagnostyki różnicowej. Ktoś będzie musiał rozpoznać czy pacjent ma koronawirusa czy zwykłą grypę. Przecież już teraz jak ktoś ma katar i gorączkę, od razu jest podejrzewany o Covid-19, a nie zwykłe przeziębienie. Przecież nadal można zachorować na coś innego niż koronawirus!

    Szukam pozytywnej puenty na koniec naszej rozmowy.

    - My jako społeczeństwo klimatycznie jesteśmy przyzwyczajeni do wirusów. Żyjąc w takim zmiennym klimacie, jesteśmy bardziej niż społeczeństwa południowej Europy, zahartowani w chorobach wirusowych. To może dlatego przechodzimy Covid-19 nieco mniej dramatycznie niż we Włoszech czy Hiszpanii. Prawda jest taka, że musimy się nauczyć żyć z tym wirusem długie lata. Nawet jeśli będzie szczepionka, to znowu porównując statystyki wszczepialności dla grypy przed pandemią, ciężko być optymistą. Wtedy szczepiło się 2-5 proc. populacji. To o ile mniej będzie w przypadku szczepionki na koronawirusa? Przecież trzeba uwzględnić, że będzie to rzecz bardzo nowatorska i wszelkie ruchy antyszczepionkowe nie przejdą obok tego bez komentarza. Może się okazać, że strach przed szczepieniem będzie większy niż skuteczność preparatu.

    Chciałabym też, żeby nasze badania coviodowe były już tylko drobnym elementem pracy naszego laboratorium, a nie jego główną jego częścią. Życie pisze jednak inny scenariusz…

    Rozmawiał: Wojciech Więck

  • 70 LAT UMB            Logotyp Młody Medyk.